W Kalkucie drzewa zjadają domy
i
Sławny kalkucki most Howrah na rzece Hugli; zdjęcie: Dipan Maity/iStockphoto
Opowieści

W Kalkucie drzewa zjadają domy

Paulina Wilk
Czyta się 18 minut

Czas w Kalkucie wiruje, pozwalając jej mieszkańcom ukryć się przed przyszłością. Tu wiersze wciąż mają większą wartość niż pieniądze, a w dawnych sypialniach rosną figowce. Miasto powoli ulega przyrodzie i pewnego dnia zostanie przez nią pożarte.

„Czy to nie idealne miejsce na szczęśliwą starość?” – Iftekhar związuje czarne włosy w kucyk na czubku głowy. Jego oczy lśnią z przejęcia. Ja odklejam od ciała wilgotną lnianą koszulę i zaczynam się rozglądać. Wbiegliśmy tu z ulicy przez obłażące z farby dwuskrzydłowe drzwi i pierwszy, niewielki dziedziniec. Stoimy pod kolumnami okalającymi ten drugi – przestronny, w tej chwili zalewany strugami ciepłego deszczu, który podczas monsunu spada nagle i obficie. Ulewa płynie wprost do stojącej na środku marmurowej fontanny. Kiedyś musiała być dumą tego domu, ozdobą dziedzińca. Teraz służy za składowisko donic, desek i rupieci. Ludzie w tym mieście, i ono samo, nie wyrzucają tego, co minione. Wolą gromadzić i trwać. Witajcie w Kalkucie – schronie przeciwczasowym.

„We wszystkich skrzydłach można zrobić kilka pokoi, każdy z wyjściem na balkon. Wyobraź to sobie. Mogliby żyć jak w czasach swojej młodości. Będą do nich przychodzić rzemieślnicy, sprzedawcy, gazeciarze. No i dzieci. Te z dzielnicy czerwonych latarni i ze slumsów, tu niedaleko, znad rzeki. Ten dziedziniec wszystkich pomieści, będzie dużo życia. Starość może być piękna” – Iftekhar oprowadza mnie po miejscu wyobrażonym: nowym domu opieki dla osób starszych, stworzonym tak, by imitował świat przeszłości. W innym mieście byłoby to chyba niemożliwe, ale tu wciąż chodzi się dawnymi ścieżkami. Tutaj codzienność zmienia się powoli, można nawet nie zauważyć, że czas upływa. W hinduizmie jest on kołowrotem, nie linią. Nie przemija, tylko wraca i jest.

Marzenie Iftekhara to więcej niż mrzonka. Mężczyzna wyciera mokry ekran smartfona o nogawkę dżinsów i pokazuje mi biznesplan. Wszystko rozpisane, podzielone na etapy, gotowe do realizacji. Potrzeba inwestora, ale też czegoś jeszcze – zgody jedynej żyjącej właścicielki. Trzeba czekać. Kobieta jest ostatnią rezydentką głównej części domu. Żyje tam sama, niemal odcięta od świata. Nie wychodzi. Wszystko przynosi jej służba. W tym mieście to typowy wymiar luksusu: mieć wszystko dostarczone do domu, nie musieć wystawiać ciała na słońce, ulewy, kurz i spaliny, na hałas, zgiełki oraz tłok. Trwać – a może tkwić? – w podcieniach mądrze zaprojektowanego domu, z ciężkim drewnianym wiatrakiem obracającym się nad głową. Być, nie pędzić za żadnym „jutro”, „lepiej” ani „bardziej”. Co jak co, ale przyszłość i postęp nie robią na Kalkucie – i jej doświadczonych mieszkańcach – wrażenia. Dziedziczka rezydencji, siwa i filigranowa, w znoszonym, lecz stylowym bawełnianym sari

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Wszystko w twoich rękach
i
zdjęcie: Paulina Wilk, Kalkuta, 2022 r.
Marzenia o lepszym świecie

Wszystko w twoich rękach

Paulina Wilk

Praca w Indiach wciąż jest w dużej mierze manualna i analogowa, a zawód często dziedziczy się po rodzicach. Idea awansu społecznego, wysławiana przez zachodni kapitalizm, tutaj rzadko ma rację bytu.

Stary silnik ryczy, cielsko wypakowanej ziemniakami ciężarówki próbuje się wsunąć pomiędzy budynek targu a rozłożone przed nim kopy limonek, bakłażanów i okry. Olbrzymie koła suną tuż za plecami handlarek, które nic sobie z tego nie robią. Nie przestają nawoływać, ważyć i pakować. Jest ósma rano, ale upał się wzmaga, słońce świeci już mocno. Do południa trzeba sprzedać, ile się da. Potem żar wszystkich stąd przegna.

Czytaj dalej