Obecnie jestem namiętnym czytelnikiem naszych gazet i tygodników, ale czytelnikiem bardzo surowym. Trudno, nauczyły mnie tego lata okupacji.
Kiedy za czytanie prasy ryzykowało się głową, trzeba było wiedzieć, czy ta wysoka cena odpowiadała wartości towaru. Dzisiaj jeszcze łapię się na tym, że chowam kupione pismo do kieszeni, biegnę do domu, zamykam się w czterech ścianach i dopiero tam odczytuję je od deski do deski. Jak rzekłem, moje wymagania są wysokie. Przede wszystkim nie lubię nudy i monotonii i nie podzielam zdania tych ludzi poważnych i dostojnych, którzy uważają, że trzeba nudnie pisać o nudnych sprawach i nudnie pisać o ciekawych sprawach. Skłoniłbym się raczej do przeciwnego zdania, utrzymując, że o nudnych i o ciekawych sprawach można pisać ciekawie. […]
Nie jest wygodnie być powojennym czytelnikiem. Za dużo się chce. Ma się tak wysokie wyobrażenie o pismach, jakby nadal drukowały się w zakonspirowanych drukarniach, a przewożenie ich tramwajem groziło bardzo daleką podróżą międzyplanetarną.
Fragment tekstu z nr. 2/1945, s. 13. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.