Kulturalny, dobrze wychowany Polak przeżywa w Londynie największy wstrząs, kiedy chodząc sobie spokojnie w którymś z licznych a pięknych londyńskich parków, spostrzega nagle idących mu naprzeciw subtelną panią lub wytwornego pana, maszerujących sobie jak gdyby nigdy nic środkiem wypielęgnowanego trawnika.
Nieco dalej, jeśli tylko nie pada deszcz, stoją na gazonach leżaki, a na leżakach opalają się Anglicy, mimo że słońce przed miesiącem wlazło za chmury i nie wiadomo, czy przed upływem następnego miesiąca wyjdzie. Ale to jeszcze nic. Najokrutniej bowiem postępują z trawą ci, którzy leżą na niej bezpośrednio, i to przeważnie parami. Choćby się zachowywali, oględnie mówiąc, najdziwaczniej, nie wypada, a nawet nie wolno ci przystawać i patrzeć.
Gdybyś to przypadkiem uczynił, a w pobliżu był gdzieś „Bobby”, czyli jeden z 22 000 tutejszych policjantów, to mógłbyś się narazić na zapłacenie kary w tamtejszej walucie. Za obrazę moralności. Ty. Nie oni.
Fragment tekstu z nr. 698/1958, s. 4. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.