Ponadtysiącmetrowa góra Kulm w austriackiej Styrii. Jedna z trzech związanych z kultem religijnym Celtów. Tutaj, według dawnych przekazów, miało być lądowisko czarownic i miejsce ich spotkań z diabłem. I właśnie tutaj czekamy na chwilę pełnego zaćmienia Słońca.
Niegdyś Chińczycy bili w bębny i strzelali z łuków w niebo, by odstraszyć złego smoka i uratować Słońce. Mieszkańcy Tahiti widzieli w zaćmieniu zaloty Słońca i Księżyca…
Tutaj nie ma przypadkowych turystów. Są tylko okoliczni mieszkańcy świadomi niezwykłych właściwości energetycznych góry Kulm. W pejzaż z dominującym na wierzchołku krzyżem, figurą Matki Boskiej i dwoma końmi wtapiają się rzędy fotograficznych statywów i pulpitów. Na obiektywach srebrne folie, na oczach specjalne okulary. Niektórzy montują świeżo kupione lornety i teleskopy. Ktoś przegląda podręczniki astronomiczne, inny pisze na kartce jakieś życzenia i pozdrowienia. Uduchowiony młody człowiek zapala świeczki i kadzidła, a potem dmie w dijeridoo – rodzaj prostej drewnianej trąby australijskich aborygenów…
Tuż przed godziną 12.45 spokojne dotąd konie wpadają w dziwną nerwowość, tarzają się z kopytami zwróconymi ku niebu. Nerwowość zebranych potęgują nadciągające chmury. W punkcie kulminacyjnym niemal całkowicie przykrywają one Słońce, ale i tak nie hamuje to oklasków, zaklęć, modlitw i… toastów szampanem. Zapadają ciemności, nagle robi się zimno – temperatura obniża się o kilka stopni. A kiedy Księżyc ciut, ciut odsłania Słońce, cały horyzont dookoła naszej góry zaczyna żyć wszelkimi odmianami różu i pomarańczy. Wszystkich opanowuje szaleńcza radość. Biegają raz nad jedną krawędź góry, raz nad drugą. Zaraz potem robi się cieplej i jaśniej.
Następne pełne zaćmienie w tym miejscu, w Styrii, dopiero za 150 lat, w Polsce – w roku 2075. Ale w Kenii już za dwa lata…
Tekst i zdjęcia: Elżbieta i Andrzej Lisowscy
Tekst pochodzi z numeru 2827/1999 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.