Gracz
i
ilustracja: Cyryl Lechowicz
Wiedza i niewiedza

Gracz

Michał Szadkowski
Czyta się 16 minut

Przy stole karcianym Stu Ungar – łącząc artyzm Mozarta, ruchy Michaela Jordana i umiejętność koncentracji Tigera Woodsa – tylko wygrywał. Był geniuszem. Kiedy od niego odchodził, wyłącznie przegrywał.

Oto motel Oasis w Las Vegas. Po pokojach ga­niają karaluchy, w pościeli zalęg­ły się wszy, powietrze wypełnia bez reszty kwaśny smród papierosów. Drzwi nie można domknąć, co akurat nie jest problemem, bo i tak są dziurawe. Po ostatniej strzelaninie ktoś uznał, że nie warto ich wymieniać, wystarczy zasłonić dziury. Słowem, Oasis wygląda tak, jak można się spodziewać, że będzie wyglądał 227. w rankingu TripAdvisor hotel w Vegas.

Kiedy trzy dekady temu wchodził tam Stu Ungar, nie mogło być lepiej. Być może karaluchy były mniejsze, a wszy nie tak zadomowione, być może spłuczka jeszcze działała, choć to raczej wątpliwe w miejscu, które wówczas reklamowało się jako „adult­-movie motel” (chodziło o dostępny dla gości zbiór filmów dla dorosłych nagranych prawdopodobnie w zjednoczonych Niemczech). ­Stu wprowadził się do pokoju numer 16 w piątkową noc 20 listopada 1998 r. Właściciel wspomina, że wyglądał na miłego gościa, lecz na „miłego gościa” Ungar mógł wyglądać tylko na tle innych bywalców motelu. Niski (165 cm) i przeraźliwie wychudzony (ważył najwyżej 45 kg), przeżarty od środka przez kokainę. Między zapadniętymi policzkami zostało coś, co kiedyś było nosem, a teraz przypominało zdeformowany kawałek ciasta z dwoma dziurami.

Gdy pokojówka obudziła Ungara w sobotę, by się wymeldował (check out już o 9.00!), leżał na łóżku twarzą w dół i drżał. Poprosił o spotkanie z menedżerem, zapłacił za jeszcze jedną noc. Następnego dnia pokojówka znalazła go w tej samej pozycji, ale już się nie ruszał. Nie żył.

Kilka dni później odbył się

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Hej, hej, hej sokoły…
i
ilustracja z archiwum
Wiedza i niewiedza

Hej, hej, hej sokoły…

Piotr Żelazny

Wypuszczający drapieżnika sokolnik nigdy nie wie, czy ptak do niego wróci. Zawsze może przecież wybrać wolność. A jednak od tysięcy lat wraca!

W locie pikowym sokół wędrowny może rozwinąć prędkość nawet 350 km/h. To prawie trzy razy szybciej od geparda – najszybszego zwierzęcia lądowego. Rekordzistę świata na 100 metrów Usaina Bolta, który rozpędził się do 44,72 km/h, ptak zostawia daleko z tyłu.

Czytaj dalej