Słowa Słowa

Słowa

Z Archiwum „Przekroju”
Jean-Paul Sartre
Czyta się 3 minuty

Pani Picard pierwsza zechciała odkryć los wypisany na moim czole. „Ten mały będzie pisał” – rzekła z przekonaniem.

Dziadka poinformowano ostrożnie, obawiano się wybuchu. Ograniczył się do wzruszenia ramionami.

Pewnego dnia, kiedy czytałem, leżąc u jego stóp, podczas jednego z tych skamieniałych, niekończących się milczeń, jakie nam narzucał, przyszła mu do głowy myśl, która sprawiła, że zapomniał o mojej obecności; spojrzał na matkę z wymówką: – A gdyby sobie wbił do głowy żyć z pióra?

Dziadek cenił Verlaine’a, którego wybór wierszy posiadał. Ale zdawało mu się, że widział go w roku 1894, kiedy „pijany jak świnia” wchodził do knajpy przy ulicy Saint-Jacques. To spotkanie utwierdziło go w pogardzie dla zawodowych pisarzy.

Pewnego dnia oznajmił, że chce ze mną mówić jak mężczyzna z mężczyzną, kobiety usunęły się, wziął mnie na kolana i rozpoczął poważną rozmowę. Będę pisał, rzecz jest postanowiona; powinienem znać go na tyle, by nie obawiać się, że pokrzyżuje moje plany. Ale trzeba odważnie spojrzeć rzeczywistości w twarz: literatura nie żywi. Czy wiem, że sławni pisarze umierali z głodu? Że inni, aby jeść, sprzedawali się? Jeśli chcę zachować niezależność, muszę zyskać drugi zawód.

Zawód profesora daje dużo wolnego czasu; zajęcia pracowników uniwersyteckich są bliskie literatom; będę nieustannie przechodził z jednego kapłaństwa w drugie, będę żył w bliskim kontakcie z wielkimi autorami; odkrywał ich dzieła uczniom, sam jednocześnie czerpiąc natchnienie. Samotność na prowincji umilać sobie będę układaniem poematów, przekładaniem Horacego białym wierszem, pisaniem „kronik literackich” do miejscowych gazet. W „Przeglądzie Pedagogicznym” ukaże się mój błys­kotliwy esej o nauczaniu greki, inny – o psychologii młodzieży; po mojej śmierci odnajdą w szufladzie nieopublikowane utwory, rozważania o morzu, komedię w jednym akcie, kilka subtelnych a uczonych stronic o posągach w Aurillac, słowem coś, co zasłuży na pośmiertne wydanie, które ukaże się staraniem moich dawnych uczniów.

Zbity z tropu, z posłuszeństwa dla Karla, zgodziłem się na pracowitą karierę drugorzędnego pisarza. Krótko mówiąc, pchnął mnie on w literaturę dzięki staraniom, jakie włożył, aby mnie od niej odciągnąć. Do tego stopnia, że zdarza mi się jeszcze dzisiaj, kiedy jestem w złym humorze, zastanawiać się, czy nie strawiłem tylu dni i tylu nocy, nie zapisałem tylu stronic, nie rzuciłem na rynek tylu książek, których nikt nie potrzebował, w jedynej i szalonej nadziei przypodobania się własnemu dziadkowi.

Fragment tekstu z nr. 1000/1964, s. 10. Całość możesz przeczytać w naszym archiwum.

Czytaj również:

Pierwszy nalot Pierwszy nalot

Pierwszy nalot

Z Archiwum „Przekroju”
Jerzy Waldorff

Jesteśmy bardzo zblazowani, jeśli chodzi o nowinki techniczne z dziedziny zabijania. Nic już na nas właściwie nie robi odpowiedniego wrażenia. Konstruktorzy i właściciele fabryk zbrojeniowych postąpili w tej mierze na wzór mało przezornych dyrektorów teatrów rewiowych, co – miast dawkować umiejętnie efekty sceniczne – pakują wszystkie „triki” i pomysły do pierwszej rewii, skutkiem czego już druga robi klapę.

Wynalazki bomb półtonowych, tonowych, sześciotonowych, fosforowych czy rakietowych następowały zbyt szybko po sobie, tak że gdy na scenie rewii światowej ukazała się właściwa jej gwiazda, Mistin­guett wszelkiego rodzaju bomb: bomba atomowa, ludzkość – miast stanąć ze zdumienia na głowie, a potem oszaleć – odpowiedziała na tę supersensację zrezygnowanym ziewnięciem.

Czytaj dalej