Obcy w każdym z nas Obcy w każdym z nas
i
Fotos z filmu "Nie zgubiliśmy drogi", reż. Anka Sasnal i Wilhelm Sasnal, 2022 r.
Opowieści

Obcy w każdym z nas

Rozmowa z Anką i Wilhelmem Sasnalami
Mateusz Demski
Czyta się 11 minut

Nie zgubiliśmy drogi, jedyny polski film, który w tym roku trafił do programu festiwalu Berlinale, to opowieść o donkiszoterii, stanie osobności, odmowie uczestnictwa w systemie i ucieczce – na własne życzenie – od społecznych norm. O tym wszystkim, jak również o obecności figury obcego w polskiej mentalności i uzależnieniu od czytania, mówią Anka i Wilhelm Sasnalowie, z którymi w Berlinie rozmawiał Mateusz Demski.

Mateusz Demski: Jedno z pierwszych zdań, które usłyszałem po pokazie Waszego filmu w Berlinie, brzmiało: „Można go potraktować jak test Rorschacha”.

Anka Sasnal: Czyli że widz próbuje znaleźć swoją drogę odczytania?

Tak, chodzi o to, że jest w nim pewne niedopowiedzenie, przestrzeń, która zachęca widza do prowadzenia własnych badań znaczeniowych. To wahanie, niejasność, która wytwarza się wokół Waszych filmów, jest dla Was cenna?

A.S.: Dla mnie bardzo. Takie myślenie o kinie jest mi bliskie. Kiedy udaje się stworzyć pole dla widza, jakiś rodzaj intelektualnego wyzwania, kiedy obraz zmusza do interpretacji, kiedy film zostaje z widzem na dłużej niż tylko przez seans, to mam poczucie, że jako twórcy osiągnęliśmy cel. To znaczy, że ta opowieść ma wpływ. To samo dotyczy literatury.

Wilhelm Sasnal: Ja chciałbym wnieść jednak pewną poprawkę…

A.S.: Zawsze tak jest (śmiech).

W.S.: Sztuka, malarstwo to jest właśnie przestrzeń niedopowiedzeń, więc ja odwrotnie – w filmie szukam bardziej konkretnych rozwiązań. Czuję potrzebę nakręcenia filmu, którego akcja będzie rozgrywała się w sposób liniowy, ewidentny, będzie czytelna dla widza. Tak też było w tym przypadku – mnie interesowała bardziej warstwa fabularna i obyczajowa. Nasz film jest inspirowany książką Do cieplejszych krajów P.C. Jersilda. Szalenie pociągała mnie w niej nieporadność bohaterów, ale też równoległość ich losów – Eryka i Barbro [w filmie Ewa – przyp. red.]. Ankę interesowała bardziej ta wł

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Podsumowanie Berlinale 2020: Hipsterzy płacą podwójnie Podsumowanie Berlinale 2020: Hipsterzy płacą podwójnie
Przemyślenia

Podsumowanie Berlinale 2020: Hipsterzy płacą podwójnie

Jan Pelczar

Pierwszy raz w życiu oglądam w Berlinie film o Holocauście. Publiczność płacze ze śmiechu.

Jestem we Friedrichstadt-Palast na seansie Persian Lessons – jednego z najpopularniejszych tytułów tegorocznego Berlinale (w Polsce pojawi się w dystrybucji Best Filmu). To historia belgijskiego Żyda, który – by przetrwać Holocaust – udaje, że zna perski. Jeden z komendantów obozu koncentracyjnego marzy, by po wojnie wyjechać do Iranu i otworzyć w Teheranie restaurację. Główny bohater wymyśla własną wersję perskiego i codziennie uczy kolejnych słówek nazistowskiego oficera. Efekt komiczny jest tak mocny, że przyćmiewa wszelkie logiczne dziury scenariusza opartego na prozie Wolfganga Kohlhaase’a. Obozowa komedia pomyłek tym różni się od rozśmieszaczy ze współcześnie poprowadzoną narracją, że w przypadku demaskacji główny bohater straci dużo więcej niż dobre imię i zatrudnienie, a jego codzienne położenie jest zdecydowanie inne od najbardziej sponiewieranych przez filmowców underdogów. Stąd źródło napięcia: ciągłe zderzenie scen wywołujących śmiech z tymi, które przywołują grozę. Nie jest to żadna kinowa nowość, ale w Persian Lessons granie Holocaustem jako tłem, a komediowym grepsem jako figurą upamiętniającą, osiąga niebywałe rozmiary. Gilles, który udaje Rezę, wymyśla słowa nieistniejącego języka na podstawie prawdziwiych imion i nazwisk ofiar. Absurdalnie brzmiące nazwy, które – w zderzeniu z przerysowaną zasadniczością komendanta – budzą nieustanne rozbawienie publiczności, są jednocześnie projektowane pod wzruszenie, katharsis, co tam widz zdoła z siebie na koniec takiego seansu wykrzesać. Ani filmowa huśtawka nastrojów, ani naruszanie jakiegokolwiek sacrum nie budzą moich wątpliwości. Tuż przed Berlinale słuchałem w Radiu Wrocław Kultura rozmowy Grzegorza Chojnowskiego z Mikołajem Grynbergiem. Pisarz, pytany o popularność Tatuażysty z Auschwitz i innych podobnych tytułów, odpowiedział:

Czytaj dalej