Był bohaterem postępu, był zwiastunem końca świata. Właściwie jest do dziś.
W czasach zimnej wojny atom był bohaterem zbiorowej wyobraźni. Pierwszoplanowym i zarazem wielowymiarowym. Grał w ludzkiej świadomości kilka ról jednocześnie: jawił się jako superherold postępu, energetyczny heros oraz anioł nuklearnej zagłady.
Kiedy po upadku muru berlińskiego zaczął się (chwilowy) koniec historii, zszedł jednak na drugi plan. Tyle mieliśmy przecież do zrobienia – trzeba było nadążać za globalizacją: latać tanimi liniami, odkrywać Internet, uczyć się obsługi smartfonów, przesiadywać w mediach społecznościowych. Kto miałby jeszcze głowę do kwestii nuklearnych? W wielu krajach Zachodu likwidowano elektrownie jądrowe. Bomby atomowe miały już zawsze kurzyć się w zbrojowniach mocarstw – jako relikt szalonej epoki, w której ludzie na serio rozważali urządzenie apokalipsy.Koniec historii okazał się jednak zaledwie dziejowym interludium. Historia ruszyła z kopyta, a wraz z nią na scenę wrócił atom. Przemoc robi zawrotną karierę zarówno w dyskursach politycznych, jak i w stosunkach międzynarodowych; wojna znów jest przedłużeniem dyplomacji. Nuklearne arsenały jawią się nie tyle jako zabytki zimnej wojny, ile czechowowskie strzelby, które w końcu muszą wypalić.Równocześnie w obliczu kryzysu klimatycznego energia jądrowa wraca do łask, bo wydaje się jedynym sposobem zaspokojenia naszego wilczego apetytu na zasilanie. Sztuczna inteligencja gotowa jest wyręczyć nas niemal w każdej dziedzinie – nawet, a może przede wszystkim, w myśleniu – ale za tę przysługę żąda ogromnej daniny w kilowatach.
Czy nuklearna moc zgubi więc nas, czy raczej zbawi? Niezależnie od tego, który scenariusz zrealizujemy, atom odegra w nim główną rolę. Czy zatem wróci też do sztuki,