Nowoczesne plemię
i
fot. Croci & Du Fresne
Doznania

Nowoczesne plemię

Zygmunt Borawski
Czyta się 6 minut

Jadąc z centrum Berna, trzeba kierować się na północ w stronę Halenbrücke, mostu spinającego strome brzegi rzeki Aare. Można stąd dostrzec zarys osiedla między mocno zalesionymi pagórkami. Po skręceniu z głównej drogi w małą uliczkę wyraźnie widać już pierwsze betonowe ściany Halen.

Na współczesnych zdjęciach wygląda jak ruina. Szczególnie przygnębiająca zimą, kiedy całą zieleń okalającą budynki reprezentują nagie gałęzie. Gdy mówię innym o tym miejscu, reakcja jest zawsze ta sama: „Co ty mi pokazujesz? Ktoś tu w ogóle mieszka?”. Tymczasem symbioza między naturą a architekturą jest tak głęboka, że budynki odgrywają tu rolę trzeciorzędną. Na pierwszym miejscu jest kompozycja krajobrazu, później uroki tworzącej go natury, architektura na końcu. Zasada mimesis zostaje zachowana.

Społeczność z zasadami

Na pochyłym terenie długości 180 m i prawie 60 m szerokości wybudowano 79 jednostek mieszkalnych. Rozmieszczono je wzdłuż trzech tarasów. Podłużne 14-metrowe działki, szerokie na 4 lub

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Akupunktura miejska
Doznania

Akupunktura miejska

Zygmunt Borawski

Wyglądają niepozornie. Przynajmniej nie tak, jak wyobrażamy sobie pozujących na modeli współczesnych architektów. Pamiętam je dobrze ze studiów. W towarzystwie profesorów, w większości mężczyzn, wyróżniały się tym, że nie nosiły przez cały rok szalików, nie były w całości ubrane na czarno i nie jeździły białym ferrari. No i jako jedyne z ówczesnej kadry profesorskiej w Akademii Architektury w Mendrisio były finalistkami najważniejszej europejskiej nagrody architektonicznej. Zdobyły również Srebrnego Lwa na architektonicznym Biennale w Wenecji w 2012 r. I co rusz zwyciężają w kolejnych konkursach na budynki uniwersyteckie.

Shelley McNamara wygląda nieco jak katechetka. Plisowane, długie spódnice, szerokie swetry, krótko ścięte włosy i surowa twarz. Yvonne Farrell to jej przeciwieństwo. Przypomina piosenkarkę z lat 80. Często ma na sobie coś skórzanego. A to spódnicę, a to kurtkę. I te blond włosy, lekko bałaganiarsko ułożone. Jakby wiecznie była gotowa do wyjścia na scenę. Obie mają przyjemny tembr głosu. Spokojny i kojący. Do tego mówią z wyjątkowym irlandzkim akcentem. Na ich korektach siedzi się w ciszy i maksymalnym skupieniu. One nie prawią. Raczej wyrażają własne wątpliwości albo dyskretnie chwalą. Wszystko z gracją, ale i stanowczo. Z ich architekturą jest dokładnie tak samo.

Czytaj dalej