Przez lata przemierzała Polskę z aparatem w dłoni i pytaniem, które nie dawało jej spokoju: jak zatrzymać to, co już prawie odeszło?
Zapach odczynników w mieszkaniu zdradzał, że tego dnia Zofia Rydet pracowała w ciemni. Od dziewiątej rano do wieczora, z krótką przerwą na obiad, stała przy maskownicy.
Poruszać się w tej klitce (półtora metra na trzy) trzeba było ostrożnie. Pod ścianą powiększalnik. Na półkach – plastikowe butelki po odczynnikach. Koreksy do wywoływania negatywów. Stosy książek, czasopism. Kartony, teczki. Jakieś wiadro na podłodze. Dwie kuwety.
To nic, że nie było bieżącej wody ani wentylacji. Że trudno przez to oddychać.
„Bez fotografii nie mogę już żyć – mówiła w filmie dokumentalnym Nieskończoność dalekich dróg. Podsłuchana i podpatrzona Zofia Rydet A.D.1989 w reżyserii Andrzeja Różyckiego. – Ja już niczego więcej nie mam, tylko ją. To jest w tej chwili największa moja pasja, największa moja miłość. Kiedy jestem chora albo źle się czuję, to idę do ciemni i wszystko przechodzi”.
Ja będę przed panem klękała
Podhale. Rok 1978.
Zofia Rydet miała wtedy 67 lat. Od miesięcy – jak mówiła – „wędrowała po chatkach”. Wybierała najstarsze, drewniane, kryte strzechą.
Ludzie pytali: „Czemu pani zamiast odpoczywać, po wsiach chodzi?”.
Ona odpowiadała, że fotografowanie jest dla niej jak narkotyk. „Jak wódka dla alkoholika”.
Szła więc. Niewysoka, lekko zgarbiona (miała chory kręgosłup). Z aparatem w dłoni, cały sprzęt ważył prawie dwa kilogramy. Po drodze fotografowała stodoły, kapliczki. Drogowskazy. Spękany asfalt. Horyzonty. Chciała utrwalić wszystko, co znika. Nazywała to „balsamowaniem czasu”. Powstał z tego cykl Nieskończoność dalekich dróg (1980).
Na podwórko przed chatą wchodziła