Porywaczka Porywaczka
i
Drzeworyt kolorowy, pomiędzy 1800 a 1899 r., Wellcome Collection (domena publiczna)
Opowieści

Porywaczka

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Frances Garood
Czyta się 5 minut

Nigdy nie zamierzała porywać dziecka. Tak naprawdę w ogóle o tym nie myślała. Lecz gdy zobaczyła wspaniały wózek stojący samotnie przed drogerią, zdecydowała się od razu…

Ostrożnie, rozglądając się dookoła, przeszła przez ulicę. Stanęła nieopodal, udając, że bardzo interesuje ją wystawa z łazienkowymi wagami, mydłami i kosmetykami. W oknie wystawowym odbijały się sylwetki przechodniów spieszących do sklepów, światła na skrzyżowaniu, przejeżdżające samochody i autobusy. Nikt nie zwracał na nią uwagi. Była coraz bliżej wózka. Wyciągnęła głowę, by zajrzeć do środka. Uniesiony, niebieski kocyk i malutka śpiąca buzia o brzoskwiniowych policzkach, ciemne, długie rzęsy i piąstka zaciśnięta na poduszce. Któż mógł zostawić takiego dzidziusia własnemu losowi? Gdyby to było jej dziecko, nigdy by go nie spuszczała z oczu. Ktoś taki nie zasługuje na nie. Ktoś taki zasługuje tylko na to, co ona zaraz zrobi. Może to nauczy tego kogoś rozumu.

Rozejrzała się wokół. Ludzie wciąż przechodzili obok, ale nie, nikt raczej nie zauważył, że twarz jej poczerwieniała, serce biło jak oszalałe, trzęsła się cała i dłonie miała mokre od potu. Nie było czasu do stracenia. Teraz, powiedziała sobie. Teraz!

Chwyciła za uchwyt i – tylko raz obejrzawszy się do tyłu – popędziła w dół ulicą. Dopiero gdy minęła trzy sklepy i bank, zorientowała się, że niektórzy patrzą na nią z zaciekawieniem. Musi zwolnić. Normalnie wyglądać. Nie pędzi się tak z wózkiem dziecięcym. Z nadludzkim wysiłkiem zwolniła i zaczęła iść krokiem, który w jej mniemaniu powinien mniej rzucać się w oczy. Liczyła kroki, by się uspokoić. Jeśli skoncentruje się na krokach i liczeniu, może przestanie myśleć o policji i ludziach, którzy ją ścigają, o ludziach, którzy już teraz na pewno poszukują dzidziusia; przestanie myśleć o tym, dokąd pójdzie i co ze sobą zrobi.

Szła wzdłuż małego parku z sadzawką, huśtawkami i drewnianymi ławkami. Bardzo chciała odpocząć. Ale czy mogła ryzykować? Przeszła przez bramkę i usiadła na ławeczce wśród drzew. Miło było tu posiedzieć i ochłodzić w cieniu płonące policzki. Jakaś kobieta przysiadła się do niej, zajrzała do wózka i uśmiechnęła. Odwzajemniła jej uśmiech, ciesząc się swoim sukcesem: została zaakceptowana. Kobieta nie widziała nic podejrzanego w tym, że ona siedzi tu z wózkiem. Na pewno myśli, że to jej dziecko. A dlaczego by nie?

Park jest pełen ludzi z wózkami. Chyba w ogóle niczym się od nich nie różni.

Nareszcie mogła się trochę odprężyć. Poprawiła dziecku kocyk i rozejrzała się wokół. Wydawało się, że wszystko jest w porządku… – Ale ja nie jestem w porządku, pomyślała – i na odkrytych ramionach pojawiła się ze strachu gęsia skórka. – Bo ukradłam komuś dziecko. Całe miasto, wszyscy będą o nie pytać. Wszyscy będą mnie wytykać palcami!

Skoczyła na równe nogi, serce znowu biło na alarm. Zaczęła pchać wózek z powrotem w kierunku miasta – tam będzie bezpieczniej. Gdy siedziała sama w parku, wydawało jej się, że wszyscy na nią patrzą. Tam, w mieście, zgubi się w tłumie, ludzie nie będą na nią zwracać uwagi. Nie patrząc na boki, coraz bardziej przerażona, pchała przed sobą wózek ulicą za ulicą. Nie wiedziała, gdzie jest. Może powinna porzucić wózek i szukać drogi do hoteliku, w którym mieszkała? Ale przecież nie mogła zostawić dziecka na pastwę losu. Nie, nie rozstaną się. Dzidziuś musi być bezpieczny.

I szła dalej, twarz i włosy miała mokre od potu, nogi bolały niemiłosiernie. Nigdy nie przypuszczała, że można być tak spragnionym.

Wtem zobaczyła policyjny samochód, który powoli jechał wzdłuż krawężnika i zza którego szyb policjanci przyglądali się przechodniom. Był coraz bliżej. Stanęła, nie wiedząc co robić, by wreszcie puścić się biegiem przed siebie. Wózek podskakiwał i turkotał przed nią, ludzie zaaferowani rozstępowali się, jakiś mężczyzna zaklął, uderzony wózkiem. Przerażona, nie zważała na nic, po policzkach ciekły jej łzy. Biegła jak ścigane zwierzę po coraz to mniejszych uliczkach, coraz dalej od centrum, aż do utraty tchu. Zatrzymała się wreszcie koło kościoła, słyszała bicie własnego serca, nie mogła powstrzymać łkania. Zrozumiała, że poniosła porażkę.

Znaleźli ją dziesięć minut później. Mała dziewczynka, nie mająca więcej jak dziewięć lat, siedziała pod murem kościoła z rękami mocno zaciśniętymi na rączce skradzionego wózka dla lalek i płakała za mamą. Policjant objął ją ramieniem. – Wszystko będzie dobrze, kochanie – powiedział, wycierając jej łzy i myśląc o przerażonych rodzicach czekających na wiadomość. – Pójdziemy do mamy, dobrze?

Ciągle jeszcze płacząc, dziewczynka skinęła głową i razem poszli do samochodu.

 

Tekst pochodzi z numeru 2554/1994 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej