Z Julianem Tuwimem rozmawia Jan Błoński Z Julianem Tuwimem rozmawia Jan Błoński

Z Julianem Tuwimem rozmawia Jan Błoński

Z archiwum „Przekroju”
Jan Błoński
Czyta się 2 minuty

Julian Tuwim: Znaczki zbierałem także… Właściwie zbierałem wszystko. Jako mały chłopiec łapałem motyle, robiłem chemiczne doświadczenia, przepisywałem egzotyczne słowa… Moja kolekcjonerska mania – bo to jest mania! – tkwiła we mnie od dzieciństwa. Kiedy zacząłem pisać wiersze, rzuciłem się na dziedziny bardziej do literatury zbliżone. Oczywiście – na języki. Moja najulubieńsza lektura, przy której najlepiej wypoczywam i najlepiej się bawię, to gramatyki i słowniki tzw. egzotycznych języków. Mam niezłą bibliotekę językoznawczą: niech Pan patrzy, ostatnio zdobyłem gramatykę tybetańską…

Jan Błoński: Tybetańską?!

Aha. Dziwna mania, sam jej dobrze nie rozumiem. Jednak do czegoś musi mi ona być potrzebna. Ale do czego? Właściwie to krytycy raczej powinni znaleźć jakieś echa tych moich zamiłowań w mojej poezji, prawda?

Gramatyki tybetańskiej absolutnie nie potrafię wytłumaczyć ani nawet żadnego wytłumaczenia zasugerować… ale zdaje mi się, że nieprawdopodobne wyczucie języka, wyczucie wszystkich możliwości języka, jakie jest w Pana poezji, na pewno zawdzięcza coś Pana szperackim zamiłowaniom.

Często mówiono o mnie, że poszukuję dziwności, językowych i innych kuriozów… A to nieprawda. Ja nie bawię się skrzywieniami języka, ja w nim szukam trafności, artystycznej ostateczności wypowiedzi. W języku zaś – każdym języku – są skarby. Odkrywali je ludzie często przypadkowi, zapomniani, ludzie stojący daleko od lingwistyki i zawodowo uprawianej literatury. Zdaje mi się, że szukanie tych językowych trafności jest cząstką mojej sztuki poetyckiej. Moja mania kolekcjonerska nie miała nigdy ambicji naukowych, to jasne. Przyjemność, jaką mi dawała – i daje – płynie z samej pasji poszukiwania…

Te poszukiwania przynoszą jednak na pewno także wiele Pana poezji…

Możliwe, że są one sposobem zbierania pokarmu dla wiecznie głodnej wyobraźni.

Fragment tekstu z nr. 454-455/1953, s. 12. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Rolling Stones w Warszawie Rolling Stones w Warszawie

Rolling Stones w Warszawie

Z archiwum „Przekroju”
Lucjan Kydryński

Czterech ponuraków z kamiennymi twarzami i świetnie z nimi skontrastowany solista, który szalał po estradzie, groźnie wywijał statywem od mikrofonu, stroił na pół obrażone miny, tańczył i skakał, śpiewając lub wykrzykując piosenki, z ogromnym zresztą wyczuciem praw estrady i upodobań młodej publiczności.

Ubrany był w strój nieco papuzi. Białe buty, kanarkowe, absolutnie obcisłe spodnie, czerwona, srebrem przetykana koszula, mieniąca się złotymi nićmi brunatna marynarka podbita jaskrawożółtym aksamitem i wielka jedwabna apaszka związana wokół szyi. Stroje innych – podobne, jednak każdy odmienny. Damskie pantofelki ze złotymi klamerkami, barwne marynarki lub żakiety, kolorowe albo białe spodnie, jakieś brosz­ki czy ordery poprzypinane do klap…

Czytaj dalej