Podczas słynnej sesji w Pałacu Buckingham Annie Leibovitz poprosiła Elżbietę II, by zdjęła koronę i stanęła przed obiektywem w naturalnej odsłonie. Zofia Nasierowska w szarej rzeczywistości PRL-u robiła coś odwrotnego: każdemu, kto siadał przed jej aparatem, jakby tę koronę zakładała.
Tę historię można zacząć od anegdoty. Na przykład tej: gdy niedługo przed śmiercią Kalina Jędrusik zamówiła u Zofii Nasierowskiej zdjęcie do paszportu, do aktorki odezwało się biuro paszportowe z prośbą o dostarczenie aktualnej fotografii. „Ależ ja właśnie dla państwa zrobiłam kilka dni temu to zdjęcie” – oznajmiła zaskoczona Jędrusik. „No nie, przecież nie może pani teraz tak wyglądać! My wiemy, ile pani ma lat” – usłyszała gwiazda w odpowiedzi. Albo od innej: pewnego razu Nasierowska została poproszona o sfotografowanie nastoletniej córki przyjaciół. Zdjęcie miało trafić nie do prasy, lecz do chirurga, który chciał na jego podstawie zaplanować usunięcie blizny nad brwią dziewczyny. Ale artystka zrobiła to za niego – przyzwyczajona do tuszowania wad (albo, jak kto woli, podkreślenia zalet) urody, za pomocą światłocienia ukryła ślad tak skutecznie, że skalpel okazał się, przynajmniej na ten moment, zbędny.Wiele osób przyznaje, że swoją zawodową drogę zawdzięcza przypadkowi. Ale w życiu Zofii Nasierowskiej trudno mówić o zbiegach okoliczności – jak gdyby los prowadził ją krok po kroku według dawno napisanego scenariusza. Miała zaledwie kilka lat, gdy dostała pierwszy aparat. Nic dziwnego, skoro jej ojciec – Eugeniusz Nasierowski – był znanym fotografikiem, specjalizującym się w pejzażu.Podobno jej debiutanckie prace przedstawiały rodziców bez głów. Wkrótce zaczęła ćwiczyć, zatrzymując w kadrze bliskich i domowe zwierzęta. Szybko nabrała wprawy – już jako nastolatka czasami zastępowała ojca w zakładzie, na przykład podczas jego choroby. Pewna klientka nie była do tego pomysłu przekonana, zamówiła więc tylko trzy odbitki. Gdy jednak przyszła po odbiór i zobaczyła siebie na zdjęciach, natychmiast poprosiła o więcej.
Przypadku nie było – jak opowiadała Zofii Turowskiej przy okazji pracy nad książką Nasierowska. Fotobiografia – jej ojciec miał taki talent, że nauczyłby fotografować nawet krzesło. Z Zofią poszło mu znacznie łatwiej, bo już jako 14-latka została najmłodszym członkiem, a zarazem członkinią, Związku Polskich Artystów Fotografików w historii (ponoć od tego momentu w barze owej organizacji było dostępne mleko).
Jesienią 1957 r., wraz z kilkudziesięcioma osobami ze ZPAF-u, pojechała autokarem do Włoch. W tej samej grupie znalazł się Wojciech Plewiński (to wtedy powstał jego słynny cykl Italia 1957). Po powrocie zaledwie 19-letnia Zofia stała się gwiazdą korytarzy łódzkiej filmówki – wszyscy chcieli zobaczyć „zgniły Zachód”. Ona jednak pokazała im coś innego: zwyczajną włoską ulicę, ludzi leniwie sączących kawę, gondole, spojrzenia zakochanych.
Kiedy robiła zdjęcia, zapominała o bożym świecie. Jakby czas płynął wolniej, a wokół zostawały tylko światło i twarz, którą chce zatrzymać w kadrze. Ojciec żartował, że przez nią zbankrutują – nawet legitymacyjne zdjęcie stawało się bowiem portretem, małym dziełem sztuki wymagającym wielu poprawek. Tyle że z każdą kolejną chwilą pracy ubywało czasu na następne zadania.
Jej talent szybko wykroczył jednak poza rodzinny zakład. Już jako dwudziestokilkulatka fotografowała dla najsłynniejszych tytułów epoki. Na łamach „Przekroju”, a także „Filmu”, „Ekranu”, „Świata” czy „Zwierciadła” pojawiały się portrety jej autorstwa, m.in. Ireny Dziedzic, Beaty Tyszkiewicz, Elżbiety Czyżewskiej, Zofii Kucówny, Haliny Kunickiej, Barbary Kwiatkowskiej-Lass. Nie poprzestawała na sesjach studyjnych – wchodziła do domów bohaterów i utrwalała ich w chwilach codzienności: Gustawa Holoubka z gazetą, Jerzego Waldorffa z ukochanym jamnikiem na kolanach czy siedzącą w fotelu, dumną Agnieszkę Osiecką, której oczy (nie) mogły kłamać. W podpisie niemal zawsze obok nazwiska gwiazdy tym samym krojem oznaczano nazwisko Nasierowskiej – to mówiło wszystko.
Ale nie fotografowała wyłącznie sław. W jednym z wywiadów jej mąż, reżyser Janusz Majewski, zdradził, że gdy w PRL-u brakowało mięsa, Zofia potrafiła zadbać o swoje zapasy, robiąc portret kierowniczce sklepu.
Już w szkole rysowała koleżanki tak, by wydobyć to, co w nich najpiękniejsze: spojrzenie, cień uśmiechu, drobny gest dłoni. Do tej niemal platońskiej zasady piękna doszła, patrząc ponoć na własne, nie do końca harmonijne uszy. Niewątpliwie potrafiła też dostrzec w drugim człowieku coś więcej niż inni. To „więcej” zamieniało zwykły portret w opowieść o człowieku.
Jej prace nie służyły jedynie dokumentacji, ale stawały się aktem wizualnego oporu wobec estetyki niedostatku. W tamtej Polsce, z jej bezimiennym kolektywem i cywilizacją komunizmu, Nasierowska wybierała cywilizację piękna.








Wzorowała się na portretach malarskich – spojrzenia uczyła się od Rodakowskiego, a światła od Rembrandta. Kiedy była dzieckiem, ojciec często zabierał ją do galerii. Szła korytarzami pełnymi obrazów i zatrzymywała się przed twarzami, które patrzyły z płócien tak, jakby czas nie miał do nich dostępu. Zaczynała rozumieć, że portret to coś więcej niż oddanie podobieństwa – to rozmowa światła z człowiekiem. Później, gdy sama wzięła do rąk aparat, to muzealne doświadczenie wracało w miękkim cieniowaniu, w skupieniu na oczach, w precyzji kompozycji.
Sceptycy (co zrozumiałe – nieliczni) twierdzili, że na jej kadrach modele wyglądają na piękniejszych, niż są naprawdę. Jakby znała tajemnicze sztuczki retuszu, jakby miała dostęp do technologii przyszłości, choć w jej czasach nie było przecież jeszcze ani Photoshopa, ani nawet osobistych komputerów. Istniały tylko oko fotografki, jej ręka i ta niezwykła zdolność dostrzegania i wydobywania z człowieka najłagodniejszego blasku.
Jerzy Gruza żartował, że technika Nasierowskiej „polega na świeceniu wszystkimi posiadanymi reflektorami prosto w twarz, aby zniknęły zmarszczki, deformacje i kurze łapki, a pozostała… biała plama”. Nawet jeśli było w tym ziarno prawdy, to trudno odmówić racji także słowom Niny Andrycz: „Pani Zofia dodaje mi urody, ujmuje lat. Wobec tego jest jedną z najmilszych kobiet w Polsce Ludowej”.
W wywiadzie dla „Przekroju” (nr 1049 z 1965 r.) Lucyna Winnicka, przyjaciółka i ulubiona modelka, zapytała przyjaciółkę i ulubioną fotografkę o tajemnicę jej idealnych portretów. Zofia odpowiedziała z właściwą sobie autoironią: „Mówią, że smaruję grubo śmietanką i puszczam przed modelem parę”. Za tym żartem kryła się jednak głębsza myśl – piękno zawsze rodziło się z harmonii między tym, kto patrzy, a tym, kto pozwala się zobaczyć.
Jej fotografie były rodzajem cichej obietnicy. W rzeczywistości, niejednokrotnie szorstkiej i pozbawionej blasku, ona potrafiła wyrazić świat takim, jakim chciałoby się go oglądać – jaśniejszym, łagodniejszym, bardziej harmonijnym. Być może w tym właśnie tkwi siła fotografii: nie w samym obrazie, ale w sposobie patrzenia. Nasierowska pokazywała, że każdy świat – nawet ten najbardziej szary – można zobaczyć inaczej. Wystarczy przesunąć kadr, zatrzymać spojrzenie, dostrzec szczegół.
A jeśli rzeczywistość na jej zdjęciach wydaje się zbyt piękna, to może dlatego, że taką właśnie chcemy ją pamiętać?