Era Wodnika Era Wodnika
Przemyślenia

Era Wodnika

Jakub Popielecki
Czyta się 13 minut

W kącie pokoju stoi komódka. Jesteśmy w Brazylii, są wczesne lata 80., ciocia Lucia obchodzi 70. urodziny, na przyjęcie zjechała się cała rodzina. Dzieci składają solenizantce życzenia, podsumowując jej bogaty życiorys – jak mówią – godny filmu. Lucia, otoczona przez bliskich, znajdująca się w centrum uwagi, ucieka jednak wzrokiem ku komódce, a myślami – ku przeszłości. Przypomina sobie, jak kiedyś, dawno temu, uprawiała na mebelku seks z kochankiem. Wspomnienie jest jasne, żywe, żywsze niż teraźniejszość. Jeszcze moment, a i ta chwila przeminie. Zaraz przeniesiemy się bowiem w przyszłość, do czasów współczesnych. Mieszkanie opustoszeje, zostanie w nim tylko jego właścicielka, Clara (grana przez Sonię Bragę), krewna Lucii – jedną dojrzałą kobietę wspominającą szaloną młodość zastąpi druga. W kącie mieszkania pozostanie stara komódka.

„Aquarius” Klebera Mendonçy Filho to nie opowieść o Lucii i jej komódce, tylko o Clarze i jej mieszkaniu. Ale w przechodzeniu od jednej bohaterki do drugiej, w skupieniu na łączącym generacje przedmiocie, tkwi sedno filmu. Filho opowiada o przemijaniu, o przekazywanym z pokolenia na pokolenie dziedzictwie, o kołowrocie młodości i starości. Kamera swobodnie przekracza tu granice czasu, ale ogranicza się do jednej przestrzeni. Jazdy i panoramy korytarzami mieszkania Clary są niezwykle zmysłowe, płynne, obiektyw „pożera” wnętrze, stara się złowić jego ducha. Szuka aury, tej, o której pisał Walter Benjamin. „Aquarius” opowiada przecież o analogowej kobiecie żyjącej w cyfrowych czasach, o kochającej winyle dziennikarce muzycznej w epoce empetrójek i streamingu, o właścicielce zabytkowego mieszkania zagrożonej przez agresywną gentryfikację.

Pokaż mi swoje mieszkanie, a powiem ci kim jesteś? Filho przypomina prawidłowość, która jeszcze do niedawna była oczywistością: obrastający przez pokolenia charakterem dom definiował czyjeś „ja”, umiejscawiał człowieka w jego prywatnej historii. Ściany, podłogi i komódki pamiętały dziadków, rodziców, dzieci, były kapitałem tożsamości. Teraz tożsamość wyrzuca się na bruk i wykupuje, potem wyburza bądź odpicowuje, potem sprzedaje, a coraz częściej tylko wynajmuje. Clara trzyma z tradycją: mieszkanie to jej dorobek i spuścizna, mieszkanie to ona. To tu trzydzieści lat temu świętowała urodziny ciotki Lucii, to tu co rano budzi się, wstaje z łóżka i żyje: słucha muzyki, udziela wywiadu, przyjmuje wizyty swoich dzieci. Nad skarbcem pamięci Clary zbierają się jednak czarne chmury. Agencja deweloperska wykupuje sąsiednie mieszkania i zamierza postawić nowy kompleks w miejscu, gdzie stoi dom bohaterki. Przedsiębiorcy usiłują – najpierw przysłowiową marchewką, potem kijem – wykurzyć ją z mieszkania, ale Clara to twarda sztuka, którą zahartowały perypetie ze zdrowiem (walka z rakiem piersi). Zanosi się na wojnę.

Nie oczekujcie jednak czarno-białych opozycji, lamentu nad przemijaniem albo sentymentalnego załamywania rąk nad odejściem złotego wieku czy innej idyllicznej Ery Wodnika (tytułowy „Aquarius” to niby tylko nazwa budynku, trudno jednak nie widzieć w niej znaku młodości Clary, ewidentnego dziecka kultury lat 70.). Choć w „Aquariusie” wyraźne są podziały pokoleniowe i społeczne rozwarstwienie, to intencja filmu jest demokratyczna, empatyczna. Kiedy Clara wypomina młodemu przedsiębiorcy, że pozuje on na członka elity, ale brak mu charakteru i przyzwoitości, w jej słowach brzmi buta bogatej przedstawicielki klasy średniej, która może pozwolić sobie na służącą i hołdowanie wysokim standardom. Reżyser nie chce jednak dzielić i szuka uniwersalnego etosu przeplatających się pokoleń, płci, stanów. Opowiada o potrzebie szacunku: do siebie samego i drugiej osoby. Łączy przeciwieństwa: stare i młode, taniec i śmierć. Zupełnie jak w piosence Queen, „Another One Bites the Dust”, którą słucha Clara w jednej ze scen: żywotny, taneczny puls oraz wyliczanka „gryzących piach”, obok siebie, ręka w rękę.

„Aquarius” to przede wszystkim rewelacyjny portret kobiety w określonym wieku, a kino rzadko wie, jak obchodzić się z takimi bohaterkami. Sonia Braga najgłośniejsze role grała przecież dobre trzydzieści lat temu („Pocałunek kobiety pająka”), ale tutaj wraca ze wspaniałą kreacją. Nawet jej zawodowe w ostatnim ćwierćwieczu „wyciszenie” dopełnia portret granej przez nią bohaterki: przybliża Clarę do Bragi, cementuje postać i jej odwórczynię. Filho robi w swoim filmie podobną rzecz, jaką w „Glorii” wykonał Sebastián Lelio – tyle, że robi to lepiej, w sposób bardziej pogłębiony. Reżyser buduje opowieść wokół dojrzałej bohaterki, ale pokazuje, że jej życie nie kończy się wraz z odchowaniem dzieci (które, teraz dorosłe, nie odzywają się do niej za często). Wymaga od niej odwagi pokazania się w zdrowiu i chorobie, zarazem jako matka, babka i kochanka. Braga podejmuje wyzwanie, staje się wcieleniem nie tylko dojrzałości, ale i witalności. Jest zabawna, mądra, zmysłowa, przyciąga oko kamery, hipnotyzując bujnymi włosami, posągową urodą, naturalną charyzmą. Chodzące wcielenie aury – tej, o której pisał Benjamin.

Czytaj również:

Udomowieni Udomowieni
i
„Kobieta i pies przy stole", Pierre Bonnard, 1908 r., Barnes Foundation (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Udomowieni

Ewa Pluta

Piekielna bestia strzegąca zaświatów, duchowy przewodnik, pieseł z memów – pies jest lustrem ludzkich pragnień i lęków.

Sara lubi spędzać poranki na kanapie. Trochę śpi, a trochę czuwa, czasem się przeciąga, by po chwili znowu zapaść się w zielony, miękki plusz. Nie zauważa mnie, gdy wchodzę do pokoju, ale nie mam o to pretensji. Do braku reakcji można się przyzwyczaić. Tym bardziej cieszy okazjonalny dotyk łapy na dłoni, gdy Sara czasem decyduje się na kontakt, zwykle w czasie burzy, której się panicznie boi, lub gdy wyczuwa na moim talerzu łakomy kąsek. Siadam obok niej ostrożnie, by jej nie spłoszyć. Poza tym to nie jest już moja kanapa, prawo własności do niej oddałam sześć lat temu. Jestem na niej tylko gościem, korzystam z prawa łaski do komfortu. Sara podnosi się, siada na tylnych łapach, znowu się przeciąga, kieruje wzrok w stronę okna. Podążam za nim. Magnolia jest tak rozłożysta, że poza nią widok nie pomieści już wiele więcej; na drugim planie są jedynie skrawki nieba i sąsiednia kamienica. W napięciu czekam, czy pojawi się bohaterka poranka, ruda jak Sara, ale znacznie od niej zwinniejsza. Jest! Sara napręża ciało, uporczywie wpatruje się w magnolię, zadziera głowę. Wiewiórka skacze z gałęzi na pień, z pnia na wyższą gałąź, by w końcu zniknąć w koronie drzewa.

Czytaj dalej