Gdzie ci mężczyźni…?! Gdzie ci mężczyźni…?!
i
Grafika Edwarda Penfielda przedstawiająca akademicki klub wioślarski (ok. 1907 r.), Biblioteka Kongresu, Rawpixel (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Gdzie ci mężczyźni…?!

Z Archiwum „Przekroju”
Katarzyna T. Nowak
Czyta się 5 minut

Hemingway stworzył „macho” – twardego mężczyznę, zawsze górującego nad kobietą. „Bycie mężczyzną to ustawiczna bitwa trwająca całe życie” – twierdzi dla odmiany amerykański pisarz, Norman Mailer. Feministki wyśmiewają model supermana, a naukowcy upierają się, że prawdziwie twórcze jednostki mają w sobie tyle pierwiastka żeńskiego, co męskiego.

Mężczyzna jaki jest – każdy widzi. Przez wieki uważano, że męskość jest czymś oczywistym i jednoznacznie przeciwnym kobiecości. W ostatnich trzydziestu latach zakwestionowano jednak tysiącletnie tradycje patriarchatu, gdy to mężczyzna określał siebie jako człowieka uprzywilejowanego i dominującego nad kobietą siłą, inteligencją, odwagą, odpowiedzialnością, racjonalizmem.

To Amerykanie jako pierwsi dostrzegli konieczność ponownego rozważenia problemu męskości. Aż 300 ośrodków badawczych w Europie Zachodniej i Ameryce prowadzi tzw. men’s studies: docieka, czym naprawdę jest męskość i co to znaczy być mężczyzną. Jedno jest pewne:

dawny wizerunek mężczyzny odchodzi w przeszłość, a jego miejsce zajmuje nowy, całkowicie odmienny samiec, już nie tak bezdyskusyjnie wspaniały, jak sam o sobie myślał.

Najtwardszy z twardych, pozbawiony uczuć, gotowy raczej umrzeć niż ożenić się i niańczyć dzieci – to supermacho. Ten model narzuciła
światu Ameryka i jej rozliczni bohaterzy filmowi czy literaccy, np. niemal wszystkie męskie postacie u Hemingwaya, filmowi kowboje typu Johna Wayne’a, Rambo, czyli „mięśniak” Sylwestra Stallone’a, Terminator, czyli „mężczyzna-maszyna” Arnolda Schwarzeneggera. Są oni do dziś wzorcem dla milionów mężczyzn. Mężczyzna-kowboj, „samotny jeździec”, nie rozstaje się z koltem, alkoholem i koniem. Ma jednak uczucia i „dobre słabości”: lubi przyjaciół, kocha kobiety, jest wrażliwy na krzywdę bezbronnych. Rambo i Terminator pozbyli się wszelkich uczuć. „W swej zbroi z mięśni Rambo nie zawraca sobie głowy ani koniem, ani przyjacielem, ani kobietami. Jedynym jego towarzyszem jest olbrzymi, ostry sztylet, wzmacniający jego męskość” – pisze Elizabeth Badinter, najlepsza i ponoć znienawidzona przez mężczyzn specjalistka z men’s studies. Terminator to wszechmocna maszyna, która nie ma w sobie już nic ludzkiego. Maszyna pozbawiona bólu, strachu i skrupułów. Robi to, co chce i kiedy chce.

Męski ideał – ciągle jeszcze żywotny w wielu kręgach zarówno panów, jak i pań – stworzyło w 1976 roku dwoje amerykańskich uczonych, publikując cztery imperatywy męskości, sprowadzone do popularnych sloganów.

Po pierwsze: nie wolno być zniewieściałym; po drugie: prawdziwy samiec to gruba ryba, osiąga sukcesy i zdobywa podziw otoczenia. Po trzecie: jest mocny jak dąb i zawsze stara się być niezależnym i niewrażliwym. Jego ulubione powiedzonko: „Idź do diabła!”, pozwala mu być silniejszym od innych, pewnym siebie i agresywnym.

Jednak dla większości „zwykłych” przedstawicieli płci męskiej taki model supersamca jest nierealny, niewiarygodny i stresujący. A dla bardzo wielu kobiet… po prostu śmieszny.

W latach 50 upowszechnił się w USA model mężczyzny, który wstawał wcześnie do pracy, utrzymywał żonę i dzieci (co najmniej trójkę) i był zwolennikiem dyscypliny tak w pracy, jak i w domu. Personifikacją uporu i wytrwałości, cechujących ten typ, był Ronald Reagan. Taki mężczyzna nie miał zbyt wysokiego mniemania o kobietach, ale doceniał ich walory cielesne. Na pozór silny, w rzeczywistości ukrywał poczucie osamotnienia i bierności. Oczekiwano, że będzie lubił piłkę nożną i w ogóle sport, będzie agresywny i patriotyczny, lecz nigdy nie zapłacze. Nieczuły i czasami wręcz brutalny, na ogół nie znał współczucia.

W latach 60 pojawił się nowy typ. Rosnący sprzeciw wobec wojny w Wietnamie sprawił, że mężczyźni zaczęli kwestionować swoje wyobrażenia na temat męskości. Mężczyzna zyskiwał prawo bycia bardziej wrażliwym i subtelnym. Był on „miłym chłopcem” podobającym się zarówno swoim matkom, jak i młodym kobietom, z którymi współżył. Tak określał go inny amerykański specjalista od męskości, Robert Bly, autor znanej (także w Polsce) książki „Żelazny Jan”.

Lata 70 zrodziły mężczyznę „miękkiego”. Do dziś wielu spośród nich należy do tej kategorii. Jak twierdzi Bly, są to mili i wartościowi ludzie. Nie chcą szkodzić przyrodzie, czy wszczynać wojen, cała ich egzystencja i styl życia przepojone są łagodnością i umiarkowaniem. Nie są jednak szczęśliwi – brak im energii. Życzliwi wobec całego wszechświata, nie mają siły witalnej, żyjąc na ogół u boku silnych, energicznych kobiet.

Mężczyzna „miękki” (albo „wieczny student”) jest uzależniony od kobiet jak dziecko od matki, całkowicie uległy. Nie szanowany w efekcie przez kobiety, przyjmuje rolę „nieszczęśliwego psiaka”.

Pojęcie mężczyzny „miękkiego” powstało w krajach skandynawskich. By rozróżnić dwa podstawowe typy mężczyzn – „twardego” i „miękkiego” – tego pierwszego nazywali „mężczyzną-węzeł”. W powieści duńskiej (1977) „Mężczyzna-węzeł” jest mieszaniną najgorszych tradycyjnych cech: ma obsesję konkurencji, wyczynów intelektualnych i seksualnych, jest upośledzony uczuciowo, pełen samozadowolenia i pewności siebie, agresywny, nadużywający alkoholu, niezdolny do związków z innymi. Nawet u samych mężczyzn zyskuje złe opinie. „Ów mężczyzna z owłosionym torsem, żądny władzy i uprzedmiotawiający otoczenie, został odrzucony przez większość kobiet” (H. Moellerhate). „Mężczyzna twardy bierze i nic nie daje. Nie chce się angażować, uprzejmość maskuje obojętnością. Ale w jego zbroi istnieje szczelina: do wzwodu potrzebuje alkoholu” (E. Badinter).

Z kolei mężczyzna „miękki”, nazwany przez Japończyków „mężczyzną-ścierką” czy „mężczyzną-psiakiem”, to ten, który z własnej woli zrezygnował z przywilejów, przyznawanych mu tradycyjnie przez porządek patriarchalny. Panuje nad swoją agresywnością, porzuca ambicje i karierę, jeżeli przeszkadzają mu w poświęceniu się żonie i dzieciom. Zgadza się na równość płci. Razem z żoną, demokratycznie, wręcz co do milimetra, dzieli się zadaniami i obowiązkami.

„Im bardziej mężczyzna czuje się słaby wewnętrznie, tym bardziej będzie się starał stworzyć sobie zewnętrzną skorupę. Jedni stają się pracowici jak mrówki, by nie mieć ani jednej wolnej chwili. Inni szukają potwierdzenia w uwodzeniu. Taki mężczyzna, porzucony przez ojca, za wszelką cenę nie chce być maminsynkiem – jest to w efekcie miły, nieodpowiedzialny chłopiec, unikający dojrzałych wyborów. By przypodobać się kobiecie, wyznaje wartości feministyczne” – definiuje Elizabeth Badinter.

W latach 1970 i 80 była to droga wielu mężczyzn i – wedle Badinter i Bly’a – doprowadziła do ich degeneracji, wywołanej zbytnią pasywnością i brakiem osobowości. Ten typ mężczyzn określa się mianem „miłego” czy też „wiecznego chłopca”. Nazywany też bywa „małym księciem”, „Piotrusiem Panem” lub „latającym chłopcem” (chłopcem-motylkiem, który w razie pojawienia się jakichkolwiek trudności natychmiast odlatuje). Wielu z nich ma nieudane życie małżeńskie, któremu towarzyszy impotencja i depresja. Żaden nie akceptuje siebie samego. Wedle specjalistów zarówno „macho”, jak i mężczyzna „miękki” to osobnicy okaleczeni psychicznie.

Trzeci typ mężczyzny jest charakterystyczny dla lat 90: to „ojciec-matka”. Sam zajmuje się córeczką, bo jego żona nie ma czasu i nie daje sobie z tym rady. Odkrywa „szczególną radość z zajmowania się dzieckiem i niekiedy odmawia oddania dziecka kobiecie. W efekcie trafia do więzienia, zaczyna nienawidzić kobiet i znajduje ucieczkę w homoseksualizmie”, twierdzi Robert Bly.

Według Badinter takie karykaturalne podsumowanie kondycji mężczyzny końca tysiąclecia ukazuje trzy drogi bez wyjścia, będące wynikiem tradycyjnego systemu patriarchalnego.

Amerykańska feministka twierdzi, że zarówno zwolennicy mężczyzny „twardego” jak i „miękkiego” popełniają błąd, wierząc, że istnieją cechy właściwe tylko jednej z płci i obce drugiej. Współczesny mężczyzna, pogodzony z samym sobą, jest syntezą tych dwóch typów i jest to dżentelmen, który umie połączyć męską stanowczość i solidność z kobiecą wrażliwością.

Zarówno mężczyzna jak i kobieta stają się w pełni ludźmi tylko poprzez androgynię, która jest z natury dwoista, głoszą współcześni badacze. Androgynia to połączenie męskości i kobiecości. Uczeni ostatnio odkryli, że najbardziej twórcze jednostki to właśnie takie, u których pierwiastek męski harmonijnie łączy się z żeńskim w jedną całość. Droga do androgynii jest jednak długa, choć ponoć pierwszy w ogóle człowiek na Ziemi był… androgynem.

Jung jako pierwszy stworzył pojęcie dwoistości duszy ludzkiej i zwrócił uwagę na to, że w życiu mężczyzny zasadniczym punktem zwrotnym są 40 urodziny. Później niż kobieta, bo dopiero w połowie życia mężczyzna staje się w pełni dorosły. Nie jest skoncentrowany już wyłącznie na sobie, swojej władzy i osiągnięciach, może zwrócić się w kierunku innych, okazywać swoje zainteresowanie i czułość oraz tzw. cechy kobiece.

„Każdy mężczyzna nosi w sobie swoją Ewę” – mówi porzekadło ludowe. I właśnie taki mężczyzna może zostać człowiekiem w pełnym znaczeniu tego słowa. Nie jest jednocześnie męski i żeński, ale w zależności od wymogu chwili na zmianę dostosowuje swoje zachowanie do okoliczności.

„Twardy” lub „miękki”?! Zawsze istnieli i istnieją mężczyźni odrzucający schematy. Wedle Badinter i innych znawców tematu współcześni młodzi mężczyźni nie odnajdują się ani w karykaturalnej męskości z przeszłości, ani w całkowitym jej odrzuceniu; częściej robią krok poza tradycyjne, narzucone przez społeczeństwo modele. Ale mężczyzna pogodzony z samym sobą to wyjątek. Jego cechy nie przypominają Terminatora ani Rambo. Panowanie nad sobą, chęć przekraczania własnych możliwości, podejmowanie ryzyka i wyzwania, przeciwstawianie się przemocy – to cechy właściwe każdej istocie ludzkiej. Mimo że tradycja przeciwstawia je sobie, przypisując jednej lub drugiej z płci. W rzeczywistości tylko połączenie w sobie kobiecości z męskością gwarantuje szczęście. Kobiety zrozumiały to wcześniej i dlatego więcej przedstawicielek tej płci czuje się lepiej w dzisiejszym świecie.

Pomimo wszystkich zmian zróżnicowanie typów mężczyzn na świecie jest nadal zaskakująco duże. Wystarczy spojrzeć na społeczeństwa zachodnie – mężczyzna różni się w nich w zależności od epoki, klasy społecznej, rasy i wieku. Słynne badania Margaret Mead pokazały, że istnieją społeczności, w których mężczyźni są łagodni, delikatni, ale też twardzi i ze spokojem znoszą pomieszanie płci. Mit rzekomo naturalnej agresywności mężczyzn istnieje już tylko w literaturze, i to określonego typu.

„Żyjemy dziś w ważnym i przełomowym momencie” – podkreśla Robert Bly – „stało się bowiem jasne, że wzory męskości przekazywane przez kulturę masową utraciły swoją nośność; mężczyzna nie może już się na nich opierać”.

To młodzież jako pierwsza uwierzyła w tę teorię i zaczęła wprowadzać ją w życie, hołdując modzie zwanej „uniseks”, która nie preferuje żadnej z płci. Dziewczyny i chłopcy ubierają się tak samo, strzygą podobnie, a nawet używają tych samych perfum (Calvin Klein!). Z drugiej strony, królowa Saby w swych sławnych wróżbach wieszczyła, że koniec świata nastąpi wówczas, gdy mężczyzn nie będzie można odróżnić od kobiet…

Dzisiaj męskość uważa się raczej za konstrukcję ideologiczną. Posiadanie chromosomu Y nie wystarcza do bycia ludzkim samcem, zaś mężczyzna nadal pozostaje istotą nieznaną.

Badinter przyznaje, że męskość nie jest stanem pierwotnym i naturalnym, lecz wtórnym i „wytworzonym”. Jej definicja „prawdziwego mężczyzny, który akceptuje kobiecość w sobie”, zrobiła wielką furorę. Zaś jej tezę potwierdziły badania genetyczne, dowodząc tzw. pierwotności kobiecości: oto bowiem okazało się, że każdy płód przez pierwsze tygodnie jest… płci żeńskiej. Zatem u wszystkich ssaków płcią pierwotną jest płeć żeńska.

Może dlatego piosenka Danuty Rinn „Gdzie ci mężczyźni, prawdziwi tacy, orły, sokoły, herosy…” wciąż cieszy się powodzeniem, zwłaszcza u pań?

(tekst ten napisała kobieta, ale do druku zatwierdzili mężczyźni…)

Historia męskości

Kryzysy klasycznego, typowego pojęcia męskości rodziły się najczęściej w krajach, w których kobiety miały większą swobodę i wyrażały potrzebę zmiany obowiązujących wartości. W XVII i XVIII wieku kryzysy te dotyczyły angielskiej i francuskiej arystokracji i burżuazji. „Precieuses” – wykwintnisie z paryskich salonów literackich, jak nazywa je Badinter i kobiety wyemancypowane jako pierwsze zakwestionowały rolę mężczyzn.

Druga połowa XVII wieku to pierwszy wybuch feminizmu we Francji i w Anglii. „Precieuses” walczyły o prawo do awansu społecznego i godności. Domagały się prawa do edukacji, atakowały podstawę fallokratycznego społeczeństwa i małżeństwa. Wykwintnisie były zdecydowanymi przeciwniczkami aranżowanych na siłę małżeństw i macierzyństwa. Zalecały zerwanie małżeństwa zaraz po urodzeniu spadkobiercy, który pozostawiony miał być opiece ojca. „Chcę kochanka, a nie męża”, mówiły. Obalały model mężczyzny dominującego, brutalnego i wymagającego, któremu wszystko wolno. Reguły te zaakceptowali tylko niektórzy mężczyźni, także tzw. wykwintni. Nosili długie kręcone peruki, ekstrawaganckie pióra, pieprzyki, perfumowali się i pomadowali. Zawsze kurtuazyjni i delikatni, narażali się na drwiny otoczenia.

Socjolog M.Kimmel uważa, że prawdziwy kryzys męskości w Anglii wystąpił w okresie restauracji. Angielkom nie wystarczało już stwierdzenie równości praw i pragnień, żądały, by mężczyźni byli łagodniejsi i bardziej… kobiecy. I tak pojawił się mężczyzna zniewieściały, którego ówcześni pamfleciści obśmiewali jako próżnego i małostkowego.

Wiek oświecenia stanowił pierwszy przełom w historii męskości. Nie było wojen, zatem młodzi szlachcice więcej czasu spędzali w salonach i buduarach dam. Męskie wartości powoli ustępowały kobiecym: delikatności, czułości, wierności, oddaniu.

Kolejny kryzys męskości – na przełomie XIX i XX wieku – dotyczył zarówno Europy, jak i Stanów Zjednoczonych. Kraje te przeżywały wówczas przewrót gospodarczy i społeczny. Kobiety zdobywały wykształcenie, domagały się pełnych praw obywatelskich i niezależności, a od mężczyzn żądały zajmowania się domem i dziećmi. W wielu mężczyznach wzbudzały przerażenie. „Kobieta to monstrum, ewokujące innego potwora – mężczyznę zniewieściałego, prawdziwego dekadenta” – twierdzili.

W USA wielki kryzys męskości pojawił się, według historyków, w latach 90 ubiegłego wieku. Mężczyźni, zmuszeni do pracy w fabrykach, z dala od domu, stali się „niedzielnymi” ojcami i mężami. W odpowiedzi kobiety tworzyły żeńskie kluby, wysyłały córki do gimnazjów i same zaczynały pracować. Niezależna kobieta amerykańska chciała być niezamężna lub wychodzić za mąż z miłości, rodzić mniej dzieci. Domagała się prawa do rozwodu, prawa wyborczego i możliwości decydowania o życiu społecznym. Podobnie jak w Europie, mężczyźni zaprotestowali przeciwko takiemu modelowi kobiety. Idolem Amerykanów stał się na początku XX wieku prezydent Roosevelt uważany za wcielenie tradycyjnych męskich wartości. W literaturze pojawili się nowi, znani nam już bohaterowie: kowboj czy „supermacho”. A kryzys męskości został chwilowo rozwiązany przez wojnę.

 

Tekst pochodzi z numeru 2729/1997 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej