Niesamowita przygoda
i
ilustracja: Daniel de Latour
Sztuka + Opowieści, Doznania

Niesamowita przygoda

Stefania Grodzieńska
Czyta się 5 minut

Na kierowców pędzących zakopianką od zawsze czyhają najrozmaitsze niebezpieczeństwa. Jednak to, co przydarzyło się Stefanii Grodzieńskiej…

W jaki sposób to się stało? W bardzo dziwny sposób.

Wracałam sama wozem z Zakopanego. Był piękny, słoneczny dzień, zapowiadał się upał. Pusty, nieobciążony samochód uciekał, jak to się mówi, spod siedzenia, toteż z łatwością wyprzedzałam innych na górzystej, wijącej się szosie.

W pewnej chwili gdzieś pod Nowym Targiem stawiła mi opór ciężarówka. Najwidoczniej zupełnie pusta, waliła jak oszalała środkiem szosy. Brezent budy wydymał się i łopotał, drewniane części karoserii wściekle łomotały i trzaskały, a kierowca udawał, że nie słyszy moich sygnałów. Nie zdradzał najmniejszego zamiaru zjechania na prawą stronę, żebym go mogła wyprzedzić.

Jechałam kilka met

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Po złoto na dno
i
Wenceslaus Hollar (1647) Naues Mercatoriæ Hollandicæ per Indias Occidentales/ zbiory Met Museum
Świat + Ludzie, Wiedza i niewiedza

Po złoto na dno

Marcin Jamkowski

Woda była ciepła, lecz mętna niczym tłumaczenia skorumpowanego polityka.

Kiedy wyskoczyłem za burtę i znalazłem się pod powierzchnią, przez długą chwilę widziałem dookoła tylko długie warkocze drobnych bąbelków powietrza. Wziąłem wdech powietrza z butli, sprawdziłem odczyt manometru i trzymając się liny kotwicznej, powoli zacząłem opadać na dno. Wiało po drodze tak, jakby to była jesień pod Kielcami, a nie podwodne tropiki. No ale co tu grymasić, jak się nie sprawdziło, o której jest odpływ i ruszają masy wody przez cieśninę, to teraz cierp ciało! Wyglądałem pewnie niczym flaga łopocąca na wietrze. Gdybym puścił linę, zaraz by mnie zaniosło na środek Atlantyku. Na szczęście im bliżej dna, tym prąd wody słabszy. Gdy dotarłem wreszcie zdyszany na dno – do wielkiego pola głazów u wybrzeża Sierra Leone – ten podwodny huragan zmniejszył się do lekkiej wichury i jakoś dało się przytrzymać podłoża. Podłoża, na którym wyraźnie rysowały się jakieś wrzecionowate, długie i ciemne kształty. Niektóre leżały na dnie, niektóre przekrzywione sterczały w górę, jakby chciały oddać salwę… Serce mi mocniej zabiło! Armaty! Kilkusetletnie armaty!

Czytaj dalej