Natura próbuje nam coś powiedzieć Natura próbuje nam coś powiedzieć
i
Kadr z filmu „Pieśni ziemi”; mat. dystrybutora
Przemyślenia

Natura próbuje nam coś powiedzieć

Rozmowa z reżyserką Margreth Olin
Mateusz Demski
Czyta się 6 minut

Margreth Olin trzy dekady temu opuściła rodzinny dom. Dzisiaj wraca z kamerą w górskie rejony zachodniej Norwegii, by podążyć śladami rodziców, przodków i zadać sobie pytania, kim jest i skąd pochodzi.

Pieśni ziemi to opowieść o odkrywaniu korzeni, oswajaniu lęku przed przemijaniem, a także niezwykły (również wizualnie) poemat o pogłębianiu więzi z naturą. Z jego reżyserką rozmawia Mateusz Demski.

Mateusz Demski: Zacznijmy od tego, co kryje się pod tytułem. O czym śpiewa ziemia?

Margreth Olin: Kiedy byłam mała – miałam może sześć lat – tata zabrał mnie po raz pierwszy na spacer po lodowcu. Stanęliśmy u jego podnóża i nasłuchiwaliśmy dobiegających stamtąd dźwięków. Kapanie wody pod lodem przypominało tykanie zegara. Wiatr wiał przez szczeliny w pokrywie lodowej, aż w końcu zmienił się w muzykę z konkretną tonacją. Pamiętam, jak zapytałam ojca, czy gdzieś w tych mroźnych otchłaniach gra orkiestra. Wtedy obudziło się we mnie uczucie, że pierwotne siły ziemi, które ukształtowały krajobraz moich rodzinnych stron, komponują tam swoje pieśni.

Informacja

Z ostatniej chwili! To trzecia z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

To było wiele lat temu, lecz dobrze zapamiętałam ten moment. Naznaczył mnie na całe życie, pomagał jako dokumentalistce. Bo kino jest z zasady sztuką słuchania. Chodzi o słuchanie siebie, swojego głosu i poszukiwanie w tym głosie odpowiedzi na pytanie, dlaczego chce się zrobić taki, a nie inny film. Ale to jest też sztuka wsłuchiwania się w głosy świata, który opowiadany jest nam nie tylko językiem ludzi, lecz także natury.

Twój ojciec, mimo że ma 86 lat, nie przestaje chodzić po górach. Nigdy nie stoi w miejscu. Wędrówka to sens jego życia?

O, na pewno! Szczerze mówiąc, kojarzę go głównie jako człowieka wychodzącego w góry. Na dodatek myślę – a zaczęłam zastanawiać się nad tym dużo później – że to spędzanie całych dni na szlaku jest dla niego rodzajem medytacji. Oczywiście mój tata nazwałby to pewnie inaczej, jednak wyjście na zewnątrz zawsze działało na niego uspokajająco. Ilekroć wracał z pieszych wypraw, wydawał się spokojny, wyciszony, ale też otwarty i pełen szacunku do tego, co tam zobaczył.

Nigdy nie kryłaś, że Pieśni ziemi powstały z niepewności i poczucia niemocy.

To się nierozerwalnie ze sobą wiąże, ale już wcześniej myślałam o zrobieniu filmu opowiadającego o połączeniu z naturą i o stanie, w którym człowiek stapia się w jedno z krajobrazem i staje się jego nieodłączną częścią. Wszystko do tego prowadziło. Politycy, naukowcy, aktywiści coraz głośniej mówili o zmianach klimatu i cenie, jaką płaci za to planeta. Zaczęłam zastanawiać się na tym, jaki może być w tej dyskusji mój udział. I wtedy…

Cały świat wywrócił Ci się do góry nogami.

To było siedem lat temu. Mój partner upadł na ulicy i dostał rozległego udaru. Wystarczył ułamek sekundy, żeby zmienić wszystko. Lekarze nie dawali mu szans, próbowali przygotować mnie na najgorsze, ale wyszedł z tego. W tym okresie ciężko zachorowała też moja córka. Był czas, że leżeli w tym samym momencie w jednym szpitalu. Trzeba było z dnia na dzień nauczyć się żyć pod presją, w niejasnym poczuciu zagrożenia. Długo nie potrafiłam tego zaakceptować. Pojawiły się ataki paniki oraz bezsenność. I straciłam wiarę w życie. Potrzebowałam pomocy – wypłakania się i wygadania. Bardzo chciałam spotkać się z moimi rodzicami, z tatą, dlatego pojechałam do domu. Pamiętam naszą pierwszą rozmowę: tata zerwał się nagle i powiedział, że musimy wyjść… na spacer.

Tak po prostu?

Przypomniało mi się wtedy, że kiedy byłam mała i prosiłam tatę, żeby opowiedział mi bajkę, mówił: „Chodźmy się przejść”. Gdy wychodził, zawsze twierdził, że pomaga to uwolnić się od niepokoju i trosk. Nasze myśli i zmartwienia w podróży cichną, a umysł się otwiera. Kiedy poruszasz się po nierównym gruncie, liczą się tylko oddech i każdy kolejny krok. Planujesz jedynie, gdzie postawić stopę. Ten nasz spacer trwał rok. Idąc, nie myślałam o obrazach ze szpitala, zastąpiło je piękno otoczenia. Uzmysłowiłam sobie, że mój puls harmonizuje się z tętnem ziemi. Po raz pierwszy od wielu lat poczułam, że mogę prawdziwie odetchnąć, bez obawy, co będzie dalej. Rozpoczął się proces gojenia ran.

Pamiętasz Wasze pierwsze wyjście w góry?

Tak, doskonale. Już pierwszego dnia wspięliśmy się na ośnieżony szczyt w pobliżu naszego domu i dotarliśmy do górującego nad okolicą świerku. To drzewo w 1900 r. zasadził mój pradziadek Anders, który zmarł potem w wieku 40 lat. Mój dziadek wychował się bez ojca, ale wierzył, że ten wciąż nad nim czuwa i zawsze jest w pobliżu. Świerk stoi w tym miejscu od blisko 130 lat i patrzy na nasz dom, gdzie dorastały kolejne pokolenia. Brat mojego dziadka oświadczył się siostrze mojej babci pod tym drzewem.

Godzinę później dotarliśmy do miejsca z panoramą na jezioro. Zrobiłam zdjęcie, które później trafiło na plakat filmu. Tata stoi na nim na tle rozległego widoku, roztaczającego się pod spokojnym niebem. Po zaledwie kilku minutach pogoda zaczęła zmieniać się jak w kalejdoskopie. Niespodziewanie nadeszła burza, po chwili z powrotem wyszło słońce. Cztery pory roku w ciągu jednego dnia. A po burzy na niebie pojawiła się podwójna tęcza, tuż nad głową taty.

Twoja rodzina mieszka w sąsiedztwie lodowca od pokoleń.

Z każdej niemal strony nasz dom jest otoczony górami pokrytymi przez wieczne śniegi. Jostedalsbreen to największy lodowiec w kontynentalnej Europie. Nie ma drugiego takiego miejsca na ziemi, w którym ludzie żyliby równie blisko lodowca.

Nasza rodzina mieszka w Oldedalen od ponad czterech wieków. Pierwsi osadnicy przybyli tam w 1603 r. Niewiele o nich wiadomo – poza tym, że łowili ryby, polowali i uprawiali plony. Niczego nie mieli, polegali więc tylko na tym, co dała im ziemia. Norwegia znajdowała się wtedy pod panowaniem Danii. I choć każdy musiał płacić podatki, ludzi z doliny nie było na to stać. Legenda głosi, że żył tam człowiek, który pewnego dnia przeszedł pieszo lodowiec, aż do Kopenhagi, i poprosił o obniżenie tych świadczeń, na co król przystał. Wiele lat później musiał odbyć jeszcze raz tę samą podróż, ale zaskoczyła go burza śnieżna i zamarzł na śmierć.

Lodowiec był wtedy znacznie większy niż teraz. 600 lat temu wrażenie, jakie wywoływał, musiało być jak doznanie czegoś nadzwyczajnego, potężnego i groźnego zarazem. Dziś oczywiście wciąż budzi respekt. Siłę tę odczuwa każdy z nas, kto mierzył się twarzą w twarz z masywem góry. A jednocześnie lód topnieje w oczach – natura próbuje nam w ten sposób coś powiedzieć.

Jak to było żyć w takim miejscu? Co najbardziej zapamiętałaś z dzieciństwa?

Na pewno lęk – przed tym, że w każdej chwili w naszym kierunku może ruszyć lawina. Mieszkańcy naszych stron przyglądają się pogodzie dzień i noc, nieustannie. Gdy przychodzi zima, potężny huk dobiegający z gór podnosi ludzi z łóżek. Jednocześnie mimo zagrożenia zachwycamy się każdym elementem natury. Krajobraz daje życie i je odbiera. Kiedyś, podczas świąt, gdy mieliśmy już opuszczać dolinę, z góry zeszła lawina. Nigdy nie zapomnę strachu, który zobaczyłam wtedy w oczach moich rodziców.

Społeczność Oldedalen jest wyjątkowa. Rodziny musiały – i chciały – zawsze trzymać się razem, wspólnie mierzyć się z siłami wyższymi. To miejsce nigdy nie było bezpieczne, wielu ludzi straciło tam życie. W 1850 r. sąsiednie gospodarstwo zmiotła lawina. Pradziadek mówił o siedmiu zabitych. Przeżyła jedna osoba – zatrudniony u gospodarza parobek.

W Twoim filmie jest wiele o tragedii doliny Lodalen.

Była to największa katastrofa naturalna w najnowszej historii Norwegii. Po raz pierwszy do tragedii doszło w 1905 r., kiedy od góry Ramnefjellet oderwał się potężny blok skalny. Do jeziora Lovatnet spadły setki tysięcy ton głazów i kamieni. Powstały ogromne fale, które uderzyły w okoliczne osady. Moja prababcia straciła brata i 18 innych członków rodziny. Pomimo katastrofy ludzie odbudowali domy w tym samym miejscu, wierząc, że coś podobnego więcej się nie wydarzy. W 1936 r. góra runęła ponownie. Straty okazały się jeszcze większe. W jednej chwili zginęły całe rodziny. Ci, którzy przeżyli, stracili wszystkich, których kochali. W poszukiwaniach brał udział mój dziadek. Większości ciał nigdy nie odnaleziono.

Odchodzenie to jeden z głównych tematów filmu.

Wyruszyliśmy wiosną, a nasza podróż skończyła się zimą. Od początku tacie zależało na tym, żeby zatoczyć krąg. Jego zdaniem każda pora roku związana jest z cyklem życia; z cyklem narodzin i śmierci. Wiosnę można porównać do dzieciństwa. Lato przypomina młodość. Jesienne dni to z kolei schyłek życia. Zima – kiedy kolorów jest mniej, a wodospady zamarzają – to starość i moment, w którym odchodzimy ze świata.

Próbowałaś tym filmem przygotować się na odejście ojca?

Tak, a jednak życie bywa dość przewrotne. Film wszedł do kin we wrześniu, ale już w kwietniu zorganizowaliśmy 10 pokazów plenerowych w najpiękniejszych miejscach Norwegii. Ludzie oglądali go na wyspie, gdzie musieli dopłynąć łodziami; w jaskini, która mieści się we wnętrzu góry; w głębi lasu. Jeden pokaz odbył się, oczywiście, w naszej dolinie. Na co dzień żyje tam 70 osób, ale wtedy przyjechało 600 widzów z całego kraju. Dokładnie tego samego dnia, tuż po pokazie, moja mama dostała udaru. Lekarze nie mogli nic zrobić. Film miał przygotować mnie na pożegnanie z ojcem, a pożegnałam mamę.

Udało Wam się porozmawiać po pokazie?

Zanim odeszła, zdążyła zobaczyć film trzykrotnie. Była mocno poruszona sposobem, w jakim opowiedziałam o tacie. Dawniej sama u mnie występowała. Pierwszy film, jaki zrobiłam po skończeniu szkoły, opowiadał o jej relacji z młodszym bratem z zespołem Downa. Na pokazie była, rzecz jasna, razem z tatą. Po wyjściu z kina ukradkiem ocierał łzy. Tylko raz widziałam, jak płakał, i to było właśnie wtedy. Gdy zapytałam tatę, jak się czuł podczas emisji, powiedział, że w jej trakcie dużo myślał o swoim ojcu. Stracił go, gdy miał dziewięć lat.

Kiedy mama od nas odeszła, a film miał zaraz wejść do kin w całym kraju, byłam gotowa to wszystko przerwać. Nie mogłam tego znieść; myślałam o niej i cały czas ta strata gdzieś we mnie jest. Wtedy tata powiedział mi coś bardzo ważnego: „Pozwól, żeby ten film wyruszył w świat. To list miłosny do natury, ale też do mnie i twojej mamy. Zawsze z tobą będzie”.

Pytanie brzmi, czy można w ogóle otrząsnąć się z poczucia straty.

Po każdej zimie przychodzi kolejna wiosna, jak mawia mój tata. Porządek świata jest nieubłagany. Następne pokolenia przychodzą i odchodzą – to nierozerwalna część życia. Gdy kilka lat temu zaczynałam pracę nad tym filmem, żyłam w strachu przed utratą bliskich. Nauczyłam się to akceptować, kiedy mój tata postanowił posadzić nowe drzewo obok świerku zasadzonego tam przez jego dziadka 130 lat temu. To był akt miłości z jego strony. Bo chociaż pewnego dnia go stracę, to wiem, że jego duch będzie tu ze mną zawsze. I tak jak mój tata chodził po wytyczonych przez jego przodkach szlakach, tak teraz ja mogę wędrować śladem tych, które on mi zostawił. Lęk przed jego śmiercią zastąpiły pokora, szacunek i wdzięczność. To rodzaj jakiegoś uspokojenia.

Pociechą jest to, że jakiś ślad zawsze po nas zostanie. Na przykład ten świerk.

Trudno powiedzieć, czy pradziadek miał przeczucie, że umiera, kiedy postanowił go zasadzić. Podejrzewam jednak, że to nie był przypadkowy gest. Być może zrobił to z myślą o swoich dzieciach i następnych pokoleniach. Każdej zimy przechodzi tamtędy straszliwa wichura, słychać wtedy wyraźnie trzask łamanych gałęzi i wydaje się, że drzewo przegra walkę z żywiołem. Świerk jednak wciąż stoi, ponieważ korzenie pod ziemią są większe od niego. Dla mnie ten obraz stał się metaforą tego, że jeżeli człowiek ma głęboko zapuszczone korzenie rodzinne, nic nie będzie w stanie go powalić. Chodzi też o przywiązanie do miejsca. Każdy jest częścią natury, a natura jest częścią każdego z nas.

A czego Ciebie nauczyła ta podróż?

Interpretuję ją jako połączenie z czymś większym ode mnie samej. To przedziwna, ale też przepiękna sprawa, gdy zmysły podczas wędrówki dostrajają się do otoczenia: do drzew, skał i wszystkich żywych stworzeń. Ten stan wykracza poza takie pojęcia, jak identyfikacja etniczna, narodowość czy płeć. Nagle można spojrzeć na życie z szerszej perspektywy. Bycie na zewnątrz oznacza tak naprawdę sięgnięcie czegoś, co jest głęboko wewnątrz.

Poza tym zasadniczo całe nasze życie wydaje się czymś małym w porównaniu z tym, co nas otacza. Czas, który tu spędzamy, to pstryknięcie palcami. Gdy otwiera się taka perspektywa, przeszłość i przyszłość przestają się liczyć – jesteśmy skupieni na tym, co robimy w danej chwili. Bo to, czego w życiu szukamy, jest właśnie tu i właśnie teraz. Warto po prostu czasem usiąść i kontemplować życie wraz z jego dobrymi i złymi stronami.

I nie zapominajmy, że pierwszą miłością nas, ludzi, była natura.

Kadr z filmu „Pieśni ziemi” ; mat. dystrybutora

Margreth Olin:

Norweska reżyserka i producentka. W filmach podejmuje ważne społecznie tematy dotyczące m.in. sytuacji osób ubiegających się o azyl. Laureatka 26 nagród honorowych za zaangażowanie w kwestie związane z prawami człowieka. Jej pełnometrażowy dokument Pieśni ziemi (2023) to wizualno-dźwiękowy poemat o relacji człowieka z naturą.

Czytaj również:

Czytanie to przywilej Czytanie to przywilej
i
Fot. Paweł Jasnowski
Przemyślenia

Czytanie to przywilej

Paweł Jasnowski

Swoją bibliotekę budują od czasu, gdy mieli po 19 lat i kupno każdej książki było świętem. Dziś, ponad 30 lat później, w swoim krakowskim domu mają specjalnie zaprojektowaną bibliotekę. Bez książek nie byliby tym, kim są – mówią zgodnie Anka i Wilhelm Sasnalowie.

Gdy ich odwiedzam, właśnie odpoczywają po podróży i pracy na planie. Ich ostatni film, Człowiek do wszystkiego według powieści Roberta Walsera, czeka jeszcze na montaż.

Czytaj dalej