„Dziecko Rosemary” Iry Levina należy do najlepiej napisanych, umiejętnie operujących nastrojem „opowieści z dreszczykiem”, jakich ukazało się wiele na Zachodzie. Rozgłos nadał jej również film Romana Polańskiego pod tym samym tytułem.
Rzecz rozgrywa się w Nowym Jorku. Bohaterowie — to sympatyczna para nowożeńców: Rosemary i Guy Woodhouse’owie. Wynajmują mieszkanie w starej, nie cieszącej się dobrą sławą kamienicy Bramford, gdzie mieszkali wprawdzie ongiś czarownice, słynne kultem satanistycznym siostry Trench, uprawiające kanibalizm oraz niejaki Adrian Marcato, który uchodził za cziciela szatana. Młoda para zaprzyjaźnia się z mieszkającym po sąsiedzku, niezwykle starszym małżeństwem — Minnie i Romanem Castevetami. Wkrótce jednak sielanka pryska. W niejasnych okolicznościach ginie śmiercią samobójczą wychowanka Castevetów, z którą Rosemary zawarła znajomość.
Rosemary zachodzi w ciążę w trakcie koszmarnego snu i rozpoczyna się seria dziwnych wydarzeń. Pod wpływem Castevetów bohaterka zrzeka się opieki lekarskiej dr. Hilla, którego zastępuje dr Sapirstein. Żona aktora pije parzoną przez tana jej tajemniczą miksturę, mającą wzmocnić przyszłą matkę, pod wpływem której Rosemary czuje się coraz gorzej i chudnie. Niepokój partnerki potęguje się dopiero wtedy, gdy odrzuca talizman od pani Castevet.
Przyjaciel młodej pary, pisarz Hutch, który przejrzał tajemnicę kultu szatana, nagle zachorował i umarł. Zostawił jednak Rosemary książkę o wiedźmach i czarownikach, z której dowiaduje się, że Roman Marcato naprawdę nazywa się Steven Marcato i jest synem Adriana. Młoda kobieta zaczyna podejrzewać, że Castevetowie i krąg ich znajomych — to sekta, która ukradnie po porodzie jej dziecko. Aby ją uspokoić, sąsiedzi wyjeżdżają na wakacje do Dubrownika. Rosemary dochodzi do wniosku, że spiskuje również jej mąż, ucieka w przeddzień porodu z domu, a ponieważ nie wierzy Sapirsteinowi, pragnie się oddać pod opiekę dr. Hilla.
Ciąg dalszy, pełen niezwykłych zdarzeń, znajdziecie Państwo w P. w trzech odcinkach będących ostatnią częścią „Dziecka Rosemary”. Całość ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego, w przekładzie Bogdana Barana.
I jeszcze słówko komentarza. Radzimy czytać tę opowieść z przymrużeniem oka. Krytyka tamtejsza określa te, bardzo modne na Zachodzie „dreszczowce” — odbijają karykaturalnie modne, szczególnie w USA, tendencje do tworzenia różnych sekt, czarnej magii, czy odłamów od „czarnej magii” (np. wudu), co wykorzystuje literatura sensacyjna oraz film. Na przykładzie „Dziecka Rosemary” prezentujemy ów nurt, który w kręgu naszej kultury jest czymś egzotycznym. W każdym razie pozycja, bezwzględnie, dla rozrywki. (jp)
Daremna ucieczka
Przeszła Park Avenue do Osiemdziesiątej Piątej Ulicy, gdzie znalazła budkę telefoniczną i stamtąd zadzwoniła do doktora Hilla. W budce było bardzo gorąco.
Odebrała telefonistka. Rosemary podała jej swoje nazwisko i numer telefonu.
— Proszę mu przekazać, żeby do mnie zadzwonił — powiedziała. — To bardzo pilne, a ja czekam w budce telefonicznej.
— Dobrze, kochanie. — Kobieta wyłączyła się i zapadła cisza.
Rosemary odwiesiła słuchawkę, a potem podniosła ją znowu, ale palcem dyskretnie przytrzymując widełki. Trzymała słuchawkę przy uchu, jak gdyby rozmawiała, zabezpieczając się w ten sposób przed wyproszeniem z budki przez kogoś, kto chciałby zatelefonować. Dziecko kopało i wierciło się w jej brzuchu. Dziwowała się… Szybciej, błagam, doktorze Hill. Zadwoń. Ratuj mnie.
— Tak? — przerwał sygnał, ledwie zaczął rozbrzmiewać.
— Pani Woodhouse?
To doktor Hill, doktor Zbawca-Wyzwoliciel-Kildare-Wspaniały-Hill.
— Dzień dobry — powiedziała. — Dziękuję, że pan zadzwonił.
— Sądziłem, że jest pani w Kalifornii — rzekł.
— Nie — odparła — ja poszłam do innego lekarza, nasi przyjaciele mnie do niego wysłali, ale on nie jest odpowiedni, panie doktorze. Okłamywał mnie i dawał mi dziwne… napoje i tabletki. Dziecko urodzi się we wtorek, pamięta pan, mówił mi pan, że dwudziestego ósmego czerwca, i chciałabym, żeby to pan je odebrał. Zapłacę panu, ile pan zechce, za cały ten okres, tak jakbym chodziła do pana.
— Pani Woodhouse…
— Proszę, niech mi pan pozwoli dokończyć — przerwała, wyczuwając w jego głosie odmowę. — Chciałabym przyjść i wyjaśnić panu, co zaszło. Nie mogę pozostawać zbyt długo tu, gdzie jestem. Mój mąż, ten lekarz i ludzie, którzy mnie do niego wysłali, są zamieszani w ten… no, spisek. Wiem, że to wygląda na szaleństwo, panie doktorze, i pan pewnie myśli: „mój Boże, ta biedna dziewczyna zupełnie zbzikowała”, ale ja nie zbzikowałam. Panie doktorze, przysięgam na wszystkie świętości. Zdarzają się przecież spiski przeciw ludziom, prawda?
— Tak, sądzę, że tak.
— Ten jest skierowany przeciw mnie i mojemu dziecku — kontynuowała — i jeśli pozwoli mi pan przyjść, to opowiem o wszystkim. I nie chcę pana prosić o zrobienie czegoś niezwykłego, złego, czy w ogóle. Chcę tylko, żeby mnie pan zabrał do szpitala i był przy porodzie.
— Proszę przyjść do mnie — odezwał się — jutro po…
— Teraz. Teraz. Będę pani szukać.
— Pani Woodhouse, jestem teraz w domu, nie w gabinecie. Pracowałem od wczoraj rano i…
— Błagam. Błagam pana.
Milczał.
— Przyjdę i wszystko wyjaśnię. Nie mogę tu już dłużej stać.
— W gabinecie o ósmej — powiedział — czy to wystarczy?
— Tak. Dziękuję. Panie doktorze!
Dotarła do Lexington Avenue i szła w stronę centrum ku Ośmdziesiątej Szóstej Ulicy, tam weszła do kina, skorzystała z toalety, po czym usiadła odrętwiała w bezpiecznym chłodnym mroku, naprzeciw ekranu, na którym wyświetlano hałaśliwy, barwny film. Po chwili wstała i z walizką wyszła do telefonu, skąd zamówiła erkę do swego brata Briana. Nikt nie odbierał. Wróciła z walizką do sali i usiadła na innym miejscu. Dziecko było spokojne, spało. Szedł teraz jakiś inny film, w roli głównej Keenan Wynn.
Za dwadzieścia ósma opuściła kino i pojechała taksówką do gabinetu doktora Hilla przy Zachodniej Siedemdziesiątej Drugiej Ulicy. Wejście powinno być bezpieczne — pomyślała; będą obserwować mieszkanie Jean, Hugh i Elise, ale nie gabinet doktora Hilla o ósmej wieczorem. Jeśli telefonistka nie powiedziała, że Rosemary dzwoniła. Na wszelki wypadek poprosiła kierocę, by zaczekał dopóki ona nie wejdzie do środka.
Nikt jej nie zatrzymał. Doktor Hill sam otworzył drzwi, bardziej uprzejmie, niż oczekiwała na podstawie jego niechętnej zgody na spotkanie. Zapuścił wąsy; były blond i dlatego słabo widoczne, ale nadal wyglądał jak doktor Kildare. Miał na sobie sportową koszulę w niebiesko-żółtą kratę.
Rosemary zamknęła oczy; chciało się jej krzyczeć. Wierzył jej. Nie uważał, że jest obłąkana. Otworzyła oczy i patrzyła na niego, nadal spokojna i skupiona. Pisał coś. Czy wszyscy pacjenci tak go uwielbiają? Dłonie miała wilgotne; przesunęła je z poręczy krzesła i przycisnęła do sukienki.
— Pani lekarz nazywa się Shand, tak? — spytał.
— Nie, doktor Shand to jeden z tej grupy — sprostowała Rosemary. — Jeden z kręgu. Lekarz — to doktor Sapirstein.
— Abraham Sapirstein?
— Tak — odpowiedziała z niepokojem. — Pan go zna?
— Spotkałem go raz czy dwa — doktor Hill pisał nadal.
— Patrząc na niego — powiedziała Rosemary — lub nawet rozmawiając z nim, człowiek nigdy by nie pomyślał, że on…
— Nigdy, to prawda — doktor Hill odłożył pióro — dlatego mówi się: „nie sądź po pozorach”. Chciałaby pani znaleźć się jeszcze dziś w Mount Sinai?
Rosemary uśmiechnęła się.
— Z wielką ochotą. Czy to możliwe?
— Zrobię małe czary-mary — doktor Hill wstał i podszedł do otwartych drzwi pokoju przyjęć. — Chciałbym, żeby pani trochę odpoczęła. — Sięgnął ręką za siebie w głąb ciemnego pokoju, który rozjaśnił się zimnym, błękitnym światłem jarzeniowym. — Zobaczę, co da się zrobić, a potem zbadam panią.
Rosemary podniosła się i z torebką w dłoni weszła do pokoju zabiegowego.
— Mają wszystko — powiedziała. — Nawet ubrania na zmianę.
— Na pewno sobie jakoś poradzimy — rzekł doktor Hill. Wszedł za nią i włączył klimatyzator w oknie. Z niebieskimi zasłonami. Urządzenie było dość hałaśliwe.
— Czy mam się rozebrać? — spytała Rosemary.
— Nie, na razie nie. Muszę na jakieś pół godziny zająć się telefonami. Proszę się położyć i odpocząć. — Wyszedł i zamknął drzwi.
Mieszkała właśnie z Brianem i Dodie w wielkim nowoczesnym domu w Los Angeles, a Andy* zaczął już mówić (choć ma dopiero cztery miesiące), gdy zajrzał doktor Hill, i byłby znowu w pokoju zabiegowym, leżała na boku w sukience znowu, odwróciła się do góry. Osłoniła oczy dłonią i uśmiechnęła się do niego.
— Zasnęłam — powiedziała.
Otworzył drzwi na całą szerokość i cofnął się. Weszli — doktor Sapirstein i Guy.
Rosemary usiadła, odrywając dłoń od oczu. Wstali i stanęli obok niej. Twarz Guya była martwa i bez wyrazu. Patrzył na ściany, tylko na ściany, nie na nią. Doktor Sapirstein powiedział:
— No, Rosemary, spokojnie, chodź z nami. Nie awanturuj się i nie rób scen, bo jeśli będziesz nadal mówić o wiedźmach albo czarach, to będziemy zmuszeni zabrać cię do szpitala dla umysłowo chorych. A wyposażenie izby porodowej nie jest tam zbyt doskonałe… Nie chciałabyś tego, prawda? A więc chodź.
— Zbliżamy się po prostu do domu — odezwał się Guy, spojrzawszy wreszcie na nią. — Nikt cię nie skrzywdzi.
— Ani dziecka — dodał doktor Sapirstein. — Załóż buty. Wyjął buteleczkę kapsułek, spojrzał na nią i wsunął do kieszeni.
Nałożyła sandały, a on podał jej torebkę. Wyszli; doktor Sapirstein prowadził ją pod ramię, Guy dotykał jej drugiego łokcia.
Doktor Hill trzymał jej walizkę. Podał ją Guyowi.
— No, już się czuje lepiej — powiedział Sapirstein. — Pojedziemy teraz do domu odpocząć.
Doktor Hill uśmiechnął się do niej.
— To paranoja, i tyle — powiedział. — W dziewięciu przypadkach na dziesięć.
Spojrzała na niego bez słowa.
— Przepraszam za kłopot, doktorze — powiedział doktor Sapirstein, a Guy rzekł:
— Jak się nie wstydziłaś przyjść tu i…
— Cieszę się, że mogłem panu pomóc — rzekł doktor Hill do doktora Sapirsteina, otwierając drzwi.
Mieli samochód. Kierował pan Giltmore. Rosemary siedziała z tyłu między Guyem i doktorem Sapirsteinem.
Wszyscy milczeli.
Jechali do Bramfordu.
Windziarz uśmiechnął się do niej, gdy szli przez hall ku niemu. Diego. Uśmiechał się, bo ją lubił, bardziej niż innych lokatorów.
Uśmiech, przypomniawszy jej o własnej indywidualności, wywołał głośny jęk. Uchyliła przyciśniętą do boku torebkę, nasunęła na palec kółko od kluczy i doszedłszy do drzwi windy — odwróciła torebkę do góry dnem, wysypując wszystko z wyjątkiem kluczy. Potoczyła się szminka i monety, pończochy dziesiątki i dwudziestki Guya, wszystko. Spojrzała tępo w dół.
Guy i doktor Sapirstein zbierali rzeczy, a ona stała w milczeniu, bezradna kobieta w ciąży. Diego wyszedł z windy, cmokając wargami na znak zatroskania. Pochylił się i zaczął pomagać. Cofnęła się na bok, żeby nie przeszkadzać, i obserwując ich — nacisnęła wielki, okrągły guzik. Odsuwane drzwi odsunęły się. Zamknęła wewnętrzne drzwi.
Diego wyciągnął rękę, ale musiał cofnąć dłoń i dotknął tylko zewnętrznej ich strony.
— Pani Woodhouse!
— Przepraszam, Diego.
Nacisnęła dźwignię i winda ruszyła w górę. Zadzwonił do Briana. Albo do Joan, Elise lub Grace Cardiff. Do kogoś.
Andy, jeszcze nie przegraliśmy!
Zatrzymała windę na dziewiątym, potem na szóstym, potem w połowie między siódmym i ósmym, aż wreszcie na tyle blisko siódmego, by otworzyć oboje drzwi i wyjść, zstępując dziesięć centymetrów.
Przebyła zakryty korytarza najszybciej jak tylko mogła. Pojawił się skurcz, ale maszerowała z wyciągniętymi rękami.
Światełko nad wejściem do windy towarowej wskazywało czwarte piętro, potem piąte; wiedziała, że to Guy i doktor Sapirstein jadą, żeby ją schwytać.
A klucz, oczywiście, nie chciał wejść do zamka.
W końcu jednak wszedł, a ona znalazła się w środku, zatrzasnęła drzwi w momencie, gdy otwierały się drzwi windy, założyła łańcuch, gdy klucz Guya zaczął się wsuwać w zamek. Przekręcił, zasuwy były… ale klucz cofnął ją z powrotem. Drzwi uchyliły się i zatrzymały na łańcuchu.
— Otwórz, Ro — powiedział Guy.
— Rosemary, otwórz.
— Kochanie, przecież ja nie chcę cię skrzywdzić.
— Obiecałeś im dziecko. Odejść.
— O czym ty nie blagaleś. O czym ty mówisz? Komu miałem obiecać?
— Rosemary — odezwał się doktor Sapirstein.
— Ty też. Idźcie stąd.
— Zdaje się, że podejrzewasz jakiś spisek przeciwko sobie…
— Idźcie stąd — pchnęła drzwi i zasunęła zasuwę.
Pozostała zasunięta.
Cofnęła się obserwując ją, a potem weszła do sypialni.
Było wpół do dziesiątej.
Do pokoju wszedł Guy z panem Fountainem.
— Kochanie, nie chcemy zrobić ci nic złego… — mówił Guy; za nim stał doktor Sapirstein z pełną strzykawką; po uniesionej w górę igle spływały kropelki płynu, palec doktora podtrzymywał przycisk tłoczka. A dalej stoją: mąż, pani Fountain i pan Giltmore.
— Jesteśmy twoimi przyjaciółmi — powiedziała pani Giltmore, a pan Fountain dodała:
— Nie ma się czego obawiać, na prawdę nie ma czego.
— To tylko lekki środek uspokajający — odezwał się doktor Sapirstein — po to, żeby cię uspokoić i zapewnić ci mocny zdrowy sen w nocy.
Stała między łóżkiem a ścianą, zbyt ciężka, by móc przebiec po łóżku i uciec im…
— Wiesz przecież, że… No, Ro, że nie pozwoliłbym nikomu cię skrzywdzić”, porwała telefon i uderzyła Guya słuchawką w głowę. Chwycił ją za nadgarstek, a pan Fountain złapał jej drugą rękę i wykręcił ze zdumiewającą siłą; telefon upadł na podłogę.
— Na pomoc… — krzyknęła, ale jakaś drobna silna dłoń wcisnęła jej w usta i przytrzymała chusteczkę lub coś w tym rodzaju.
Wyciągnęli ją zza łóżka, by doktor Sapirstein mógł do niej podejść ze strzykawką i wbić igłę; ostra, skóra silniejsza niż wszystkie poprzednie zacisnął wnętrze jej brzucha i zmusił do zamknięcia oczu. Wstrzymała oddech, potem zaczęła szybkimi płytkimi wdechami, wyczuwając płynący przez nos. Jakaś dłoń dotknęła jej brzucha, obmacała go zręcznie, po czym doktor Sapirstein powiedział:
— Chwileczkę. Chwileczkę. Chyba się zaczyna.
— Zaczyna się?
Zapadła cisza. Ktoś za drzwiami szepnął:
— Zaczyna się!
Otwarła oczy i patrzyła na doktora Sapirsteina, wciągając powietrze przez nos; skurcz mijał. Doktor spojrzał na nią, skinął głową — a jego styl nagle jej ramię przytrzymywane przez pana Fountaina, potarł je watą i wbił igłę.
Przyjęła zastrzyk nie usiłując się bronić, zbyt przerażona i zmęczona.
Przeniosła rękę z ramienia i potarła miejsce ukłucia najpierw kciukiem, potem watą.
Kobiety, zobaczyły, rozleciały łóżko.
Tutaj?
Tutaj!
— Miało być w Doctors Hospital! W szpitalu z wyposażeniem i pielęgniarkami, ze wszystkim sterylnie czystym!
Przytrzymywali ją, kiedy się broniła, a Guy mówił jej do ucha:
— Wszystko będzie dobrze, kochanie, przysięgam na Boga. Przysięgam, że wszystko będzie w najlepszym porządku. No, Ro, przestań się bronić… Przestań, Ro. Daję ci słowo honoru, że wszystko będzie dobrze.
A potem następny skurcz.
A potem leżała na łóżku, a doktor Sapirstein robił jej kolejny zastrzyk.
(Skróty w tekście pochodzą od redakcji.)
* Nazwa szpitala.
* Także jako kamizelka bohatera nadał swoje mu dziecku. Brian i Dodie — to rodzeństwo Rosemary.
Tekst pochodzi z numeru 2149/1986 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.