Życie prześpiewane
i
zdjęcie: Sergio Larraín/ Magnum Photos/ Agencja FORUM
Pogoda ducha

Życie prześpiewane

Aleksandra Lipczak
Czyta się 11 minut

Jest wielką legendą Chile. Za granicą pierwszy raz śpiewała w Warszawie. Jej piosenki mają w repertuarze Mercedes Sosa, Buena Vista Social Club, U2 i Faith No More. W swoim najsłynniejszym utworze złożyła hołd życiu, a pół roku później w namiocie cyrkowym to życie sobie odebrała.

Gracias a la vida que me ha dado tanto (Dziękuję życiu, które tyle mi dało) – rozpoczyna się piosenka, którą zna prawie każdy mieszkaniec Ameryki Łacińskiej.

Kiedy w sierpniu 1966 r. Violeta Parra wchodzi do studia w Santiago de Chile, żeby ją nagrać, ma 49 lat, za sobą dwa małżeństwa, 10 nagranych płyt, co najmniej jeden wielki zawód miłosny i spore długi.

Piosenka doczeka się dziesiątków wykonań, a jej autorkę – pionierkę latynoskiego protest songu – będą kiedyś cytować papież i prezydentka Chile. Pół wieku później magazyn „Rolling Stone” uzna album Últimas composiciones (Ostatnie kompozycje) za chilijską płytę wszech czasów. Zaangażowana, polityczna La Violeta stanie się głosem nie tylko Chile, lecz także całego kontynentu.

Metalicznym, hipnotyzującym głosem śpiewa:

Dziękuję życiu, że mi tyle dało.
Że
dało mi parę oczu, dzięki którym rozróżniam
Czarne
od białego, gwiazdy na wysokim niebie,
A
w tłumie mężczyznę, którego kocham […]
Dziękuję
życiu, że mi tyle dało.
Dało
mi marsz moich zmęczonych stóp,
Którymi
przemierzałam miasta i kałuże,
Plaże
i pustynie, góry i równiny,
Twój
dom, twoją ulicę i patio.

Gracias a la vida to wielki hymn na cześć życia. Violeta Parra nagrywa go jednak zaraz po tym, jak próbowała je sobie odebrać.

***

Urodzona w 1917 r. była

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Podwójne życie Israela
i
ilustracja: Cyryl Lechowicz
Opowieści

Podwójne życie Israela

Jan Błaszczak

Choć w swoich utworach Israel Kamakawiwo‘ole upominał się o prawa dyskryminowanych rodaków, w powszechnej świadomości zapisał się jedynie jako „delikatny olbrzym” grający amerykańskie standardy.

Israel Kamakawiwo‘ole jest jednym z symboli Hawajów. Choć można polemizować na temat artystycznej doniosłości jego dorobku, w losach muzyka jak w tafli Pacyfiku przegląda się trudna historia wyspiarskiego narodu. Zresztą przemawia ona nie tylko z jego biografii i śpiewanych przez niego tekstów. Odbiór piosenek Kamakawiwo‘olego – tak mocno skorelowany z narodowością słuchacza – mówi równie wiele o doli i niedoli Hawajczyków. Biorąc pod uwagę, że tych dwóch spojrzeń na twórczość zmarłego w 1997 r. artysty nie sposób pogodzić, można powiedzieć, że doczekał się on dwóch biografii. Lokalnej i globalnej. Prozaicznej i hollywoodzkiej. Jedną mógłby napisać lewicowy historyk Howard Zinn, drugą mógłby nakręcić Howard Hawks między zdjęciami do Mężczyźni wolą blondynki. Łatwo się domyślić, w której jest więcej prawdy. Łatwo się domyślić, która cieszy się większą popularnością.

Czytaj dalej