Mniej nie oznacza więcej, mniej oznacza dość
i
Wnętrze Farnsworth House, Mies van der Rohe, 1950 r.; zdjęcie: Victor Grigas (CC BY-SA 3.0)
Opowieści, Sztuka + Opowieści

Mniej nie oznacza więcej, mniej oznacza dość

Zygmunt Borawski
Czyta się 5 minut

O tym, skąd wzięła się w architekturze moda na oszczędzanie i dlaczego współczesny minimalizm można porównać do lubrykantów, z Pierem Vittoriem Aurelim, włoskim architektem, nauczycielem akademickim i intelektualistą, rozmawia Zygmunt Borawski.

Zygmunt Borawski: Zatytułował Pan swoją książkę o minimalizmie Less is Enough.

Pier Vittorio Aureli: To prowokacja. Sparafrazowałem zwrot „less is more” (mniej znaczy więcej) przypisywany niemieckiemu architektowi Ludwigowi Miesowi van der Rohe. On ten zwrot zapożyczył od angielskiego poety Roberta Browninga, by opisać etos własnej pracy, który opierał się na ciągłej redukcji.

„Less is more” stało się sloganem wielu architektów po kryzysie. Używał go m.in. Stefano Boeri, włoski architekt i urbanista, aby zakomunikować, że od dzisiaj będziemy musieli ciężko pracować, aby zrobić jeszcze więcej jeszcze mniejszą ilością środków, czyli robić więcej za mniej. A Miesowi chodziło o coś zupełnie innego! On mówił o etosie pracy, który dziś jest odrzucany, a samo hasło stało się ideologicznym uzasadnieniem sytuacji gospodarczej.

Z polityką austerity, czyli oszczędności, wiąże się interesujący paradoks. Z jednej strony jesteśmy zachęcani do oszczędzania, z drugiej zaś cały świat namawia nas do niepohamowanej konsumpcji. Mówimy ciągle o oszczędnościach, ale nie możemy się obyć bez karty kredytowej. To konsumpcja i zadłużenie stają się prawdziwym problemem. Tytuł Less is Enough (Mniej znaczy dość) to próba odczarowania frazy Miesa przez powiedzenie: „Nie! Mniej nie oznacza więcej, mniej oznacza dość”. Jest to również sposób na krytykę powierzchownej interpretacji ekonomicznych wyrzeczeń, ale też moralizmu, który fałszywie każe nam dążyć do tego, byśmy zawsze posiadali więcej.

Żyjemy w czasach austerity?

To kłamstwo, którym karmią nas media. Problemem jest dług, a to o wiele subtelniejsza

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Mamy za dużo złej architektury
i
fot. materiały prasowe MSN
Przemyślenia, Sztuka + Opowieści

Mamy za dużo złej architektury

Zygmunt Borawski

Uważam, że kryzys jest niezbędny. Permanentny kryzys. Bo wtedy pojawia się pytanie o rozwój własny i zawodowy. To są pytania egzystencjalne, wręcz kwestie życia i śmierci. To jest niezbędne do osiągnięcia dobrej jakości tego, co robimy. Zadowolenie z siebie i osiadanie na laurach niszczą – przyznaje austriacki architekt Adolf Krischanitz, autor pawilonu Muzeum nad Wisłą, mający w dorobku projekty licznych przestrzeni wystawienniczych, m.in. Krischanitz pracuje głównie w Szwajcarii i Austrii należących – jak dodaje – do ostatnich krajów, w których można żyć z zajmowania się architekturą.

Zygmunt Borawski: Ciekawią mnie początki. Kiedy Pan postanowił być architektem?

Adolf Krischanitz: Już w najwcześniejszej młodości wyobrażałem sobie, że zostanę budowniczym. Później, po podstawówce, wyobrażałem sobie, że chcę zostać inżynierem. Chciałem, by to, co będę robił, było związane z budowaniem. Potem zacząłem studiować. Z czasem zrozumiałem, że właściwie to jestem architektem. Przy czym młodemu człowiekowi bardzo trudno ocenić, czy ma odpowiedni talent do zawodu architekta, czy nie. Bo nie można sobie w tak młodym wieku wyobrazić, co to oznacza.

Czytaj dalej