Świat jest cudowny, ale nasza pamięć słaba i mdła. Naprawdę pozostaje w pamięci tylko to, co zostało zanotowane ołówkiem na papierze. Samo notowanie to nic trudnego, przeszkadza w tym przeważnie brak ołówka i papieru.
Kiedyś, przed laty, spotkałem wielkiego francuskiego fotografa, Henriego Cartier-Bressona. Siedział w sali projekcyjnej i oglądał mój film, ale do ręki rzemiennym paskiem przymocowaną miał Leicę gotową do strzału. Prawie pewny jestem, że on ma gdzieś moją fotografię. Być gotowym i przeżywać świat poprzez rysowanie – to moje pierwsze odkrycie.
Drugie też jest banalne.
Kilka lat temu kupiłem sobie w Paryżu dwukolorowy ołówek niebiesko-czerwony. Pomimo najszczerszych wysiłków nic nim nie mogłem wykolorować do dnia, kiedy montażystce klejącej kolejny mój film zabrałem żółty dermatograf.
Od tamtego czasu odkryłem, że tak naprawdę istnieją trzy kolory: żółty, czerwony i niebieski, i żadnych innych nie potrzeba. Nie jest to wielkie odkrycie, ale gdybym te banalne prawdy odkrył i zrozumiał na pierwszym roku studiów ASP, nie musiałbym być dziś reżyserem filmowym.
Fragment tekstu z nr. 2219–2220/1987, s. 11. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.