Pogadajmy trochę o śmierci Pogadajmy trochę o śmierci
i
zdjęcie: materiały prasowe The Five Invitations
Wiedza i niewiedza

Pogadajmy trochę o śmierci

Tomasz Stawiszyński
Czyta się 18 minut

„Uświadomienie sobie kruchości i zmienności rzeczy pozwala nam je głębiej doceniać, poczuć ich cudowność, wdzięczność za to, co nas spotyka” – mówi nauczyciel buddyzmu Frank Ostaseski, który od lat pomaga innym umierać.

Spodziewałem się rozmowy z posągiem. Doskonale opanowanym, promiennie uśmiechniętym, odpornym na fundamentalne niedogodności związane z faktem istnienia: skończoność, nietrwałość, śmiertelność. Z kimś, kto do tych wszystkich dramatycznych spraw – na co dzień wprawiających nas w przerażenie i rozpacz – podchodzi z absolutnym spokojem, bo wszystko już dawno przemyślał i przepracował. Tak sobie Franka Ostaseskiego wyobrażałem na podstawie różnych wywiadów, wypowiedzi i tekstów, na które natrafiałem w sieci. No i oczywiście na podstawie jego biografii.

Nauczyciel buddyzmu, który od kilkudziesięciu lat pracuje z umierającymi, inicjator powstania hospicjum przy największym stowarzyszeniu zen na zachodzie Stanów Zjednoczonych, założyciel Metta Institute, w którym prowadzi warsztaty i szkolenia dla osób, które chcą pomagać cierpiącym w odchodzeniu z tego świata. Przecież ktoś taki musi być prawie Buddą. Z takim nagromadzeniem nieszczęścia nikt zwyczajny z pewnością by sobie nie poradził, prawda?

Tymczasem Frank okazał się zupełnie normalnym gościem, bezpośrednim, otwartym, wprost opowiadającym o swoich słabościach, momentach zwątpienia, rozpaczy i bezradności. I chociaż wciąż myślę, że w jego podejściu sporo jest idealizacji, nie mam wątpliwości, że wszystko, co mówi i robi, płynie z głębi osobistego doświadczenia.

Po rozmowie umówiliśmy się na coś w rodzaju autoryzacji. „Wiesz – powiedział mi Frank – nie zawsze udaje mi się wszystko ująć tak, jak bym chciał, jeśli przyślesz mi tekst naszej rozmowy, będę miał okazję coś poprawić albo wygładzić”. Pięć dni później dowiedziałem się, że przeszedł udar i trafił do szpitala. W pierwszej chwili pomyślałem, że to straszna wiadomość. W drugiej – że jeśli nawet stałoby się najgorsze, jest to prawdopodobnie najbardziej przygotowany na taką okoliczność facet na świecie.

(W momencie, kiedy oddawaliśmy jesienny numer „Przekroju” do druku, jego stan był stabilny, a życiu nie zagrażało niebezpieczeństwo).

Tomasz Stawiszyński: Boisz się śmierci?

Frank Ostaseski: Część mnie zawsze będzie się bała śmierci.

Która?

Moje „ja”. Ale „ja” to nie wszystko. Istnieje w nas jeszcze coś innego, co nasze „ja”

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

A teraz zniknę! A teraz zniknę!
i
zdjęcie: Vincenzo Cottinelli
Wiedza i niewiedza

A teraz zniknę!

Paulina Wilk

Szczęśliwi mogą na koniec powiedzieć: żyłem w pełni i tak, jak chciałem. Ale Tiziano Terzani podniósł poprzeczkę ­– pokazał, jak pięknie i treściwie umrzeć.

Ustalenia są takie: kiedy nadejdzie moment, skontaktujecie się z Zielonym Krzyżem, przyjadą dyskretnie do domu, żeby zrobić, co trzeba. Jak wiecie już od jakiegoś czasu, chcę być skremowany i proszę, by trumna była najprostsza, jak to tylko możliwe, najlepiej z desek. Zostanę zaniesiony w niej do kapliczki, skąd jak najszybciej, bez litanii, śpiewu, przemówień, ale w ukochanej przeze mnie ciszy zaniesiony zostanę do pieca kremacyjnego, z którego wyjdę prochem w prostej urnie, która zostanie przekazana być może rodzinie. Tak wrócę na ziemię Orsigni. Chcę, aby tak się stało. Zróbcie wszystko, żeby tak było. Dziękuję i pośmiejcie się dobrze. Ściskam Was”.

Czytaj dalej