Tamtego września Tamtego września
i
Chłopiec, tuląc się do ojca-żołnierza, spogląda w górę, podczas gdy ten unosi żonę, by złożyć jej bożonarodzeniowe życzenia. Ten żołnierz to jeden ze szczęśliwców, którym udało się wrócić do domu na święta, grudzień 1944 r., Amerykańskie Archiwum Narodowe, Rawpixel (domena publiczna)
Wiedza i niewiedza

Tamtego września

Z Archiwum „Przekroju”
Maksymilian Berezowski
Czyta się 19 minut

Chociaż Wolne Miasto Gdańsk jest przeważnie niemieckie i chociaż polski korytarz został wycięty z niemieckiego terytorium za życia większej części obecnego pokolenia Amerykanów – pięciu z każdych sześciu ankietowanych jest zdania, że roszczenia Hitlera są nieuzasadnione.

W ten zdumiewający sposób z niezwykłą dozą politycznego i historycznego woluntaryzmu wyraził zaskoczenie wynikami własnej ankiety dr George Gallup, dyrektor Instytutu Badania Opinii Publicznej. Jego wnioski, powołujące się na negatywny stosunek 86 proc. Amerykanów do hitlerowskich Niemiec, zostały ogłoszone 1 września 1939 roku.

Dopiero od jesieni roku poprzedniego, po Monachium i aneksji Czechosłowacji, zaszła wyraźna reorientacja nastrojów i poglądów amerykańskich. W miarę zagęszczania chmur wojennych nad Europą i rosnących apetytów Berlina, w amerykańskim społeczeństwie bardziej krystalizowała się sympatia na rzecz Anglii i Francji, a w konsekwencji również Polski, sprzymierzonej z tradycyjnymi partnerami USA.

Od teatru przyszłych działań wojennych Amerykę oddzielał Atlantyk, który wówczas stanowił przegrodę nie do przebycia, ale USA nie mogły być obojętne wobec wydarzeń europejskich. Wysokość amerykańskich inwestycji w Europie szacowano na 1,25 miliarda dolarów – kwotę podówczas zawrotną. Ponad 1/3 amerykańskiego eksportu szła do Europy, zaś stamtąd Stany Zjednoczone pobierały blisko 1/3 swego importu. Głównym kontrahentem handlowym USA w Europie była Wielka Brytania.

Niechęć do Hitlera wynikała z priorytetów związków politycznych i ekonomicznych USA z Anglią i Francją, jak również z obawy przed rezultatem ewentualnej klęski tych mocarstw – i hegemonii Niemiec w Europie — dla interesów Stanów Zjednoczonych. Hitlerowski terror budził trwogę w burżuazyjnej demokracji amerykańskiej.

Do ostatniego dnia sierpnia prasa za Oceanem pocieszała się nadzieją, że Niemcy, być może, wycofają roszczenia wobec Polski. Mimo naelektryzowanej atmosfery świąteczne tłumy oblegały nowojorską wystawę światową. W Waszyngtonie jednak nerwowo zastanawiano się, jak wydostać z Europy 100 tysięcy zamieszkałych tam lub podróżujących Amerykanów i niepokojono się, że wojna zaskoczy na pełnym morzu największe transatlantyki, bowiem sezon wakacyjny był w pełni.

Tymczasem prezydent Franklin Delano Roosevelt odbierał nadzwyczajne raporty telefoniczne od swoich ambasadorów w stolicach Europy. Władze amerykańskie na dwa dni dłużej zatrzymały w porcie nowojorskim niemiecki statek pasażerski „Bremen”, sprawdzając, czy nie przechowuje uzbrojenia w lukach i pod pokładem. Hitlerowski kapitan wściekał się: chociaż nie mógł tego nikomu powiedzieć, otrzymał rozkaz pośpiesznego powrotu.

W ciągu lata do polskich konsulatów w USA napływały ofiary Polonii dla dozbrojenia Rzeczypospolitej i zgłaszali się ochotnicy do walki w Wojsku Polskim. Lipcowe składki wyraziły się imponującą cyfrą 1 miliona dolarów.

31 sierpnia Ignacy Paderewski, który osiedlił się w Szwajcarii, udał się do Londynu i przed mikrofonami amerykańskiej sieci Columbia Broadcasting System wygłosił apel o poparcie dla Polski. 1 września z podobnym apelem do Amerykanów wystąpił ambasador RP w Waszyngtonie, hr. Jerzy Potocki.

Hitlerowski agresor spotkał się z potępieniem. „New York Times” pisał, że „jeśli kiedykolwiek jakieś państwo rozmyślnie rozpętało wojnę bez przyczyny i bez uzasadnienia, to jest nią właśnie wojna Niemiec przeciw Polsce”. Korespondencje z Warszawy informowały, że Polacy z opanowaniem przyjęli wiadomość o wybuchu wojny, że nie ulękli się Hitlerowi i są pewni pomocy od zachodnich sprzymierzeńców. Następnie depesze zameldowały – doniosła agencja Associated Press – że Polacy odpowiedzieli na atak na Westerplatte mimo trzech niemieckich ataków z ognia pokładowego z okrętu „Schleswig-Holstein”.

Storpedowanie brytyjskiego statku pasażerskiego „Athenia” przez niemiecką łódź podwodną wywołało tym większe oburzenie w Stanach Zjednoczonych, że na pokładzie znajdowało się kilkuset Amerykanów. Podczas pokazu kroniki filmowej na Broadwayu w Nowym Jorku widownia oklaskiwała króla Jerzego VI, gwizdała na widok hitlerowskiego ministra spraw zagranicznych Ribbentropa i w smutnym milczeniu oglądała relacje o polskich dzieciach kryjących się w schronie przeciwlotniczym.

Ale jednocześnie w neutralnej Ameryce działała propaganda prohitlerowska. Do niemieckich przedstawicielstw dyplomatycznych w USA napływali kandydaci do Wehrmachtu spośród Amerykanów pochodzenia niemieckiego. Fritz Kuhn, szef związku Niemców amerykańskich „Bund” i entuzjasta Hitlera, w dniu 1 września o 9 rano zamalował na mapie wiszącej w jego biurze na niemiecki kolor wszystkie polskie ziemie, które przed I wojną światową znajdowały się pod pruskim zaborem. W kilka dni później Kuhn wystąpił z apoteozą wojny na wiecu w Filadelfii.

Giełda odpowiedziała na wojnę wielkim boomem. „Ceny akcji skoczyły do góry, gdy inwestorzy orzekli, że wojna w Europie pomoże amerykańskiemu businessowi — pisała jedna z gazet. — Przy transakcjach, które objęły 5.932.150 akcji, największych od blisko dwóch lat, ceny na nowojorskiej giełdzie wzrosły od 5 do ponad 20 punktów, zaś prym wiodły akcje stali i amunicji”.

W przeddzień wojny prezydent Roosevelt zadeklarował, że nie oszczędzi żadnego wysiłku, aby zapobiec udziałowi USA w konflikcie europejskim. Kierował się on nie tylko obowiązującą ustawą o neutralności, lecz również izolacjonistycznymi tendencjami w Kongresie i ogromnej części społeczeństwa.

Powszechne sympatie były po stronie aliantów, ale nie oznaczało to bynajmniej chęci aktywnego lub tym bardziej bezpośredniego uczestniczenia w wojnie. Spośród tych Amerykanów, którzy sprzeciwiali się skrajnemu izolacjonizmowi, tylko 30 proc. uważało, że USA powinny udzielić aliantom pomocy zbrojnej — reszta wolała poprzestać na dostawach zaopatrzenia i sprzętu. Ale wszyscy oni stanowili łącznie zaledwie połowę Amerykanów. Druga połowa w ogóle odmownie odpowiadała na pytanie kwestionariusza „czy USA powinny zrewidować Ustawę o Neutralności, aby umożliwić sprzedaż materiałów wojskowych Anglii i Francji”.

Senator Cabot Lodge rozwinął akcję na rzecz całkowitej neutralności i nieuczestniczenia w wojnie europejskiej. Izolacjonizm propagowali senatorowie Walsh i Borah. Kombatanci stowarzyszeni w Legionie Amerykańskim domagali się również izolacji Stanów Zjednoczonych od wojny po drugiej stronie Atlantyku. W tym samym kierunku działali Amerykanie niemieckiego pochodzenia, chociaż z innych względów.
Stosując zasadę „bezstronności”, zarządcy hotelu „Towers” w Brooklynie zabronili swoim pracownikom wszczynania dyskusji na temat wojny nie tylko z gośćmi, lecz nawet między sobą.

W tej sytuacji prezydent Roosevelt, który osobiście uważał, że interes USA wymaga przyjścia z pomocą aliantom, musiał obrać ostrożną taktykę. Kongres podejrzewał go, że celowo przesadza w ocenie kryzysu światowego, aby wyjednać odeń zgodę udzielenia pomocy Londynowi i Paryżowi. Przeciwnicy prezydenta nadali rozgłos opinii wyższych oficerów USA, którzy stwierdzili po sierpniowych manewrach w Pensylwanii, że ani regularna armia, ani Gwardia Narodowa nie są przygotowane do prowadzenia działań wojennych. Zresztą, to była prawda.

3 września, gdy Anglia i Francja wypowiedziały Niemcom wojnę, Roosevelt w przemówieniu radiowym potwierdził neutralność Stanów Zjednoczonych. Ale wraz z tym przystąpił do tworzenia takich nastrojów, które skłoniłyby Kongres do przychylniejszej dla aliantów interpretacji izolacjonizmu. Inspirowany przez Biały Dom znany publicysta Arthur Krock zamieścił artykuł o „prawdziwej i fałszywej neutralności”.

Impet hitlerowskiej machiny wzbudził w Ameryce zdziwienie i przerażenie. Za francuską komentatorką Genevieve Tabouis amerykańska prasa powtórzyła 1 września wyssaną z palca wieść, że polska armia zużyła tylko piętnaście dywizji i dysponuje jeszcze 45 nienaruszonymi dywizjami, gotowymi do kontrofensywy. Doniesienia z frontu informowały, że duch polskich jednostek jest wyborny, brak im tylko wsparcia lotniczego. Były to ostatnie akcenty zdezorientowanego optymizmu.

Po paru dniach w USA pojawiły się oceny, że „Polska była nieprzygotowana do odparcia tak twardego uderzenia”. Odkryto też, że w ślad za Wehrmachtem posuwają się gestapo przygotowując masowe areszty i egzekucje. Meldunki agencyjne z 13 września stwierdziły, że nie ma nadziei na powstrzymanie Hitlera. 15 września korespondencje prasowe były już datowane z Zaleszczyk.

Jedno z amerykańskich pism zacytowało opinię o Polakach: — „Mogą zostać pokonani, pójść w rozsypkę, lub nawet przez jakiś czas być skuci, a jednak wkrótce strząsają z siebie jarzmo”. Potem pismo dodało: — „Polacy są waleczni aż do szaleństwa. Ale z okrutnych doświadczeń widać, że w wojnach maszyn sama odwaga nie wystarczy”.

Obie opinie były uzasadnione.

 

Tekst pochodzi z numeru 1377/1971 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej