Blues Blues
i
Muzycy uliczni w West Memphis, Arkansas, zdjęcie: Ben Shahn, październik 1935 r., The New York Public Library (domena publiczna)
Doznania

Blues

Z Archiwum „Przekroju”
Jan Poprawa
Czyta się 4 minuty

Jest głosem samotnego robotnika na polu, matki i dziecka, skargi niewolnika, szlochem kochanka bez dziewczyny i dziewczyny bez miłości, chórem głosów wnoszących się nad polem wraz z szarpnięciem struny gitary, smutną pieśnią dobiegającą z szuwaru przy samotnym szlaku żelaznej drogi.
(Ramsey Jr)

Oto jeden z najprzedziwniejszych i najżywotniejszych gatunków artystycznych naszych czasów. I jedna z największych zagadek. Blues.
Zaintrygował badaczy, zapłodnił poetów. Nade wszystko jednak zdobył własne audytorium. Słuchaczy-wyznawców, którzy śmiało mogą powtórzyć za czarnoskórym śpiewakiem: Jest we mnie blues.

*

Jest we mnie blues
Bluesa czujesz i ty
Ale dobrze to wiem
Co mam zrobić z nim
Będę śpiewał i śpiewał
Aż spełnią się me sny
(Memphis Slim, Jest we mnie blues, tł. Danuta Matysko)

*

Stosunkowo najłatwiej objaśnić bluesa jako gatunek muzyczny. Jest wszak formą nadzwyczaj prostą i w tej prostocie – uniwersalną. Jego stały przebieg akordów (rodzaj harmonicznego szkieletu) zazwyczaj zamyka się w dwunastu taktach. Ta przestrzeń – ograniczona i wyznaczona przez trzy zaledwie akordy – wypełniana jest przez bluesowego wykonawcę własną melodią, własnym rozmieszczeniem akcentów. I nade wszystko – własną emocją.

Owa osobliwa forma bluesa ukształtowała się w XIX wieku na fundamencie ludowej muzyki czarnych mieszkańców Południa Stanów Zjednoczonych. Praprzodki bluesa badacze znajdują w zawołaniach i zaśpiewach (field-hollers) towarzyszących niewolniczej pracy na plantacjach, oraz w żałosnych zawodzeniach (moans) czarnego człowieka, użalającego się nad swą niedolą, w modlitwie (negro spirituals). Najwybitniejszy polski badacz, A. Schmidt, uważa, że kapsułką późniejszej formy bluesa były wywiedzione z „cries” i „hollers” sposoby kształtowania dźwięku (zmienne wibrato, falsetowe załamania głosu ku górze, a zwłaszcza „blue notes” – czyli 3–4 punkty w diatonicznej skali, w których dźwięk nie jest określony precyzyjnie). Dowolne kształtowanie dźwięku stało się bodaj czy nie najważniejszą z muzycznych cech bluesa. Przyjęte też później odeń zostało przez nowy gatunek – jazz.

Pierwsze bluesy pojawiły się najprawdopodobniej po Wojnie Domowej, w drugiej połowie XIX w. Nie miały jeszcze harmonicznego kształtu, jaki dziś z tym gatunkiem utożsamiamy, nie miały nawet miarowego metrum. Ówczesny bluesman poruszał się w owej amorficznej strukturze z barbarzyńską swobodą: wydłużał frazy, przetrzymywał lub powtarzał dźwięki, podporządkowując je własnej intuicji. Z czasem jednak forma się ustaliła. Dialog śpiewaka z towarzyszącym mu instrumentem stał się uporządkowany, antyfonalny. Instrument był zazwyczaj prosty, nawet prymitywny: gitara, banjo, kazoo, washboard lub jakieś metalowe naczynie do wystukiwania rytmu. Głos zaś – jako się rzekło – „wzbogacany” bywał imitowanym dźwiękiem, okrzykami lub śmiechem…

Owe pierwsze bluesy stworzyły kanon „bluesa wiejskiego”. Jego twórcy śpiewali dla siebie, nie dla publiczności. Niemniej po latach udało się utrwalić na płytach wiele tych amatorskich, z istoty swej niekomercyjnych utworów.

Pod koniec XIX wieku zaczął się rodzić jazz. Blues był podstawą tego nowego gatunku artystycznego. Na długie lata stał się właściwie jego częścią. Tak zwany „blues klasyczny”, którego rozkwit przypadł na lata dwudzieste naszego stulecia, był już sumą wysiłków jazzowego zespołu nowoorleańskiego i wokalisty. A zwłaszcza wokalistki: to wtedy właśnie pojawiły się w historii bluesa kobiety. Artystki takie, jak np. Gertruda „Ma” Rainey, czy Bessie Smith wyznaczyły zupełnie nowe horyzonty. W ich (i mniejszych formatem śpiewaczek) wykonaniu blues stał się przede wszystkim kreacją artystyczną. Nadal osobistą i emocjonalną, ale przez czysto muzyczne i literackie cechy – już uniwersalną. Śpiewaną dla innych, nie tylko dla siebie. Wprowadzenie do bluesowej wokalistyki elementu improwizacji wyznaczyło właściwie charakter całej późniejszej wokalistyki, zwłaszcza jazzowej…

Dając nowemu gatunkowi artystycznemu, jazzowi – tak wiele, blues nie przestał wszakże istnieć odrębnie, samodzielnie. Nadal śpiewali go wiejscy śpiewacy „w starym stylu”. Zwłaszcza w Missisipi i Teksasie. Ale także w Georgii i innych rejonach. To wtedy przecie nazwano „bluesem z delty” surową i prymitywną twórczość „wiejską”.

Jednak dwudziesty wiek przyspieszył zmiany. Coraz częściej samorodni artyści przenosili się do wielkich miast Północy USA. Czarne społeczności, zwłaszcza Chicago, kreowały własnych bardów. To wszystko, oczywiście, zmienić musiało charakter bluesa tak w warstwie literackiej, jak muzycznej. W tej ostatniej – stał się blues bardziej urozmaicony i skomplikowany, zastosował współcześnie dostępne instrumentarium. Coraz częściej uprawiano bluesa wręcz jako gatunek instrumentalny. Jego twórcy, zwłaszcza pianiści (np. Jimmy Yancey czy Mead Lux Lewis), traktowani byli nie inaczej niż jazzmani. Dopiero pod koniec lat trzydziestych wytwórnia płytowa „Bluebird” zaczęła masowo nagrywać bluesmanów. Przyczyniła się w ten sposób tyleż do utrwalenia przeszłości, co zbudowania fundamentu pod przyszłość tego gatunku. Powodzenie bluesowej serii „Bluebird” nie tylko „odkryło” przed amerykańską publicznością artystów tej miary, co: Big Bill Broonzy, Big Joe Williams czy Sonny Boy Williamson, ale stworzyło podstawę bluesowego „stylu chicagowskiego”.

Historycy nazywają to „bluesem miejskim”. Nazwa, jak nazwa. Chicago stało się (i jest do dziś) światowym centrum muzyki bluesowej. Nazwiska najwybitniejszych przedstawicieli „sceny chicagowskiej” znane są doskonale w całym świecie (że wspomnieć Muddy Watersa, T. Bone’a Walkera, Howlinga Wolfa, Jamesa Cottona, Willie Dixona, Memphisa Slima, Johna Lee Hookera czy B. B. Kinga). Blues z Chicago – to zastosowanie współczesnego instrumentarium (gitara elektryczna!), to mocne podkreślenie rytmu. Przede wszystkim jednak – to opowieść o problemach i nastrojach człowieka współcześnie nam żyjącego w zindustrializowanym świecie (choć jakby na jego marginesie).

Po raz kolejny dotykamy tu sprawy dla bluesa równie ważnej (a może i ważniejszej) jak warstwa muzyczna: sprawy treści – tak semantycznych, jak i niewyrażalnych słowami – niesionych przez ten gatunek.

Od najdawniejszych swych chwil blues był pod tym względem niezwykły. Jego poetyka wyrosła z prymitywnych zawodzeń, z zaśpiewów pełnych skargi – kształtowała się w konkretnych i osobistych (bluesa śpiewano w pierwszej osobie!) obrazach. Realizm prymitywnego bluesa od początku niósł jednak z sobą metafory i uniwersalne przesłania. Blues, choć konkretny, był wieloznaczny. Banalne epizody podnosił do rangi wydarzenia. Kreował też nowe skojarzenia, a nawet nowe znaczenie słów. Leopold Tyrmand pisał: Wytarte w codziennym użyciu, pospolite aż do wulgarności słowa, podniesione wprost z rynsztoka, czerpane z brukowych gazet i tandetnej reklamy ulegają w sferze bluesa zadziwiającym metamorfozom, wyczarowują klimaty duchowe, w których panuje, zdumiewa i urzeka najczystsza poezja.

*

Każdego kiedyś ogarnia blues
Tylko nie zdajesz sobie sprawy
z tego, co to jest
Ale kiedy wieczorem kładziesz się
spać i nie możesz zasnąć
Przewracasz się z boku na bok
i nie możesz zasnąć
Nie wiesz co się z tobą wtedy dzieje?
To znaczy, że blues zawitał do ciebie

Albo kiedy się rano budzisz
I nie chcesz rozmawiać z ojcem
ani z matką
I nie chcesz widzieć brata ani
przyjaciela
I nie chcesz widzieć nawet ukochanej
Nie wiesz co się z tobą wtedy dzieje?
To blues zawitał do ciebie i chce
z tobą pogwarzyć

– Dzień dobry bluesie! Jak się masz?
– Mam się dobrze, a Ty?
– Położyłem się wczoraj spać i nie
mogłem zasnąć
Przewracałem się z boku na bok,
i nie mogłem zasnąć

Kiedy się rano zbudziłem
Blues stał koło mego łóżka
Kiedy sięgnąłem po chleb
Blues był w moim chlebie
(H. L. Leadbelly, Good Morning Blues, cyt. za M. Jurkowską)

*

Poezja bluesa działała inspirująco. Na stylizacji lub przekształceniu bluesowego wzorca powstały dzieła znacznej miary. Z bluesowego nastroju, z tego specyficznego słodko-gorzkiego (albo beztrosko-tragicznego) charakteru śpiewanej przez bluesmenów poezji wyrośli m. in. mistrzowie tej miary, co James Baldwin czy Langston Hughes.

*

Chodź,
Połazimy sobie razem nocą
Śpiewając.

Kocham cię.

W poprzek
Szczytów Harlemu
Świeci księżyc.
Nocne niebo jest błękitne.
Gwiazdy to wielkie krople
Złotej rosy.

W dole na ulicy
Gra orkiestra.

Chodź,
Połazimy sobie razem nocą
Śpiewając.
(Langston Hughes, Nocna pieśń Harlemu, tł. Jerzy Sitarz)

*

Przez całe dziesięciolecia blues był wyłączną artystyczną dziedziną Czarnych. Wszelako życie w mieście równało, rozmazywało kulturowe getta. Przeto i blues przestał należeć wyłącznie do czarnej społeczności. Co prawda Mistrzowie uśmiechają się pod wąsem i w najlepszym razie chwalą techniczną, muzyczną biegłość swych białych kolegów-bluesmenów, niemniej jedną z gwiazd firmy „Alligator Rec.” jest przecie biały Johnny Winter. Być może jednak stanowi on wyjątek, jako że przyznać trzeba, iż blues bywa w Stanach Zjednoczonych rodzajem manifestacji etniczno-kulturowej…

Po drugiej wojnie światowej gatunek ten zaczął także podbijać Europę. W Wielkiej Brytanii spopularyzował go znacznie Alexis Korner w początkach lat sześćdziesiątych. Na uprawianym przez siebie wariancie „zelektryfikowanego” bluesa chicagowskiego – Korner wychował świetnych następców (Johna Mayalla, Erica Claptona) oraz wpłynął na muzyczną wyobraźnię (i przyszłość) późniejszych twórców brytyjskiego rocka (Micka Jaggera!).
Bowiem współczesny, zelektryfikowany i silnie zrytmizowany blues przez przejściową formę „rhythm and bluesa” przyczynił się zasadniczo do powstania i rozwoju rocka. Dominującego dziś gatunku muzyki rozrywkowej. Powtarza się historia jazzu?

Blues – to nastrój. W warunkach Ameryki wyrastającej nad poziomy był to nastrój czarnej, spóźnionej i sentymentalnej mniejszości. Była to swoista jej samoobrona. Amerykanie przecież nie przyznają się do klęsk, niepewności, irracjonalnych lęków. Ale czy naprawdę ich nie mają? Ta prosta piosenka, blues – to okienko, przez które spojrzeć można w duszę Ameryki. Przez to okienko wyfruwają emocje nienazwane…

To nie tylko szloch kochanka bez dziewczyny i rozpacz dziewczyny bez miłości. To my – i oni – cali: nasze uczucia przegrywające wciąż z rozumem. Tajemnica ludzkiego niepokoju, nawet w najbogatszym ze światów. To blues.

 

Tekst pochodzi z numeru 2374–2375/1990 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej