Podczas gdy ekonomiści mierzą rozwój świata w liczbach, Martha Nussbaum wykorzystuje do tego empatię. Uważa, że tylko kochając, jesteśmy w stanie żyć sprawiedliwie. I przekonuje, że miłości można się nauczyć.
Kiedy na początku roku szkolnego 2025/2026 jedna połowa Polski spierała się z drugą o edukację zdrowotną w szkołach, o edukacji emocjonalnej nie wspominał nikt. Tutaj panuje pełna zgoda: wprowadzenie do podstawy programowej lekcji o emocjach nie mieści się w głowie, a przynajmniej nikomu taki postulat nie może przejść przez usta. Porozumienie ponad podziałami byłoby budujące, gdyby nie chodziło o rzecz tak istotną. Pomijanie jej w wychowaniu szkolnym oznacza, że kolejne pokolenie – jak wiele wcześniejszych – dorośnie, nie umiejąc opisywać i niuansować swoich emocji czy nawet nie zdając sobie sprawy z ich istnienia.
To problem, który dotyka nas wszystkich. Współczucie myli się nam z litością, konstruktywne oburzenie z bezowocnym gniewem, empatia z sympatią. Co tak naprawdę czujemy, patrząc na drugiego człowieka? Często nawet w dojrzałym wieku nie umiemy odpowiedzieć na to pytanie (nie mówiąc o tym, że rzadko je sobie stawiamy). Miłość kojarzy się tylko z uczuciem rodzicielskim czy romantycznym, a kiedy w chrześcijańskim kręgu kulturowym pojawia się zagadnienie „miłość do ludzi”, to przychodzi na myśl wyłącznie Jezus (i jego tragiczna śmierć jako jej jedyny skutek).
Tymczasem najważniejsza filozofka naszych czasów – Martha Nussbaum – przekonuje, że emocje są narzędziem do rozumienia świata. Bez nich jesteśmy jak bez ręki: nawet jeśli na co dzień możemy jakoś podołać, to są sytuacje, w których pozbawieni współczucia czy miłości jako społeczeństwo sobie nie poradzimy.
Wspólnota
W listopadzie 2016 r. Martha Nussbaum, odbierając Nagrodę Kioto nazywaną na całym świecie „filozoficznym Noblem”, opowiadała ze sceny o roli filozofii we współczesnych czasach. Przed mikrofonem stała piękna, jasnowłosa kobieta, zupełnie niewyglądająca na swoje ówczesne 69 lat, i z pasją mówiła o tym, że filozofia nie jest dziedziną oderwaną od rzeczywistości, uprawianą wyłącznie przez pięknoduchów, ale nauką, która może – i powinna – wpływać na życie wszystkich ludzi. „To dziedzina praktyczna, szukająca recepty na sprawiedliwe i godne życie w świecie pełnym podziałów, rywalizacji, strachu i katastrof, na które nie mamy wpływu” – tłumaczyła.
Przypominała, że przez wieki idee filozoficzne rzutowały na decyzje rządzących, czyli – w pośredni sposób