Wielkie zimno, wielka plucha, wielki upał — nie dodają człowiekowi elegancji.
Wsadza na siebie dużo rzeczy, zwykle mało twarzowych i chodzi skurczony, albo — w odwrotnej sytuacji — mniej lub więcej rozmemłany.
Rzecz w tym, że jest tendencja w naszym kraju do ubierania się jak wyżej, nawet gdy dane okoliczności nie egzystują, względnie egzystują w stopniu nie wymagającym takiego poddawania się.
Faktycznie, nasz klimat jest w całym tego słowa znaczeniu umiarkowany. Nie ma okropnych mrozów, ani chamsinu, ani sirocca, ani tropikalnych upałów. Każdy kto jeździł po świecie, wie że Polska ma klimat stosunkowo bardzo dobry. Naprawdę nie ma powodów do ubierania się, każdego dnia, jak na wielkie zimno czy inny klimatyczny kataklizm.
Zimowe czapy figurują na naszych głowach już w październiku. Albo są to zapatulające chustki. Mężczyźni namiętnie chodzą w beretach, gdy wcale jeszcze nie jest zimno. Wszyscy od września chodzą skuleni, zgarbieni. Wygląda na to, że jesteśmy wyjątkowymi zmarzluchami.
Berety, prawda, były w swoim czasie szalenie zabawne. Ale minęło od tego czasu dziesięć lat. Radzimy wystawiać czasem głowę na powietrze, jeśli aura na to pozwala. Jest to zdrowe a przede wszystkim modne. Goła głowa zdobi mężczyznę. Wiedzą o tym nasi eleganci ortalionowcy (właściciele płaszczy z ortalionu, jednej z bardziej twarzowych rzeczy jaka się u nas przyjęła). Ci, zauważcie, noszą na ogół gołe głowy. O tym czym nakryć głowę jak będzie naprawdę zimno, napiszemy osobno.
Tekst pochodzi z numeru 971/1963 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.