Wystarczy odrobina światła, by materia zaczęła zadawać pytania o sens istnienia.
Cywilizacja już dawno zasiedliła swoją galaktykę, a teraz, gdy jej zapotrzebowanie energetyczne rosło, wyciągała macki rozwoju ku pobliskim skupiskom gwiazd. Wtedy właśnie zapadła decyzja o budowie sztucznych układów, w których planety będą pełnić funkcje magazynów niezbędnych zasobów. Proces polegał na ściskaniu ogromnych ilości wodoru, aż rozpalał się on fuzją jądrową i rodził gwiazdę. Następnie do układu dostarczane były syntetyczne planety. Ich płaszcz zbudowano z trwałego polimeru, a wnętrze wypełniono zasobem, który miał być tam przechowywany. Najcześciej chodziło o wodę, którą utrzymywano w stanie sterylnym, aby wydłużyć jej przydatność do użycia.
W końcu jednak cywilizacja uniezależniła się od materii. Porzucona galaktyka stała się gargantuicznym muzeum, upiornym reliktem wyższej rasy, dla której ograniczenia czasu i przestrzeni przestały mieć jakiekolwiek znaczenie. Setki układów magazynujących poszły w zapomnienie i leżały odłogiem. Gwiazdy wypalały się, a zerwane ze smyczy grawitacji planety dryfowały w międzygalaktyczną próżnię. Taki los spotkał i Ją. Mknęła ku czerni. Gdy była ogrzewana przez swoją gwiazdę, Woda trwała w stanie ciekłym, ale teraz, z dala od źródeł energii, gęstniała. Zamarzała powoli, dzięki czemu struktura krystaliczna powstałego Lodu była wysoce homogeniczna i uporządkowana. W takiej formie planeta dryfowała przez kolejne eony. Pewnego razu, gdy sunęła przez obłok kosmicznego gruzu, została trafiona odłamkiem skały – wystarczająco dużym, by otworzyć w naskórku planety mikroskopijną wyrwę. To był początek nowej ery.
Złożyło się akurat tak, że w pobliżu przelatywała sonda, na której pokładzie umieszczono złoty dysk zawierający informacje dotyczące Ludzkości. Trzecim aktorem w tej scenie była