Nieuważność i grzyby Nieuważność i grzyby
i
ilustracja: domena publiczna / rawpixel
Przemyślenia

Nieuważność i grzyby

Mateusz Kołczinger
Czyta się 4 minuty

Jeden z moich adeptów, którego imienia nie wymienię, gdyż go nie pamiętam, jakiś czas temu zapytał mnie (lub zapytała – przypalajcie mi kciuk zapałką sztormową, ale płci również nie pomnę), otóż zapytał mnie ów adept, czy jadłem kiedyś grzyby. Ponieważ, o czym czytelnicy doskonale wiedzą, nie zwracam uwagi na to, co jadam, zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że nie wiem. I ziewnąłem.

Ta głęboka filozoficzna odpowiedź nie wystarczyła mojemu rozmówcy, który nalegał, bym koniecznie grzyby zjadł i podzielił się z nim wrażeniami. W owym czasie był to mój jedyny, z wielkim trudem złowiony uczeń, więc przystałem na to, choć niechętnie – adept opowiadał, że po zjedzeniu grzybów można osiąg­nąć stan jedności z Wszechświatem, a przecież moja ścieżka zakłada wystrzeganie się tego rodzaju zespoleń.

Adept twierdził, że na początek powinienem znaleźć sobie grzybowego Przewodnika. Nie chciałem, aby był nim mój uczeń, bo mogłoby to wprowadzić istotne zaburzenia w kierunku przepływu środków pieniężnych między nami. Musiałem więc postarać się o innego Przewodnika – i znalazłem go w osobie pana Jurka z restauracji Sarmacka Chata w Popłuczynach. Dostojnie i bez słowa położył on przede mną kartę dań, którą otworzyłem również bez słowa, rozumiejąc, że to milczenie musi być częścią grzybowego ceremoniału. Z menu wybrałem kurki, bo innych grzybów lokal nie oferował.

„Raz?” – zapytał pan Jurek.

Informacja

Z ostatniej chwili! To trzecia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

„Dwa” – odpowiedziałem, nie wiem czemu. Może automatycznie, bo przecież po słowie „raz” najczęściej słyszy się „dwa”. A może przez przekorę? A może przez ostrożność, bo tak naprawdę chciałem wziąć półtorej porcji, ale z poprawną odmianą słowa „półtora” zawsze miałem kłopoty, szczególnie w punktach gastronomicznych. Rozważałem rozmaite pobudki, które mogły spowodować, że powiedziałem „dwa”, ale skłamałbym, gdybym twierdził, że chciałem odnaleźć tę prawdziwą. Przeciwnie, oddalałem się od prawdy i taki też był mój cel. Wkrótce tak nawarstwiłem kolejne hipotezy, że samo założenie istnienia prawdziwej przyczyny wydało mi się prostackim pieniactwem. Jest to zresztą świetne ćwiczenie Nieuważności, zwane potocznie piętrową multiplikacją równorzędnych struktur posybilnych.

Tak się zabawiając, siedziałem w Sarmackiej Chacie i czekałem na dwie porcje grzybów. Nie było to oczekiwanie wolne od obaw, bo lękałem się nieco owej jedności z Wszechświatem, która dopaść mnie miała po konsumpcji kurek. Dodawała mi jednak odwagi pewna perspektywa, o której również wspomniał mi adept. Otóż twierdził on, że grzyby wywołają w moim umyśle wizje. Będę widział coś, czego nie ma – oczywiście każdy, kto podąża ścieżką Nieuważności, może się na coś takiego jedynie radować. Byleby halucynacje nie były zbyt wyraźne i w jakikolwiek sposób znaczące, ale nieostre, mdłe i generalnie ni przypiął, ni wypiął. Wówczas będę zadowolony.

Wizje zaczęły się szybciej, niż przewidywałem, bo jeszcze przed podaniem posiłku (podejrzewam, że podwójna porcja grzybów jest w stanie wywołać taki efekt). Otóż do lokalu weszli husarze. O tym, że byli jedynie wytworem mojego umysłu, świadczyło kilka tropów. Po pierwsze, husarskie skrzydła mieli przytwierdzone do pasów, a powinni je mieć zamocowane u siodeł. Po drugie, mówili zupełnie współczesną polszczyzną. Po trzecie, byli kobietami.

Jedna z husarek usiadła na krześle, trochę bokiem, bo przeszkadzało jej skrzydło, i zaczęła szurać palcem po ekranie smartfona. Druga skierowała się do baru i wzięła z rąk pana Jurka szklankę, którą on skończył właśnie napełniać. Podeszła do mnie i postawiła na moim stoliku.

„Promocja” –  powiedziała.

Piwo było zimne i orzeźwiające – wizja wyjątkowo realistyczna. Sącząc ten owoc swojej wyobraźni, rozmyślałem o słowie, które usłyszałem. „Promocja” oznaczała zapewne, że zdałem już grzybowy egzamin i doświadczenie mogę uznać za odbyte. Odczułem wielką ulgę, że udało mi się uniknąć stanu jedności z Wszechświatem.

Kiedy już niemal opróżniłem szklankę, stanął nade mną mój Przewodnik, pan Jurek.

„Kurki się skończyły –  powiedział. – Czy mogą być pieczarki?”.

Ja jednak nie widziałem potrzeby, by dalej w to brnąć, albowiem otrzymałem już swoją promocję.

„Nie!” – w milczeniu potrząsnąłem głową.

Wybiegłem z Sarmackiej Chaty. Na zewnątrz było tak jasno, że aż ciemno.

 

Czytaj również:

Chwile magiczne Chwile magiczne
Promienne zdrowie

Chwile magiczne

Mateusz Kołczinger

Czasem jest mi po prostu przykro, kiedy słucham i czytam, co plotą ludzie na temat Nieuważności. Wydaje się niedouczonej ciżbie, że nie jest to trudna i wymagająca ścieżka, ale duchowy odpowiednik siorbania lemoniady na tarasie. Wyobrażają sobie różne osoby, że podczas gdy jogini, członkowie kółek różańcowych, wojujący ateiści, czciciele trzmieli, himalaiści zimowi i karatecy kroczą ku swoim podniosłym celom w znoju i wyrzeczeniach, ten, kto wybrał Nieuważność, przypomina kowboja z kreskówki, który ze źdźbłem w kąciku ust, z kapeluszem nisko na czole i zmrużonymi oczami popuścił cugli koniowi i pozwala, by ten sam go prowadził – w delikatnych promieniach słońca, przy dźwiękach harmonijki ustnej sączących się nie wiadomo skąd.

Taki stereotyp jest krzywdzący. Tylko ten, kto poświęcił swoje życie Nieuważności, wie, że jest to miłość niełatwa i wymagająca – do tego stopnia, że aż trudno nazwać ją miłością (nie wiem doprawdy, czemu użyłem tego słowa). Bywa przecież tak, że tygodniami, lub miesiącami, nie czyni się żadnych postępów, że człowiek wręcz cofa się na ścieżce Nieuważności, bo zewsząd wdziera się w jego życie porządek świata. Ma się wrażenie, że skarpetki same odnajdują pary, zwijają się w zgrabne kulki i wpadają na odpowiednią półkę w szafie, a – co gorsza – podobne rzeczy dzieją się z myślami. Zdarzenia oraz idee nabierają sensu, wiążą się ze sobą, co mnoży sens w postępie geometrycznym i nic nie jesteśmy w stanie na to poradzić, bo tak działa rozum i pragnienie porządku, najsilniejsze, najgorsze ludzkie instynkty i najzacieklejsi nieprzyjaciele Nieuważności. 

Czytaj dalej