Ogień, który tworzy
Świat + Ludzie, Wiedza i niewiedza

Ogień, który tworzy

Łukasz Lamża
Czyta się 11 minut

Najlepiej wyraził to brytyjski komik Eddie Izzard. „Śiwa był bogiem stworzenia i zniszczenia. To bardzo wygodne. Buch! Patrzcie, co stworzyłem. Podoba wam się? Nie. OK, zniszczę. Jeżeli jesteś tylko bogiem stworzenia, to masz problem. Buch! Patrzcie, co stworzyłem. Podoba wam się? Nie? Dobra, wrzucę to do garażu”.

Tradycyjna ikonografia przedstawia Śiwę-niszczyciela jako bliskiego kuzyna Agni, boga ognia „z płową brodą, ostrymi szczękami i palącymi zębami”, którego pożywieniem jest drewno, a sztandarem dym. Jego aspekt twórczy wyrażał się z kolei w tańcu – najpełniejszym obrazem stworzenia-zniszczenia w świecie hinduizmu jest więc Śiwa tańczący w płomieniach. Ogień, który tworzy.

Każda komórka naszego ciała to taki właśnie mikro-Śiwa.

Metabolizm to przecież nic innego jak tylko nieustanny cykl niszczenia i tworzenia. Organizm człowieka, ale też dowolnej cudzożywnej bakterii, którą można hodować na posłodzonym talerzyku laboratoryjnym, opiera swoje funkcjonowanie na jednym fundamentalnym równaniu. Cząsteczka glukozy i 6 cząsteczek O2 dają 6 cząsteczek CO2, 6 cząsteczek H2O i energię. Choć rzeczywiste reakcje chemiczne będące realizacją tego procesu bywają okrutnie skomplikowane, jego zasadnicza logika wyraża się w tym uproszczonym równaniu. A wiecie, jak się nazywa ten proces? Spalanie.

ilustracja: Bohdan Butenko
ilustracja: Bohdan Butenko

Termin „spalanie” dla chemika oznacza każdy proces uwalniania energii pod wpływem utleniania, zwłaszcza gdy towarzyszy mu wydzielanie ciepła i światła. Świecenie ciała ludzkiego jest znacznie mniej spektakularne od zapałczanego – dokonuje się w podczerwieni, a nie w zakresie widzialnym – ale zasada jest ta sama. Gdybyśmy przyjrzeli się w skali atomowej temu, co dzieje się w miejscu spalania jakiegoś

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Dymy nad Tasmanią
i
Zatoka Wineglass widziana z góry Amos, Park Narodowy Freycineta, Tasmania; zdjęcie: Dean Hughes (CC BY 2.0)
Świat + Ludzie, Ziemia

Dymy nad Tasmanią

Emilia Dłużewska

„Niebo fioletowi się i gęstnieje, ale na piasek spada tylko kilka kropel. To nie wyczekiwana ulewa, lecz tasmańskie przekleństwo: sucha burza. Powietrze pochłania wilgoć, zanim ta dotrze do ziemi. Zarzewia ognia, które normalnie mogłaby zgasić ulewa, przeradzają się w pożary”.

Dlaczego śledztwa w sprawie morderstw na Tasmanii tak trudno zakończyć? Bo nikt nie ma karty dentystycznej, za to ślady DNA pasują do wszystkich” – brzmi jeden z licznych dowcipów, które Australijczycy opowiadają o wyspie. Położona 240 km na południe od kontynentalnej części kraju Tasmania stereotypowo uważana jest za ubogą, zacofaną prowincję, której półdzicy mieszkańcy z braku wyboru krzyżują się między sobą.

Czytaj dalej