Wodziczka Wodziczka
i
kolaż: „Przekrój"
Wiedza i niewiedza

Wodziczka

Tomasz Sitarz
Czyta się 16 minut

Wystarczy odrobina światła, by materia zaczęła zadawać pytania o sens istnienia.

Cywilizacja już dawno zasiedliła swoją galaktykę, a teraz, gdy jej zapotrzebowanie energetyczne rosło, wyciągała macki rozwoju ku pobliskim skupiskom gwiazd. Wtedy właśnie zapadła decyzja o budowie sztucznych układów, w których planety będą pełnić funkcje magazynów niezbędnych zasobów. Proces polegał na ściskaniu ogromnych ilości wodoru, aż rozpalał się on fuzją jądrową i rodził gwiazdę. Następnie do układu dostarczane były syntetyczne planety. Ich płaszcz zbudowano z trwałego polimeru, a wnętrze wypełniono zasobem, który miał być tam przechowywany. Najcześciej chodziło o wodę, którą utrzymywano w stanie sterylnym, aby wydłużyć jej przydatność do użycia.

W końcu jednak cywilizacja uniezależniła się od materii. Porzucona galaktyka stała się gargantuicznym muzeum, upiornym reliktem wyższej rasy, dla której ograniczenia czasu i przestrzeni przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Setki układów magazynujących poszły w zapomnienie i leżały odłogiem. Gwiazdy wypalały się, a zerwane ze smyczy grawitacji planety dryfowały w międzygalaktyczną próżnię. Taki los spotkał i Ją. Mknęła ku czerni. Gdy była ogrzewana przez swoją gwiazdę, Woda trwała w stanie ciekłym, ale teraz, z dala od źródeł energii, gęstniała. Zamarzała powoli, dzięki czemu struktura krystaliczna powstałego Lodu była wysoce homogeniczna i uporządkowana. W takiej formie planeta dryfowała przez kolejne eony. Pewnego razu, gdy sunęła przez obłok kosmicznego gruzu, została trafiona odłamkiem skały – wystarczająco dużym, by otworzyć w naskórku planety mikroskopijną wyrwę. To był początek nowej ery.

Złożyło się akurat tak, że w pobliżu przelatywała sonda, na której pokładzie umieszczono złoty dysk zawierający informacje dotyczące Ludzkości. Trzecim aktorem w tej scenie była

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Test symulacji Test symulacji
Opowieści

Test symulacji

Hervé Le Tellier

Kiedy nagle znikąd pojawia się samolot, który jest dokładną kopią innego samolotu – z tymi samymi pasażerami, tą samą załogą oraz identycznymi plamami na siedzeniach – trzeba ten paradoks jakoś wyjaśnić. Najtęższe umysły świata usiłują zrobić to tak, żeby rozumiał każdy, czyli nawet amerykański prezydent. Przedstawiamy fragment książki Anomalia.

Zmęczeni ludzie stają się kłótliwi. Ludzie wycieńczeni są kłótliwi w znacznie mniejszym stopniu. Jest szósta rano, kiedy Adrian, Tina i dwudziestka najważniejszych ekspertów zasiadają w sali dowodzenia. O siódmej, w huku śmigłowców nadlatujących do bazy Mc Guire, ich liczba dochodzi do czterdziestu. W pomieszczeniu ustawiono kanapy, zainstalowano tablice interaktywne, żołnierz włącza ekspres do kawy.Wystarczy minuta na przedstawienie sytuacji. Potem następuje dziesięć minut pytań, a Tina i Adrian tylko powtarzają to, co nieprawdopodobne: ludzie zgromadzeni w hangarze to ci sami, którzy lądowali sto sześć dni wcześniej na pokładzie tego samego samolotu. Dialog między Adrianem Millerem a Riccardo Bertonim, kandydatem do Nobla z dziedziny fizyki za prace nad czarną materią, dobrze podsumowuje sytuację.– Czy pan sobie z nas kpi, profesorze Miller?

Czytaj dalej