— Widziała pani kiedy na własne oczy człowieka, który wygrał w totka? — spytała mnie pani E., gdy usiadłam koło niej na chwilę na osiedlowej ławeczce, aby złapać trochę słońca.
— Nigdy — odparłam zgodnie z prawdą, a pani E. powiedziała:
— A ja znam takiego. Wygrał trzy miliardy czterysta trzydzieści osiem milionów i sześćset pięćdziesiąt tysięcy złotych. Do końca życia nie zapomnę tej liczby.
W bloku pani E. grała chyba połowa mieszkańców, w tym także pan R. Pan R. był skromnym rencistą, żonatym także z rencistką, a ich dwójka dorastających dzieci narzekała, że przypadli im w udziale tacy akurat rodzice. Im bardziej dzieci narzekały — tym zajadlej pan R. grał w totka. A w windzie, na korytarzu, na schodach czy w osiedlowych alejkach wszyscy z bloku ledwo się spotkali, narzekali wspólnie na marne koleje życia.
— I to była więź silniejsza niż przyjaźń — mówi pani E. — Tak nam się przynajmniej wydawało. Bo kłopoty łączą. No i wszyscy grający, ale najgłośniej pan R., obiecywali w razie wygranej pomóc tym, którzy mieli największe kłopoty. Pan R. klął się, że on osobiście ufunduje wtedy stałą pomoc dla wielodzietnej rodziny z piątego piętra, której do szczęścia brakowało niewiele, bo raptem milion miesięcznie. Bo ta rodzina ma skromne wymagania. Byle zapłacić czynsz i jeszcze coś zjeść — wyjaśnia pani E.
I oto nagle, pewnego jesiennego dnia, okazało się, że pan R. wygrał. Obwieszczał to wszem wobec, krzyczał o tym w windzie, na korytarzu, na schodach, na osiedlowych alejkach i ściskał każdego z wylewną radością.
— Robi wrażenie, jakby był przepełniony miłością do bliźnich, więc wszyscy cieszyli się razem z nim i zastanawiali, jak pan R. obdaruje tych, którym to przyobiecał — ciągnie pani E. — Najbardziej cieszyła się ta wielodzietna rodzina…
Pan R. mieszka dziś w willi w ekskluzywnej części naszego miasta, a w ogrodzie ma dwanaście gipsowych krasnoludków specjalnie sprowadzonych z Niemiec. Na ten brakujący milion dla wielodzietnej rodziny zaczęli się składać mieszkańcy bloku. Bo nie mogli wytrzymać ciężaru jej rozczarowania…
Tekst pochodzi z numeru 2552/1994 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.