Kiedy nagle znikąd pojawia się samolot, który jest dokładną kopią innego samolotu – z tymi samymi pasażerami, tą samą załogą oraz identycznymi plamami na siedzeniach – trzeba ten paradoks jakoś wyjaśnić. Najtęższe umysły świata usiłują zrobić to tak, żeby rozumiał każdy, czyli nawet amerykański prezydent. Przedstawiamy fragment książki Anomalia.
Zmęczeni ludzie stają się kłótliwi. Ludzie wycieńczeni są kłótliwi w znacznie mniejszym stopniu. Jest szósta rano, kiedy Adrian, Tina i dwudziestka najważniejszych ekspertów zasiadają w sali dowodzenia. O siódmej, w huku śmigłowców nadlatujących do bazy Mc Guire, ich liczba dochodzi do czterdziestu. W pomieszczeniu ustawiono kanapy, zainstalowano tablice interaktywne, żołnierz włącza ekspres do kawy.Wystarczy minuta na przedstawienie sytuacji. Potem następuje dziesięć minut pytań, a Tina i Adrian tylko powtarzają to, co nieprawdopodobne: ludzie zgromadzeni w hangarze to ci sami, którzy lądowali sto sześć dni wcześniej na pokładzie tego samego samolotu. Dialog między Adrianem Millerem a Riccardo Bertonim, kandydatem do Nobla z dziedziny fizyki za prace nad czarną materią, dobrze podsumowuje sytuację.– Czy pan sobie z nas kpi, profesorze Miller?
– Gdybym tylko mógł…
O dziewiątej rano, kiedy Tina Wang prowadzi spotkania interdyscyplinarne w sali hipotez, Adrian wraca do Task Force. Towarzyszą mu Meredith i wysoki szczupły facet o bujnych szpakowatych włosach i stalowoniebieskich oczach. Silveria wskazuje na ekran telekonferencji, na którym widać znane twarze.
– Profesorze Miller, mamy bezpośrednie połączenie z Rio, gdzie przebywają prezydent Stanów Zjednoczonych oraz sekretarz stanu i sekretarz bezpieczeństwa krajowego.
– To zjawisko jest absolutnie niezwykłe, panie prezydencie – zaczyna Adrian, odchrząknąwszy. – Jak mówił Arthur C. Clarke, każda wystarczająco zaawansowana technologia jest nieodróżnialna od magii. Sformułowaliśmy dziesięć hipotez, z czego siedem to żarty, ale trzy przykuły naszą uwagę, a jedna została przyjęta przez większość. Zacznijmy od najprostszej.
– Bardzo proszę – mówi Silveria.
– Tunel czasoprzestrzenny. Oddaję głos specjalistce od topologii, Meredith Harper.
Meredith bierze do ręki czarny ołówek i kartkę papieru, którą składa na pół. Ma wrażenie, jakby odgrywała scenkę nauczania w niskobudżetowym filmie science fiction, ale mniejsza z tym.
– Dziękuję, Adrianie. Załóżmy, że przestrzeń da się złożyć jak kartkę papieru… jednak w wymiarze, który nie jest dla nas dostępny, w żadnym z trzech nam znanych. Jeśli naszym wszechświatem rządzi teoria strun, stanowi on hiperprzestrzeń o dziesięciu, jedenastu lub dwudziestu sześciu wymiarach. W tym modelu każda cząstka elementarna to struna, która wibruje inaczej niż pozostałe, a jej wymiary są ciasno zwinięte. Czy to jest jasne?
Amerykański prezydent siedzi z otwartymi ustami, przypomina wielkiego okonia w blond peruce.
– No więc po złożeniu przestrzeni robimy w niej dziurkę… – Meredith Harper przebija kartkę ołówkiem i wkłada palec wskazujący w otwór. – …i z łatwością możemy przejść z naszej trójwymiarowej przestrzeni do zupełnie innego punktu. Nazywamy to mostem Einsteina-Rosena lub tunelem czasoprzestrzennym Lorentza o masie ujemnej…
– Rozumiem – mówi prezydent Stanów Zjednoczonych, marszcząc brwi.
– Zjawisko to jest zgodne z prawami klasycznej fizyki. Nie przekraczamy prędkości światła obowiązującej w naszej przestrzeni einsteinowskiej. Ale otwierając wejście do tunelu hiperprzestrzeni, możemy w ułamku sekundy przemieszczać się między galaktykami.
– To pomysł dość powszechnie pojawiający się w powieściach – dodaje Adrian, który uważa słowa Meredith za zbyt abstrakcyjne. – W Diunie Franka Herberta i w wielu innych. Użyto go na przykład w filmie Interstellar Nolana. Albo w Star Treku, proszę sobie przypomnieć statek kosmiczny USS Enterprise.
– Star Trek! Tak, widziałem! – woła nagle prezydent.
– Zazwyczaj, jak to się mówi – ciągnie Meredith – przejście przez czasoprzestrzeń zajmuje ułamek sekundy, nie ma powodu, by cokolwiek się duplikowało. A tutaj mamy dwa samoloty…
– Tak jakby USS Enterprise pojawił się w dwóch punktach przestrzeni – zapala się Miller – z dwoma kapitanami Kirkami, dwoma panami Spockami, dwoma…
– Dziękujemy, profesorze Miller – przerywa mu Silveria – zrozumieliśmy. A druga hipoteza?
– Nazywamy ją hipotezą fotokopiarki, rozmawialiśmy o tym z Brianem Mitnickiem z NSA.
Mitnick kiwa głową, ma wyraz twarzy wzorowego ucznia, dumnego, że o nim wspomniano.
– Jak państwo wiedzą – kontynuuje Miller – rewolucja bioprintingu już się zaczęła…
– Słucham? Proszę jaśniej! – żąda Silveria, przewidując irytację prezydenta i zgrywając naiwniaka.
– Drukujemy materię biologiczną w 3D. W ciągu godziny możemy dzisiaj wytworzyć ludzkie serce wielkości serca myszy. Przez dziesięć lat rozdzielczość się podwoiła, prędkość wydruku też, podobnie jak rozmiary reprodukowanych przedmiotów. Jeśli krzywa wykładnicza będzie rosnąć w każdej z tych dziedzin w podobnym tempie, nawet przy zachowawczych założeniach…
– Jestem zachowawczy – przerywa mu prezydent, a Miller zastanawia się przez chwilę, czy to ma być żart.
– Tak więc – mówi dalej matematyk – za mniej niż dwieście lat będziemy mogli w ułamku sekundy zeskanować i wydrukować przedmiot wielkości tego samolotu z dokładnością do jednego atomu. Ale mamy tu dwa problemy. Po pierwsze, gdzie była drukarka? Po drugie, skąd wzięto surowce do wytworzenia samolotu i pasażerów?
– No właśnie… – włącza się Meredith. – Hipoteza fotokopiarki zakłada istnienie oryginału i kopii. A z naszej biurowej fotokopiarki przede wszystkim wychodzą kopie.
– Rozumiem. Samolot „kopia” wylądowałby w marcu. – Silveria snuje na głos swoje domysły. – A teraz wylądowałby „oryginał”. Dlaczego w takim razie mielibyśmy inaczej traktować członków obu grup tylko dlatego, że pierwszy samolot…
– …wyszedł z fotokopiarki „wcześniej”… – dopowiada Meredith.
– Chciałbym jeszcze przywołać ostatnią hipotezę – przerywa jej Miller. – Została przyjęta przez najwięcej osób, ale zarazem wydaje się najbardziej szokująca.
Na ekranie prezydent potrząsa głową, marszczy brwi na dowód, że jest skoncentrowany, i pyta:
– Myśli pan o akcie boskim?
– Nie, panie prezydencie… O tym nikt nie wspominał – odpowiada zaskoczony Adrian.
Silveria ociera czoło.
– Prosimy o trzecią, Miller.
– Nazwaliśmy ją hipotezą Bostroma. W nawiązaniu do Nicka Bostroma, filozofa wykładającego na Oxfordzie, który na początku wieku zaproponował…
– To jakieś starocie – wzdycha prezydent.
– Na początku tego wieku – precyzuje Miller. – Konkretnie w dwa tysiące drugim roku. Oddaję głos Archowi Wesleyowi, logikowi z Uniwersytetu Columbia.
Wysoki facet z rozwichrzoną czupryną podchodzi do tablicy i pisze na niej równanie.
Po chwili odwraca się w stronę ekranu z uśmiechem pełnym życzliwości i lekkim podnieceniem.
– Dzień dobry, panie prezydencie. Zanim wyjaśnię to równanie, chciałbym powiedzieć kilka słów o rzeczywistości. Każda rzeczywistość jest pewną konstrukcją, a nawet rekonstrukcją. Nasz mózg jest zamknięty w ciemności i ciszy czaszki, a dostęp do świata zewnętrznego ma jedynie poprzez czujniki, jakimi są nasze oczy, uszy, nos, skóra: wszystko, co postrzegamy, jest mu przekazywane za pośrednictwem kabli elektrycznych, czyli naszych synaps… komórek nerwowych, panie prezydencie.
– Dziękuję, zrozumiałem.
– Oczywiście. A mózg rekonstruuje rzeczywistość. Biorąc pod uwagę liczbę synaps, można założyć, że mózg przeprowadza dziesięć milionów miliardów operacji na sekundę. Mniej niż komputer, ale z większą liczbą połączeń. Za kilka lat nauczymy się symulować ludzki mózg i taki program będzie mieć pewną świadomość. Eric Drexler, specjalista od nanotechnologii, wymyślił system wielkości kostki cukru potrafiący reprodukować sto tysięcy ludzkich mózgów.
– Proszę przestać z tymi swoimi miliardami, bo nic z tego nie rozumiem – mówi prezydent. – Podobnie jak moi koledzy. Proszę kontynuować prezentację.
– Dobrze, panie prezydencie. Proszę sobie wyobrazić istoty wyższe, których inteligencja w stosunku do naszej jest taka, jak nasza w stosunku do inteligencji dżdżownicy… Może to będą nasi potomkowie. Wyobraźmy sobie również, że istoty te mają komputery tak potężne, że potrafią odtworzyć świat wirtualny, w którym precyzyjnie przywracają do życia swoich „przodków” i obserwują ich ewolucję w różnych kierunkach. Mając komputer wielkości malutkiego księżyca, moglibyśmy miliard razy dokonać symulacji dziejów ludzkości od czasu narodzin Homo sapiens. Mam na myśli symulację informatyczną…
– Jak w Matriksie? – pyta prezydent takim tonem, jakby nie za bardzo rozumiał.
– Nie, panie prezydencie – odpowiada Wesley. – W Matriksie to maszyny wykorzystują energię cielesną ludzi, zakutych w łańcuchy niewolników z krwi i kości. Każą im żyć w świecie wirtualnym. Według naszej hipotezy sytuacja jest odwrotna: nie jesteśmy rzeczywistymi istotami. Sądzimy, że jesteśmy ludźmi, podczas gdy faktycznie jesteśmy jedynie programami. Bardzo wyszukanymi, ale jednak programami. Jak agent Smith w Matriksie, panie prezydencie. Tyle że agent Smith wie, że jest programem.
– Czyli w tym momencie nie siedzę przy stole i nie piję kawy? – pyta Silveria. – To, co postrzegamy, czujemy, widzimy… to tylko symulacja? Wszystko jest fałszywe?
– Generale, to nie zmienia faktu, że siedzi pan przy stole i pije kawę – odpowiada Wesley. – Jedyne, co się zmienia, to materia, z której zrobiono kawę i stół. Nie byłoby to trudne: maksymalna szerokość ludzkiego pasma zmysłowego nie jest zbyt duża, tak więc symulacja wszystkich dźwięków, obrazów, zapachów i smaków kosztowałaby jakieś grosze. Nasze otoczenie dość łatwo można podrobić, wszystko zależy od wymaganej dokładności podróbki. „Symulowani ludzie” nie zauważyliby żadnych anomalii w swoim wirtualnym otoczeniu, mieliby swoje domy, samochody, psy, a nawet komputery, skoro o tym mowa.
– Jak w brytyjskim serialu Black Mirror, panie prezydencie – podpowiada Adrian Miller.
Prezydent marszczy brwi, a Wesley mówi dalej:
– Zresztą im lepszą mamy znajomość wszechświata, tym bardziej widzimy, że jest on oparty na prawach matematycznych.
– Z całym szacunkiem, profesorze – przerywa mu Silveria – czy nie można by wykazać eksperymentalnie, że opowiada pan głupstwa?
– Obawiam się, że nie. – Wesley się uśmiecha. – Jeśli sztuczna inteligencja, która nas symuluje, stwierdzi, że „symulowany człowiek” będzie obserwować świat mikroskopowy, powinna mu dostarczyć dostatecznie dużo „symulowanych” szczegółów. W przypadku błędu wystarczyłoby przeprogramować stan „wirtualnych mózgów”, które by zauważyły jakąś anomalię. Albo po prostu cofnąć się o kilka sekund za pomocą funkcji w rodzaju undo i wykonać nową symulację w taki sposób, by uniknąć jakichkolwiek problemów…
– To, co pan opowiada, jest idiotyczne! – wybucha prezydent.
– Nie jestem żadnym Super Mario i na pewno nie będę tłumaczyć naszym współobywatelom, że są programami w wirtualnym świecie.
– Rozumiem, panie prezydencie. Z drugiej jednak strony samolot, który się pojawia znikąd i jest dokładną kopią innego, z tymi samymi pasażerami, nawet z plamą keczupu na wykładzinie, też zdaje się nieprawdopodobny. Czy pozwoli pan, że wyjaśnię równanie, które napisałem?
– Proszę – odpowiada prezydent ze złością. – Tylko szybko.
– Przedstawię sprawę w ogólnym zarysie. Chciałbym wykazać, że jest dość prawdopodobne, iż należymy do owych symulowanych świadomości. Cywilizacja techniczna ma tylko trzy możliwe drogi rozwoju: może zniknąć przed osiągnięciem dojrzałości technologicznej, czego jesteśmy znakomitym przykładem z naszym zanieczyszczeniem środowiska, globalnym ociepleniem, szóstym wymieraniem gatunków i tak dalej. Osobiście sądzę, że symulowani czy nie, i tak znikniemy.
Prezydent wzrusza ramionami, ale Wesley mówi dalej:
– Nie o to zresztą chodzi. Załóżmy mimo wszystko, że jedna cywilizacja na tysiąc nie zniszczy sama siebie. Dojdzie do stadium posttechnicznego i uzyska niewyobrażalną moc obliczeniową. Załóżmy również, że wśród wszystkich cywilizacji, które przetrwały, jedna na tysiąc odczuje potrzebę symulowania „przodków” lub „konkurentów przodków”. A więc taka cywilizacja techniczna, jedna na milion, będzie mogła symulować, powiedzmy, miliard „wirtualnych cywilizacji”. Pod pojęciem „wirtualna cywilizacja” rozumiem setki wirtualnych tysiącleci, podczas których następują po sobie miliony wirtualnych pokoleń, które dają życie setkom miliardów równie wirtualnych istot myślących. I tak na przykład podczas pięćdziesięciu tysięcy lat istnienia na Ziemi żyło mniej niż sto miliardów ludzi z Cro-Magnon. Aby symulować człowieka z Cro-Magnon, czyli nas, trzeba tylko dostatecznej mocy obliczeniowej. Czy to jest zrozumiałe? – Wesley nie patrzy na ekran, na którym prezydent wznosi oczy do nieba, tylko mówi dalej: – Najważniejsze jest jednak to, że cywilizacja wysoko techniczna może symulować tysiąc razy więcej „fałszywych cywilizacji”, niż istnieje „prawdziwych”. To oznacza, że jeśli weźmiemy jakiś przypadkowy „mózg, który myśli”, pański lub mój, istnieje dziewięćset dziewięćdziesiąt dziewięć szans na tysiąc, że będzie to mózg wirtualny, i tylko jedna, że będzie on rzeczywisty. Inaczej mówiąc, maksyma „Myślę, więc jestem” z Rozprawy o metodzie Kartezjusza jest przestarzała. Powinna ona raczej brzmieć: „Myślę, więc prawie na pewno jestem programem”. To Kartezjusz 2.0, przyjmując formułę naszej specjalistki od topologii. Czy to jest zrozumiałe, panie prezydencie?
Prezydent nie odpowiada. Wesley przygląda się jego wściekłej, zaciętej minie i przechodzi do wniosków.
– Widzi pan, panie prezydencie, znałem tę hipotezę i aż do dziś prawdopodobieństwo, że nasze istnienie jest tylko programem na twardym dysku, oceniałem na jeden do dziesięciu. Przy tej „anomalii” jestem tego praktycznie pewien. To by zresztą wyjaśniało paradoks Fermiego: jeśli nigdy nie spotkaliśmy kosmitów, to tylko dlatego, że w naszej symulacji ich istnienie nie było zaprogramowane. Wydaje mi się wręcz, że jesteśmy poddawani swego rodzaju testowi. Idąc tym tropem, niewykluczone, że symulacja proponuje nam ten test właśnie dlatego, iż obecnie potrafimy przyjąć, że jesteśmy jedynie programami. W naszym interesie leży, by ten test zdać, a przynajmniej uczynić go interesującą przygodą.
– Dlaczego? – pyta Silveria.
– Gdyż jeśli go oblejemy, osoby odpowiedzialne za symulację mogą wszystko wyłączyć.
