Doktór Radwanowski bierze różdżkę, chowa ją dyskretnie pod marynarkę, aby nie budziła niepotrzebnej sensacji i z pokoiku na poddaszu głównego gmachu Politechniki Warszawskiej wędrujemy ku tym resztkom zieleni, które przed chwilą widziałem z okna.
— Człowiek jest skomplikowanym układem bioelektronicznym — przypomina doktor, a ja widzę schemat z tablicy: potencjał dodatni obejmuje głowę, ujemny klatkę piersiową i brzuch, a także dłonie. Atmosfera wykazuje jonizację dodatnią, ziemia ujemną.
— Łokcie przyciskamy do bioder, przedramiona trzymamy prostopadle do tułowia, należy się skupić, iść wolno. Oczywiście trzeba trochę potrenować, nie każdemu zaraz wychodzi, ale każdy może być różdżkarzem… Niech pan uważa, zaczynamy.
To mówiąc, chwyta stalowe widełki mocno w ręce i wolnym krokiem idzie do przodu. I oto różdżka zaczyna się obracać. Widzę to wyraźnie: jej koniec zatacza łuk i kieruje się ku ziemi. W miarę posuwania się doktora do przodu, różdżka wraca do swojego poprzedniego położenia, a więc ustawia się równolegle do powierzchni ziemi. Kilka kroków do tyłu — znów poprzedni efekt.
— Niewielka żyła wodna — mówi doktor i kolejnymi przejściami lokalizuje kierunek podziemnego cieku.
— Proszę, teraz pan spróbuje.
Biorę różdżkę trochę niepewnie do ręki. Są to dwa niklowane pręty ze stali sprężynowej, długości 40 cm, połączone okuciem ze stali nierdzewnej. Uchwyty zaopatrzone w luźne spirale pozwalają różdżce swobodnie się obracać.
Chwytam ją mocno w dłonie, koncentruję się psychicznie i…
— Za wysoko pan trzyma — woła doktor. — Tu ma pan potencjał ujemny. Zwiększona dodatnia energia ziemi w miejscu podziemnej żyły zaburzy ten układ. Niech pan wyobrazi sobie silnik elektryczny. Pan jest statorem, a różdżka rotorem, który zacznie się obracać pod wpływem dodatkowej energii. No, proszę teraz…
Idę. W tym miejscu już powinna drgać, ale nic się nie dzieje. Trochę jestem rozczarowany.
— Za szybko pan idzie — strofuje mnie znów doktor. — Powoli, z napięciem, wyczuć efekt elektryczny…
Próbuję jeszcze raz. Jest, czuję to, jakby lekkie mrowienie w dłoniach. Ściskam pręt ze wszystkich sił, ale gdzie tam! Coś pcha różdżkę do dołu, ku ziemi, coś, czemu nie mogę w żaden sposób się przeciwstawić. Próbuję jeszcze raz — to samo.
Komary tną jak diabli, co zmusza nas do szybkiego porzucenia eksperymentów w terenie. Nie wiadomo czy przypadła im do smaku tak nasza krew, czy też należy to wiązać z efektem promieniowania podziemnego cieku.
— Owady lubią takie miejsca — powiada doktor Radwanowski.
— Zetknął się pan na własnej skórze ze zjawiskiem radiestezji. Muszę zaraz pana rozczarować, że nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Czy dziś dziwi się ktokolwiek, że odbiornik radiowy gra i mówi? A przecież fal radiowych nikt nie widzi, nie słyszy i nie odczuwa ich zmysłami, choć one oddziałują i na nas, ale pośrednio, poprzez układ bioelektroniczny naszego organizmu. Mój organizm, pański organizm — działały przed chwilą jak biologiczny radioodbiornik, chociaż innego oczywiście zakresu fal niż stosowane w radiofonii. Czemu więc zdziwienie i niedowierzanie towarzyszy ciągle zjawisku radiestezji, zwanemu popularnie różdżkarstwem, sam nie wiem. Zjawisko to znane jest ludzkości od tysięcy lat. Opisy można spotkać już w Biblii. Trudno się dziwić, że fascynowało człowieka swą tajemniczą zagadkowością. Ale dziś, gdy wiemy, że komórki organiczne są półprzewodnikami, a płyny ustrojowe elektrolitami; że zaburzenie mikroukładów półprzewodnikowych spowodować może katastrofalne skutki nie tylko w funkcjonowaniu sztucznego komputera, lecz także żywego organizmu? Gdzie tu miejsce na zdziwienie dla człowieka dwudziestego wieku?
— Obserwował pan kiedyś wodę wypuszczaną z wanny? W rurze odpływowej tworzy się wir. Płynąca woda w przewodzie wprawiona zostaje w ruch obrotowy. Podobnie dzieje się z podziemną żyłą wodną. Płynie ona niektórymi odcinkami jakby w naturalnej rurze. Trzeba zaś pamiętać, że woda jest polielektrolitem o własnościach przewodnictwa płynnego kryształu, w którym cząstki wody są dipolami elektrycznymi. Ten ruch wody niesie za sobą konkretne właściwości dotyczące potencjału elektrycznego, to jakby znów naturalny generator, wzbudzany ziemskim polem magnetycznym. Nic dziwnego, że nad podziemnym ciekiem obserwujemy efekt falowy. Fale te, tak zwane fale fononowe, mają ponadto tę właściwość, że są niewygłuszalne. Ich energia działa na siły, które wiążą mikrocegiełki, z których zbudowane są mikroorganizmy, bakterii, makroorganizmy ludzi, czy zwierząt, czy wreszcie płyty betonowe budynku, gdzie mieszkamy. Jest to więc oddziaływanie nie bardzo gwałtowne w skutkach, choć pozornie niezauważalne i wydawałoby się niosące nieznaczną energię. Ale to jest tak, jak z piramidą z pudełek ustawianych często na ladach sklepowych. Gdy w nią uderzymy nawet dość silnie, spadnie część pudełek, ale budowla całkiem się nie rozleci. Lecz wystarczy wyciągnąć tylko jedną cegiełkę z samego spodu, aby misterna wieża zamieniła się w rumowisko.
— Oczywiście ja to wszystko niesłychanie upraszczam i aż boję się, żeby mnie za to nie wyłajano. Bowiem naukowcy bardzo nie lubią symplifikacji. Uproszczenia niby pozwalają zrozumieć to i owo laikowi, łatwo jednak prowadzą na manowce.
— A teraz pokażę panu jeszcze jedno urządzenie skonstruowane do naszych badań: sztucznego różdżkarza.
Z zaciekawieniem czekam, cóż to takiego, ten sztuczny różdżkarz. I oto mój rozmówca przynosi niewielkie pudełko z anteną, wypisz wymaluj — odbiornik tranzystorowy. Tylko, że u góry wbudowano mikrowoltomierz i mikroamperomierz. Bierzemy pod pachę aparat i idziemy jeszcze raz do miejsc, które uprzednio zbadaliśmy różdżką, a więc we własnym detektorem był nasz własny organizm. Sztuczny różdżkarz potwierdza wskazania stalowego pręta. Wychyleniami wskazówek urządzeń pomiarowych rejestruje anomalie w promieniowaniu ziemskim.
— Panie doktorze, dawno zajmuje się pan tymi sprawami?
— Już blisko dziewiętnaście lat. Zaczęło się, jak to często bywa, przez przypadek. Otóż dość długo nie mogłem pozbyć się uporczywych bólów głowy. Towarzyszyło temu ogólne zmęczenie. Badanie lekarskie nic nadzwyczajnego nie wykrywało, a mnie głowa boli i boli! Ten stan niedyspozycji ustępował czasami, później znów wracał. Medycyna orzekła: nic innego, tylko zatoki Highmore’a. Poddałem się nieprzyjemnemu zabiegowi, aby raz na zawsze usunąć wszelkie podejrzenie o stan zapalny zatok, ale głowa boli nadal, samopoczucie pieskie. Wtedy zacząłem bardziej wnikliwie obserwować siebie i przekonałem się, że moje dolegliwości wiążą się z pobytem w pewnych miejscach. Z czasem stwierdziłem, iż jest to efekt promieniowania podziemnych żył. Zmieniłem miejsce i dolegliwości ustąpiły. Okazało się, że jestem w ogóle podatny na środowisko fal różnego pochodzenia.
— Czy to typowy objaw?
— Różni ludzie różnie reagują. Są bardziej i mniej podatni. Ale nikomu nie zależy cel trwałego przebywania w zasięgu żył podziemnych. Na ogół ludzie reagują na tego typu promieniowanie uczuciem zmęczenia. Nawet spokojny sen w miejscu napromieniowanym nie daje odświeżającego wypoczynku. Wstaje się zmęczonym, często występują wspomniane bóle głowy, apatia, nawet zaburzenia sercowo-krążeniowe, bez wyraźnych obciążeń fizjologiczno-wegetatywnych, co myli często lekarzy. Nie wszystkie jednak te stany należy kłaść na karb promieniowania podziemnego. Wiążą się one w ogóle z dodatnią jonizacją powietrza, nierzadko pochodzenia atmosferycznego. Promieniowanie żył wodnych charakteryzuje się także dodatnią jonizacją. A człowiek posiadając sam nadmiar takich jonów, dobrze się czuje w środowisku zjonizowanym ujemnie.
W literaturze notowane są nawet stany zaburzeń hormonalnych powiązanych z patologią dermatologiczną, zakłóceniami czynności serca i zanikami pamięci. Objawy te na ogół dość szybko ustępują po zmianie miejsca pracy, bądź zamieszkania.
O ile ludzie, świnie, psy reagują negatywnie na oddziaływanie tego typu promieniowania, to koty czy krowy chętnie przebywają w miejscach anomalii geofizycznych. Obserwuje się tam wzmożony wzrost roślinności. Preferują je także owady. Istnieje interesująca literatura na temat zakładania gniazd przez pszczoły w takich miejscach. Z tego względu bartnicy, chcąc złapać rój, stawiają ule nad podziemnym ciekiem wodnym.
Zaobserwowano również intensywny rozwój różnych mikroorganizmów: bakterii, pleśni itp.
— Widzi więc pan, jest to nie tylko problem zdrowotny, ale także i gospodarczy. Jak się chronić przed tego typu niekorzystnymi objawami?
— Stwierdzono na drodze praktyki, że dużą poprawę daje ujemna jonizacja naszego otoczenia, pozbycie się nadmiaru niekorzystnych dla organizmu dodatnich jonów: wysiłek fizyczny, spacer, ciepły tusz, a w najgorszym razie masaż głowy (gdy boli) rękami, na których gromadzą się ładunki ujemne. Przynosi to rozładowanie napięcia wewnętrznego, uspokojenie, działa kojąco. W ten sposób przywracamy równowagę elektryczną naszemu organizmowi. Oczywiście chodzi jedynie o przywrócenie naturalnej równowagi zjonizowania środowiska, która kształtuje się stosunkiem 4:5 jonów dodatnich do ujemnych. Bowiem nadmiar jonów ujemnych, mimo wywołania dobrego samopoczucia, działa sterylizująco na otoczenie, niszcząc mikroflorę, a tym samym pozbawia człowieka odporności na infekcję.
— Istnieje przekonanie, że podziemne promieniowanie sprzyja nowotworom. Co pan o tym sądzi?
— Obserwacji ludowych popartych wielowiekowym doświadczeniem nie należy lekceważyć. Istotnie, na drzewach rosnących w zasięgu oddziaływania podziemnych cieków obserwuje się narośla wynikające ze zwiększenia przemiany materii i rozrostu masy drzewnej. Stanowi to pewną analogię do nowotworów zwierzęcych. Mówiliśmy o objawach tego promieniowania. Wywołane jest przyspieszeniem metabolizmu. To tak, jakby organizm pracował intensywnie nawet wtedy, gdy wypoczywa. Pobudzenie i zwiększony stan elektroforezy, a więc stanu elektrostatycznego organizmu, to zjawiska towarzyszące także procesom kancerogennym. Proszę pamiętać, że mamy tu do czynienia stale z dodatkowym zastrzykiem energii, choć niekorzystnie ukierunkowanej. Ta energia może więc czynić szkody w naszym organizmie, zależnie od osobniczych właściwości.
Warto, a nawet należy sobie to uświadomić, choć nie należy sądzić, że wszyscy mieszkamy, chodzimy i przebywamy na żyłach wodnych, które wysysają z nas siły niczym mityczne wampiry. Tak nie jest. Tereny niekorzystne dla człowieka ze względu na swą budowę geologiczną nie stanowią większego obszaru, jak ok. 20%. Są przy tym świetne dla roślin.
— Czemu sprawy o których mówimy, tak długo były pomijane przez naukę, a wniosków jednoznacznych nie dawało się sprecyzować?
— Istotnie, wiele w tym obszarze nieufności. Zaciążyły tutaj obciążenia tradycji. A nauka nie mogła przystąpić wcześniej do ich rozszyfrowania, póki nie stworzyła elektromagnetycznej teorii życia, nie poznała złożoności zjawisk na poziomie submolekularnym, a więc związków zachodzących między cząstkami elementarnymi atomów, z towarzyszącymi im zjawiskami jonizacyjnymi. Musiały to wypracować oddzielnie fizyka, chemia i biologia.
Teraz wyniki badań tych dyscyplin trzeba było zjednoczyć, aby powiedzieć naukową prawdę o różdżce i różdżkarstwie. Ale to tylko mała furtka otwierająca szerokie horyzonty pasjonującym dociekaniom interdyscyplinarnym. Po prostu to co dzielono, teraz musi się złączyć, aby dać pełny obraz życia. Człowiek to ciągle jeszcze istota nieznana…
Tekst pochodzi z numeru 1695/1977 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.