Oj, nevím…
i
zdjęcie: Jack Anstey/Unsplash
Doznania

Oj, nevím…

Jiří Menzel
Czyta się 10 minut

Filmy, które starają się być zbyt poważne, podejrzewam o nieszczerość. (Ludzi zresztą też). Są filmy, które nie zaskakują nas niczym nowym, wypełniają je same banały i można o nich natychmiast zapomnieć. Są tak nudne, jak nudni bywają niektórzy ludzie. Równie nudne są filmy, które za wszelką cenę chcą nas rozbawić głupawym humorem. Oglądając je, człowiek jest zażenowany jak wtedy, gdy ma do czynienia z natrętnym błaznem. Są filmy szokujące, bulwersujące – jak ludzie, którzy z jakiegoś powodu chcą się nad nami wywyższać albo czymś pochwalić. Są także filmy, które mają ambicję, by powiedzieć nam coś istotnego, wzbogacić nasze myślenie, wbić do głowy jakąś ważną opinię. Takie filmy przypominają mi ludzi, których chyba nawet szanujemy, ale w istocie nas irytują i staramy się ich unikać. Zwłaszcza gdy brak im poczucia humoru. Filmy, które starają się być zbyt poważne, podejrzewam o nieszczerość. Podobnie jak ludzi, którzy sądzą, że dostojeństwo jest całkiem nie do pogodzenia z uśmiechem czy (nie daj Boże!) ze śmiechem. O dziwo, jest niewiele filmów, które pozornie niczego nie chcą. Po prostu są, a jeś­li już mają jakąś ambicję, to tylko taką, że próbują nas po prostu ucieszyć, nie kłamiąc przy tym i niczego nie udając. Tak jak robią to nasi bliscy przyjaciele. Paradoksalnie te filmy dają mi najwięcej, bo – nie wprost, tylko jakoś na zasadzie odbicia – choć wcale się tego nie spodziewałem, dzięki nim dowiaduję się dużo o sobie i o świecie. Znana jest różnica między zachodnim a wschodnim sposobem myślenia. Zachód, pragnąc zdobyć wiedzę, precyzyjnie coś analizuje, a gdy chce poznać kwiat, to brutalnie rozkroi go na kawałki, żeby móc opisać. Wschodni filozof nie potrzebuje opisu, wystarczy mu, że ten kwiat powącha. Amarcord Felliniego to dla mnie właśnie taki wspaniały, wonny kwiat. No, nie wiem… Io voglio una donna!!! – Proszę sobie przypomnieć, co psychiatra w szpitalu powiedział o wujku, kiedy zdejmowali go z drzewa: „Czasem jest normalny, a czasem nie. Jak my wszyscy”. To zdanie jest dla mnie o wiele istotniejsze i mąd­rzejsze niż cała godardowszczyzna, wiwisekcje bergmanowskie i hokus-pokus odprawiane przez ich epigonów. Bo jak uczył pan Werich, najwięcej mądrości możemy oczekiwać od klaunów. Hasło na naszym prezydenckim sztandarze: „Prawda zwycięży” nie mówi, kiedy ona zwycięży, więc można interpretować to też w taki sposób, że lepiej zawsze poczekać, aż ktoś inny pomoże tej naszej prawdzie zwyciężyć. Odwiedzili mnie ludzie z pewnego wielkiego teatru w Niemczech z pomys­łem, żebym zrobił u nich jakieś fajne przedstawienie. Chcieli, żeby był to czeski autor, najlepiej współczesny. „Macie wyjątkowe szczęście do dramatopisarzy – mówili. – Wasz prezydent Havel jest znanym na całym świecie dramatopisarzem, sztuki teatralne pisze marszałek waszego parlamentu, a nawet naczelny czeski rabin. Zapewne pisanie tekstów dramatycznych to w waszym kraju jakieś przyjemne hobby. Może nawet wasz premier napisał jakąś sztukę, tylko o tym jeszcze nie wiemy”. Zaczęliśmy więc wybierać utwory. Niestety, przy całym szacunku dla wymienionych wyżej autorów, a także wielu innych, zupełnie nam się nie udało. Nie potrafiliśmy znaleźć sztuki, która byłaby współczesna, z żywymi postaciami i przede wszystkim dramatyczna. „To faktycznie jest trudna sprawa – tłumaczyłem im – ponieważ w naszym kraju dramaty się nie rozgrywają. Wszystko, co gdzie indziej jest dramatyczne, u nas w Czechach zmienia się w farsę”. Roześmiali się z mojego bon motu i replikowali: „Problem tkwi głębiej – powiedzieli. – Już od pradawna wielkość teatru zależy od tego, co się dzieje na scenie, a nie od tego, co tam się mówi. Już od Arystotelesa wiemy, że mocny dramat musi pokazywać mocne namiętności i uczucia. U was, w waszym czeskim charakterze, uczucia przeważnie zastępują wyłącznie pomys­ły. Wystarczy ogłosić dobry zamiar i nie trzeba już wcale podejmować wysiłków związanych z wprowadzeniem go w życie. Dlatego te wasze sztuki są co prawda w większości całkiem szlachetne, ale niestety niestrawne”. Na moje protesty, że mały naród nie może ponosić wielkiego ryzyka, odpowiedzieli, że Irlandczycy też są małym narodem, a ilu dali światu wielkich dramatopisarzy. Natomiast my, Czesi, jes­teś­my ponoć mistrzami wymówek. Że hasło na naszym prezydenckim sztandarze: „Prawda zwycięży” nie mówi, kiedy ona zwycięży, więc można to też w taki sposób interpretować, że lepiej zawsze poczekać, aż ktoś inny pomoże tej naszej prawdzie zwyciężyć. Nie jestem ekspertem od historii, lecz powierzchowna znajomość czeskich dziejów od bitwy pod Białą Górą aż do Dubczeka sprawiła, że choć niechętnie, to jednak musiałem się z nimi zgodzić. No, nie wiem… Długo tak dyskutowaliśmy, szukając sztuki, która byłaby czeska, współczesna i mogłaby coś o nas światu powiedzieć. Ostatecznie jednak uznaliśmy, że chyba najlepiej będzie znaleźć jakąś dramatyzację Przygód dobrego wojaka Szwejka. A ponieważ tego nie miałem ochoty robić, moi nieprzyjemnie szczerzy przyjaciele wrócili do siebie do domu z kwitkiem. „Przykro mi, ale nie mogę wam obiecać niczego więcej oprócz zabawy” – powiedział René Clair. Czasem ktoś mi zadaje pytanie, które mnie trochę wyprowadza z równowagi. Na przykład: co tym filmem chciałem przekazać? Do diabła, gdyby taką deklarację można było ująć w kilku zdaniach, to przecież chyba nie traciłbym masy czasu, pieniędzy, pracy wielu ludzi i drogiego materiału filmowego. To, co powinien zawierać dobry film, jest dużo bardziej subtelne i nie da się tego łatwo wyrazić. Bardziej zbliżone do prawdy jest, że dobry film, ale też spektakl, książka czy każdy inny efekt pracy twórczej, raczej powinien widzów lub czytelników pobudzać do myślenia, niż wbijać im coś do głowy. Wszelkie przesądy o przesłaniach, misjach czy deklaracjach wynikają wyłącznie z ludzkiej wygody i chęci szufladkowania. Prawdziwi artyści w ogóle nie myś­lą o jakimś przesłaniu dzieła, bo ono jest w nich zawarte w tak naturalny sposób, jak naturalnie człowiek oddycha. Kiedy po zakończeniu drugiej wojny światowej René Clair wrócił z emigracji i nakręcił w kraju swój pierwszy powojenny film, na jego premierze zgromadziła się cała francuska elita intelektualna, krytycy, pisarze, dziennikarze – po prostu sami mądrzy i wykształceni ludzie. Reżyser czuł się w obowiązku powiedzieć parę słów przed projekcją filmu. I wtedy ów zasłużony filmowiec – żywy symbol francuskiego kina, a później jedyny człowiek filmu, który został członkiem Akademii Francuskiej, czyli jednym z Nieśmiertelnych – więc ów mądry człowiek w następujących słowach zwrócił się do zgromadzonej elity intelektualnej: „Szanowni Państwo, jeśli oczekujecie od tego filmu jakiegoś przesłania, to się go nie doczekacie, bo film został nakręcony tylko po to, żeby was nieco zabawić. Przykro mi, ale nie mogę wam obiecać niczego więcej oprócz zabawy”. To był szok, że ów człowiek – weteran francuskiej awangardy filmowej – wypowiedział bluźniercze słowo „zabawa”! Film nosił tytuł Milczenie jest złotem i René Clair nie byłby znanym ironistą, gdyby dzieło naprawdę nie zawierało żadnego przesłania. Był to jednak również niezwykle zabawny obraz – jak obiecał – a jego przesłanie było nieagresywne i wkradało się w dusze widzów niedostrzegalnie, za to głęboko. Tak jak to właś­nie bywa w przypadku dobrych filmów. No, nie wiem… Jednym z powodów, dla których przez całe życie uważam Renégo Claira za największy swój wzór, jest właśnie dojmująca pokora: „Przykro mi, ale nie mogę wam obiecać niczego więcej oprócz zabawy”. Niektóre rzeczy powinny pozostać trudno dostępne, bo gdy łatwo je osiągnąć, tracą swój urok. Swego czasu rozgorzała u nas debata, czy należy coś zakazać, czy też w ogóle niczego nie zakazywać. Czy to właściwe, żeby niektóre filmy ze scenami seksu i przemocy były tak łatwo dostępne dla dzieci. Biedni rodzice bali się, że telewizja zrobi wodę z mózgów ich potomków i wyćwiczy ich na obojętnych, pozbawionych serca bęcwałów, natomiast zwolennicy pełnej wolności grozili im piekłem coraz to nowych ingerencji cenzuralnych. Czystość i moralność na jednej szali, a prawo do własnego rozumu i groźba autorytaryzmu – na drugiej. Mój dobry i mądry tatuś, gdy tylko nauczyłem się rozpoznawać litery, stwierdził, że cała jego wielka biblioteka bez żadnego wyjątku jest do mojej dyspozycji, że mogę w niej grzebać i czytać nawet o rzeczach, których nie będę rozumiał. Nie było tu dla mnie żadnej cenzury, nie było książek nieodpowiednich dla małego dziecka, a potem dla wyrostka, który powoli zaczynał rozumieć to, czego miał nie rozumieć. Oczywiście dość szybko w tej bibliotece pomiędzy książkami Dostojewskiego i braci Čapków znalazłem też publikację o obiecującym tytule Piękno kobiecego ciała, która stała się przedmiotem moich intensywnych studiów. A niedługo potem, w tylnym szeregu, za dziełami zebranymi Jaroslava Vrchlickiego odkryłem m.in. takie perły jak pamiętniki Franka Harrisa, nowożytnego Casanovy. Urocza książeczka zatytułowana Moje życie i moje miłości przy okazji w ciekawy sposób pokazuje także działanie międzywojennej cenzury. Wydano ją bowiem w trzech tomach. W dwóch pierwszych autor opisuje swoje losy, podróże i spotkania z różnymi cudzoziemskimi pięknościami, ale najciekawsze epizody w kulminacyjnych momentach są wykropkowane i zainteresowany tym czytelnik odsyłany jest do tomu trzeciego. Wydano go wyłącznie jako druk prywatny o numerowanych egzemplarzach i dopiero tam każdy mógł zapoznać się z dokładnym przebiegiem każdej przygody oraz dowiedzieć się, jak się zakończyła. Dla czternastolatka to była nieoceniona wygoda: nie musiałem się pracowicie przegryzać przez cały życiorys pana Harrisa, bo najlepsze kawałki zaserwowała mi przedwojenna cenzura. Nie wydano mi żadnych zakazów, bo w naszej rodzinie panowały tolerancja, demokracja i zaufanie. Lecz mimo to wyprawy w tylne rzędy biblioteki mojego taty podejmowałem wyłącznie wtedy, kiedy na pewno byłem sam w domu. Pewnie by mnie za to nie ukarano, ale musiałem sam wiedzieć, co wypada robić, a czego nie. I nawet nie nazwałbym tego dwulicowością, tylko tak to działało, że niektóre rzeczy powinny pozostać trudno dostępne, bo gdy jest do nich łatwy dostęp, to tracą swój urok (większość żonkosiów zapewne mi to potwierdzi). Tyle o dostępności seksu. Książek o przemocy w bibliotece ojca nie było, telewizja wtedy nie istniała, a do tego, żebym przeżył szok, wystarczyło, gdy zobaczyłem krew cieknącą z nosa któregoś z moich kolegów po chłopięcej bójce. No, nie wiem… W ludzkiej historii przez cały czas istnienia homo sapiens zawsze i wszędzie funkcjonowało też jakieś tabu. Po pewnym czasie albo z perspektywy innego obszaru geograficznego owe tabu mogą się wydawać śmieszne i zbędne, ale zawsze – przynajmniej przez jakiś czas – odgrywały konkretną rolę. Nie wydaje mi się, żebyśmy już byli na tyle sapiens i aż tak bardzo dorośli, abyśmy się mogli zupełnie obejść bez żadnych tabu. Byłoby wspaniale, gdyby porozumienie mogło zastąpić to, na co dziś cierpi niemal każdy polityk i co najlepiej oddaje wstrętne, ale celne niemieckie słowo Rechthaberei [ośle przeświadczenie, że ma się zawsze rację – przyp. red.]. Kiedyś, w czasach, gdy jeszcze pochłaniałem każdy kawałek zadrukowanego papieru, ciekawość i pragnienie dowiedzenia się czegoś o jodze, która wtedy nie była jeszcze u nas dobrze znana, doprowadziły mnie do książki Jawaharlala Nehru Odkrycie Indii. Niewiele mi z niej zostało w głowie, ale jeden fragment wywarł chyba wpływ na całe moje życie. W jednym z rozdziałów autor opowiada, że w czasie pobytu w więzieniu miał dużo czasu na analizowanie swoich wcześ­niejszych działań i decyzji, na myślenie o współpracownikach i przeciwnikach, więc dzięki temu nauczył się jednej rzeczy – bardzo ważnej w jego przyszłym życiu jako polityka. A właściwie dwóch rzeczy. Przede wszystkim w swych politycznych sporach chciał zrozumieć antagonistę oraz powody, dla których tak postępował. A po drugie, codziennie starał się znaleźć kilka minut na spokojne przypomnienie sobie wydarzeń z poprzedniego dnia, aby spróbować wczuć się w rolę swoich przeciwników i spojrzeć na siebie ich oczami. W konfliktowych sytuacjach bardzo mu to pomagało w znalezieniu niedogmatycznych rozwiązań i osiąganiu porozumienia. Ta książka wywarła na mnie pewien wpływ. Oczywiście nie mam w sobie tyle siły moralnej i nie zawsze potrafię się zmusić, jednak próba zrozumienia przeciwnika często prowadziła mnie do pojednawczości (co czasem stawia mi się jako zarzut) i równie często osłabiała polemiczny zapał. Ale to jest właśnie droga, która obecnie – w czasach nieustannych starć i konfliktów – może najłatwiej prowadzić do tego, co określa się modnym słowem konsens i na co istnieje rodzime słowo: porozumienie. Na pewno byłoby warto, żeby nasi politycy poczytali sobie starą książkę pana Nehru. Bo przecież w porównaniu z naszymi problemami tworzenie nowego państwa indyjskiego nie było żadną dziecinną igraszką. No, nie wiem… Obserwując w mediach te nasze wieczne wojny podjazdowe, myślę czasem o panu Nehru i o tym, jak byłoby pięknie, gdyby porozumienie mogło zastąpić to coś, co występuje dziś u nas w nadmiarze, na co cierpi niemal każdy polityk, na co w naszym języku nie ma dobrego okreś­lenia i co najlepiej oddaje wstrętne, lecz celne niemieckie słowo Rechthaberei.

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Jiří Menzel: piszący filmowiec
i
Jiří Menzel, 2016 r.; zdjęcie: Wikimedia Commons (CC BY-SA 4.0)
Doznania

Jiří Menzel: piszący filmowiec

Andrzej S. Jagodziński

Był jednym z najmłodszych reżyserów nagrodzonych Oscarem – dostał go w 1966 r. za Pociągi pod specjalnym nadzorem w kategorii najlepszy film zagraniczny. Miał wtedy niespełna 28 lat i był to jego pełnometrażowy debiut, bo zaledwie cztery lata wcześniej ukończył reżyserię w słynnej praskiej szkole filmowej FAMU.

Jiří Menzel przebojem zdobył czechosłowackie kino lat 60. XX w. A konkurencję miał ogromną: Jan Němec, Miloš Forman, Ivan Passer, Věra Chytilová, Evald Schorm – oraz kilku innych reżyserów – odnosili sukcesy na najważniejszych festiwalach i podbijali świat. Był to złoty okres kina tego kraju, trwał jednak krótko. W sierpniu 1968 r. do Czechosłowacji wkroczyły wojska państw Układu Warszawskiego i „przywróciły porządek”.

Czytaj dalej