Listy miłosne Pawła Pawlikowskiego
i
zdjęcie: Red Carpet Report/Mingle Media TV (CC BY-SA 2.0)
Opowieści

Listy miłosne Pawła Pawlikowskiego

Agata Trzebuchowska

Nagrodzony w Cannes reżyser mówi Agacie Trzebuchowskiej, Idzie z jego oscarowego filmu, dlaczego woli opowiadać o czasach PRL niż o współczesności, jak działa na niego muzyka ludowa i co go kręci wizualnie.

Agata Trzebuchowska: Złamana stopa to tak na szczęście?

Paweł Pawlikowski: Kazali mi.

Nie pierwszy raz.

No tak. Pamiętam, jak byliśmy na festiwalu w Marrakeszu. Wzdłuż czerwonego dywanu ustawił się podniecony tłum gapiów czekających na gwiazdy. Kiedy wyszliśmy z samochodu, zapadła grobowa cisza. Co to za jedni?! Koleś o kulach…

…i dziewczynka w srebrnych rajstopach. W tej martwej ciszy i atmosferze ogólnego rozczarowania człapaliśmy w stronę pałacu, w którym pokazywano film. W Cannes przywitały Cię gorące owacje, a pożegnała nagroda za najlepszą reżyserię.

Dopiero teraz tak naprawdę się cieszę. Musiałem ochłonąć, wyspać się. Wcześniej moje emocje zmieniały się jak w kalejdoskopie. Byłem jednocześnie przejęty, dumny i zmęczony. No i ta nieszczęsna stopa… Taki festiwal potrafi dać w kość. W tym roku konkurs był niefortunnie dobry, a walka wyrównana. Nuri Ceylan, Alice Rohrwacher, Siergiej Dworcewoj – to wspaniali i wyraziści twórcy, moi przyjaciele, których filmy zawsze mnie poruszają. Kiedy zobaczyłem program konkursowy, ucieszyłem się, że jestem w tak doborowym towarzystwie. Dopiero potem pomyślałem: kurczę, to oznacza, że pewnie nic nie wygramy. Tym bardziej jest mi miło, że tak dobrze się spisaliśmy.

Film został świetnie przyjęty przez publiczność. A Tobie jak się go oglądało?

Prawdę mówiąc, kiepsko. Pałac w Cannes jest gigantyczny, sala kinowa na tysiące osób, a nasz film taki cichy i kruchy. Rozpraszały mnie dźwięki kroków, otwieranych drzwi, SMS-ów, więc de facto nic nie poczułem. Ale też nie o mnie chodziło. To jest ten moment, kiedy film zaczyna istnieć w głowach widzów. Wydaje mi się, że żywa reakcja publiczności była szczera. Jury też dało się przekonać, choć wyobrażam sobie, że dyskusje musiały być burzliwe. Nie dość, że filmy konkursowe były kompletnie różne, to jeszcze sami

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Ciepło, zimno
Doznania

Ciepło, zimno

Jakub Popielecki

Zaczyna się niemal jak dokument. Pokryte zmarszczkami surowe twarze patrzą prosto w kamerę, ludowi muzycy grają do obiektywu tradycyjne pieśni. Kontekst zaraz staje się jasny: oto para artystów „z miasta” odwiedza wieś, dokumentując muzyczny folklor i organizując casting do zespołu ludowego. Wiktor (Tomasz Kot) oraz Irena (Agata Kulesza) wyciągają mikrofon, włączają magnetofon i próbują uchwycić bijący w narodzie rytm. Próbuje też reżyser Paweł Pawlikowski, przywołując na ekran czarno-białe duchy polskiej szkoły filmowej, góralskie melodie i jazzujące akordy. Wajdę, zespół „Mazowsze” i Komedę. Próbuje – i to z sukcesem, „Zimna wojna” nie jest bowiem wyrachowanym ćwiczeniem z nostalgii. Chłodny jest tylko tytuł.

W sumie nic dziwnego, w końcu to love story co się zowie, rozegrana na przestrzeni lat i rozpięta między Warszawą, Berlinem a Paryżem. Podczas przesłuchań Wiktorowi wpada w oko Zula (Joanna Kulig), zadziorna i zalotna, z charakterem i burzliwą przeszłością. Na drodze kiełkującego romansu staje jednak polityka. Aparatczyk Lech (Borys Szyc) i jego zwierzchnicy naciskają, by Wiktor włączył do zespołowego repertuaru pieśni chwalące bohaterski robotniczy czyn. Przy pierwszej nadarzającej się okazji kompozytor postanawia więc uciec za granicę, gdzie łatwiej oddychać pełną piersią. Na wygnaniu Wielka Miłość okaże się jednak Wielką Emocjonalną Pułapką. Czymś, co zarazem uskrzydla, jak i ogranicza: trzymającym przy życiu ideałem, który (być może) nigdy w owej celebrowanej idyllicznej formie nie istniał. Podobnie zresztą jak mityczna Ojczyzna, Polska. Ot, romantyczny klasyk: razem źle, osobno jeszcze gorzej.

Czytaj dalej