Rozdział książki „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej (dziennikarek „Gazety Wyborczej”).
24 marca 1974 roku Wisława Szymborska wstaje bardzo wcześnie, żeby zdążyć na poranny autobus do Cieszyna. Czekają ją trzy godziny jazdy, a na miejscu chce być nie później niż o dziesiątej. Prosto z dworca autobusowego udaje się do starej fabrycznej hali, gdzie rozłożyły się Wiosenne Targi Staroci. Kartkuje stare protestanckie modlitewniki, przerzuca sterty starych kart pocztowych, zagląda do obitych pluszem albumów z pocztówkami. Nie wszystkie są na wysokim poziomie, ale czasem znajdzie się kilka na tyle świetnych, że warto dla nich kupić cały album.Wiele lat później, w 1993 roku, napisze w „Przekroju”, jak w dorosłym już życiu odkryła urok antykwariatów, pchlich targów, jarmarków staroci.
„Wspaniałe były zwłaszcza targi w Cieszynie, dokąd jeździłam w towarzystwie pewnego przemiłego zbieracza. Ponieważ była między nami żywa rywalizacja, woleliśmy nie spuszczać się z oczu”.
Nazwisko „przemiłego zbieracza” ujawnił od razu, w 1974 roku, Informator Cieszyńskiego Klubu Hobbystów: „Wisławie Szymborskiej towarzyszył pisarz
Kornel Filipowicz. Oboje zapisali się do klubu i opłacili z góry składki”.
Kiedyś pisarka Barbara Czałczyńska wraz z grupą przyjaciół podkradli Filipowiczowi trochę kartek i włożyli je między pocztówki Szymborskiej, a potem zaaranżowali wspólne oglądanie jej zbiorów.
– Z powagą wysłuchiwaliśmy – opowiada Czałczyńska – jak zaniepokojony Kornel mówi: „Ciekawe, ciekawe, Wisława, masz takie same pocztówki jak ja…”

Poetka Ewa Lipska z kolei opowiada, jak kiedyś Kornel Filipowicz pojechał na świniobicie w cieszyńskie i wrócił, szalenie dumny, z kiełbasami, pasztetami, szynkami. Zaprosił gości, a oni umówili się, że nie będą go chwalić. – Ja, Wisława, Barbara Czałczyńska powtarzałyśmy od niechcenia: „No, jadało się lepsze”. A Kornel smutniał.
– Pocztówki to jedyne zbieractwo, które można uprawiać w ciasnym mieszkaniu – uśmiecha się Szymborska.
Czy obrazki z tej kolekcji odbijają się w jej wierszach? Poetka i krytyk literacki, Małgorzata Baranowska, w eseju „Fragment cesarza od pięt po kolana” zamieszczonym w krakowskim piśmie literackim „NaGłos” analizuje wiersz Szymborskiej „Sen starego żółwia”.
Śni się żółwiowi listek sałaty,
a koło listka – sam Cesarz, znienacka,
zaistniał żywy jak przed stu iks laty.
Żółw nawet nie wie, jaka to sensacja.
Cesarz zaistniał co prawda nie cały,
w czarnych trzewikach przegląda się
słońce,
wyżej dwie łydki, zgrabne dość,
w pończochach białych.
Żółw nawet nie wie, że to wstrząsające.
(…)
Trudno osobę poznać po fragmentach:
po stopie prawej albo stopie lewej.
Żółw niezbyt wiele z dzieciństwa
pamięta
i kogo wyśnił – nie wie.
„Osobiście nie mogę wątpić w prawdziwość tej sceny – pisze Baranowska. – Ja ją po prostu znam. Co nie znaczy, że poetka musiała ją widzieć”. I tu opisuje serię dwunastu pocztówek z Napoleonem, która – gdy się ją odpowiednio ułoży – przedstawia wielki wizerunek cesarza. Ale jeśli popatrzy się na dolne pocztówki – widać sen starego żółwia: stopę lewą, stopę prawą, białe pończochy, czarne trzewiki. „Może kolekcja poetki zawiera te pocztówki? Tyle że w świecie jej wyobraźni byłby to fakt bez znaczenia. Ona zawsze wydobywa pewien fragment jak w fotograficznym zbliżeniu, jakby żywiła podejrzenie, iż całość jest z natury swej niepoznawalna”.
Małgorzata Baranowska, która swoją znajomość z Szymborską nazywa „pocztową”, bo widziały się kilka zaledwie razy, a korespondują ze sobą od lat, opowiada nam, że o jej kolekcjonerskiej pasji dowiedziała się pocztą pantoflową. W 1975 roku na Zjeździe Literatów w Poznaniu zapytała o to poetkę. Szymborska stała w sali obrad z Filipowiczem i to on z większą ochotą opowiadał o swojej kolekcji.

– Zbierał pocztówki z czasów I wojny światowej – opowiada Baranowska – a Szymborska kicz do 1914 roku. No więc on mówił, że ma pocztówkę z wymarszem Pierwszej Kadrowej z Oleandrów, a co ona miała powiedzieć? Że ma chrabąszcza, który niesie torebkę cukierków?
Ponieważ Baranowska sama ma wielki zbiór starych pocztówek, więc też z uwagą przypatrywała się zawsze, czy i jaki wpływ zbiory poetki miały na jej wiersze. Uważa, na przykład, że wiersz „Album”, choć nie jest oczywiście opisem żadnej konkretnej pocztówki, zawiera jej punkt widzenia na kicz.
Opowieść Szymborskiej dla „Przekroju” o jej pasji zbieracza jest przy okazji wystąpieniem w obronie kiczu. Mówi tam, że ma serce do kiczu, co wcale nie wyklucza podziwu dla sztuki przez duże S: „Można mieć dobry i zły gust równocześnie, rzecz tylko w tym, żeby wiedzieć który w jakiej sytuacji uruchomić”. Pocztówkę, która zapoczątkowała całą jej kolekcję, znalazła w korespondencji rodziców. Wśród widokówek z Torunia i uzdrowiska Truskawiec wypatrzyła zabawny kolaż: aeroplan bez pilota, trzy dziwożony na skrzydłach i różowoniebieskie obłoki. Wkrótce miała ich więcej. „Każda z nich była kiczem, ale kiczem z jakimś wybrykiem wyobraźni. Coś z czymś musiało się zderzać: naiwność z pretensjonalnością, rzewność z idiotyzmem. Prawdopodobnie takie właśnie pocztówki dostawała Stefcia Rudecka od koleżanek z pensji”.
Szymborska należy do osób, które widzą pewien wdzięk w „Trędowatej”. Właśnie poprzez tę książkę poznała w latach 60 Teresę Walas, dziś serdeczną przyjaciółkę. Zainteresowała ją osoba, która napisała uczony wstęp do romansu Stefci i ordynata, tekst, jak mówi Szymborska, „finezyjny, delikatny i dowcipny, bez taniego naśmiewania się”.
„Z kiczem jak z tygrysem – pisała w „Lekturach nadobowiązkowych”. – Póki żyw, przepędza się go bezlitośnie. Kiedy już martw, jego wyprawiona skóra staje się ozdobą salonu, wszyscy cmokają, jaki wspaniały tygrys, i głaszczą go po głowie. Na tej zasadzie wydano niedawno „Trędowatą”, która natychmiast została rozkupiona przez miłośników Joyce’a. Kicz im gorszy, tym lepszy, to znaczy zabawniejszy”.
Z dzieciństwa zapamiętała poetka książkę o mężu, który pochował żonę, a ta wydostała się z trumny i wróciła do domu, gdzie odbywała się stypa. Na tym opowieść się urywała. „Co było dalej, nigdy się nie dowiedziałam. Oprócz niezaspokojonej ciekawości pozostał mi na zawsze gust do tego rodzaju lektur. Podbudowany później przekonaniem, że między arcydziełem a kiczem istnieje mocny związek, dla obu stron zresztą życiodajny. Epoka, w której zlikwidowano by kicz, byłaby epoką bez szans na arcydzieła”.

Pod wpływem tego samego najpewniej wspomnienia ciepło odpowiadała w „Poczcie literackiej”, którą prowadziła anonimowo w „Życiu Literackim”: „Kochany Czesiu, strasznie byliśmy ciekawi, kto zabił, i aż do końca trzymałeś nas w napięciu. No i raptem sam nieboszczyk wstaje z trumny i wskazuje mordercę. To rozumiemy, to jest zaskoczenie. Cokolwiek nam przyślesz, będziemy czytali z żywą przyjemnością”.
Szymborska ogląda teleturnieje i seriale telewizyjne. „Columbo” na przykład uwielbia dlatego, że są tam „takie cudowne rodzinne morderstwa”. Ewa Lipska pamięta, że kiedyś odwiedziła ją Szymborska z Filipowiczem – w rozpaczy, że ich życie już nie ma sensu, bo skończyła się „Isaura”.
– Tę straszliwą „Dynastię” moja żona czasami oglądała chyłkiem w domu, bardzo się wstydząc – wspomina jej przyjaciel Jerzy Korczak – dopóki nie pojechaliśmy do „Astorii”, gdzie Wisława oglądała to bez cienia wstydu.

Szymborska w operach mydlanych lubi odnajdywać wątki z greckiej mitologii. Bawi ją to, w jaki sposób scenarzyści przeczesują grecką mitologię w poszukiwaniu tematów do wykorzystania.
– Antygona, Edyp, rozdzielone rodzeństwo, wątki kazirodcze – wszystko to można odnaleźć w „Dynastii”, oni to tylko podrasowują, ubierają aktorki w krótkie spódniczki. To tajemne życie greckiej mitologii jest naprawdę śmieszne.
Szymborska zbiera nie tylko stare pocztówki, gromadzi też śmieszne, kuriozalne przedmioty. Nam zademonstrowała prosię-pozytywkę z korbką w postaci świńskiego ogonka oraz drewniany wachlarz z ręcznie malowanymi portretami generałów armii cesarza Franciszka Józefa.

Na półce straszy różowa blaszana popielniczka w kształcie kotła z kominem, ale obok stoi też dość zwyczajnie wyglądające gliniane naczynko.
– To najstarszy wytwór rąk ludzkich, jaki posiadam. Pochodzi mniej więcej z czasów Platona, czyli czasów kultury łużyckiej, i pewnie służył jako urna na prochy po zmarłym. Starsze są tylko moje kamienie, które mają po kilka milionów lat.
Poetka Urszula Kozioł opowiada, że w stanie wojennym jeździła razem z Szymborską z Filipowiczem na wakacje.
– Wisława zaprzyjaźniła się w czasie tych wyjazdów z geologiem. Lubiła wykopaliska archeologiczne, kamienie. Uważała, że w tym odciska się cywilizacja. Zresztą cała jej poezja jest tym wypełniona.
Jej znajomi pamiętają nogę damską z marcepanu, składaną popielniczkę w kształcie orła, poduszkę, jaką w Hiszpanii dostają nowożeńcy…
– Najczęściej są to rzeczy przypadkowe, które dostałam w prezencie. Ja nic porządnego nigdy nie dostaję, bo tylko ktoś, kto mnie nie zna, może mi przysłać elegancką widokówkę z błękitnym niebem.
Osobną pasją Szymborskiej jest produkcja własna pocztówek-kolaży. Dawniej wiedzieli o nich wyłącznie adresaci, którym je wysyłała oraz grono czytelników „NaGłosu”, gdzie poddała je naukowej analizie Małgorzata Baranowska. Po Noblu przyjaciele pokazywali je w telewizji, publikowali w prasie, eksponowali na miniwystawach. W Belgradzie zaprezentowano sfotografowane i powiększone kolaże adresowane do nieżyjącego już Petra Vujicicia i Biserki Rajčić, którzy tłumaczyli Szymborską na serbo-chorwacki.
„Pracowicie wycina ze starych gazet, magazynów, pocztówek, reklam różne dziwne obrazki, a także litery, i montuje z nich nieoczekiwane, często groteskowe kolaże z zabawnymi podpisami – pisała Bogusława Latawiec w «Arkuszu». – To jeszcze jedna metoda podglądania życia, tworzenia nowych światów”.
Szymborska opowiadała jej, jak robi kolaże. Podobnie jak w poezji, ważna jest technika. Kartoniki powinny być fachowo przycięte, nie nożyczkami albo żyletką. Trzeba używać dobrego kleju. Kiedyś najlepszy, jaki był na rynku, to klej radziecki, w tubce.
Jako poetka więcej niż skromna – w tym wypadku lubi się pochwalić.
– Kiedy wyklejam pocztówki, czuję się „artystką”. To wcale nie jest takie łatwe. Adam Ważyk przysłał mi kiedyś w odpowiedzi swoją wyklejankę, ale się marszczyła i wybrzuszała.
Żeby mieć z czego wycinać kolaże, zbiera stare roczniki czasopism, findesieclowe żurnale, katalogi.
– Jej kolaże są jak wiersze, jak małe poemaciki – mówi wieloletnia redaktorka PIW i „Czytelnika”, Irena Szymańska. – Kiedy chce do kogoś ze swoich przyjaciół wysłać kartkę, szuka w swoim skarbczyku staroci, z czego by tu zrobić kolaż. To ujmujące, że nie żal jej niszczyć na te kartki swojej kolekcji.
– Zdarza się, że tnąc niektóre stare pisma, mam wyrzuty sumienia – wyznaje Szymborska. – Myślę sobie: a może to jedyny egzemplarz, jaki przetrwał?
Ostatnio dużo napisów wycinam z tytułów w „Gazecie Wyborczej”. Przygtowuję wyklejanki co kilka miesięcy taśmowo, po kilkadziesiąt, nie muszę opisywać, jak wtedy wygląda mieszkanie, a potem wysyłam dobierając do określonego człowieka i jego poczucia humoru. Te karteczki są efektem lenistwa i cenzury. Zaczęłam wysyłać je w drugiej połowie lat 60. To był czas, kiedy korespondencja między ludźmi zaczęła zamierać, bo przesyłki przychodziły otwierane, więc pisało się tak, by treści było jak najmniej, zwłaszcza informacji, które mogłyby trafić do kartotek, a adresat mógł się cieszyć z samego faktu dostania listu. Od czasu mojego wystąpienia z partii (w 1966 r.) prawie każdy list, który dostawałam, był dziwnie wilgotny w miejscu zaklejenia. Więc jakimś rozwiązaniem było wysyłanie kolażyków.

Przyjaciele Szymborskiej wciągnęli się i w to jej hobby, i poza najróżniejszymi dziwnościami, bibelotami, pocztówkami przywozili jej ze świata materiały do wyklejanek. Na przykład Wanda Klominkowa dostarczała ze Szwecji stosowne kartoniki. Ziemowit Fedecki, tłumacz, redaktor „Twórczości”, pamięta, że przywiózł kiedyś z Pragi perfumowane karteczki na miłosne bileciki sprzed I wojny, strzyżone w papierowe koronki i pakowane w małe kopertki.
– Po sześćdziesięciu latach zachowały swój zapach! Co prawda, perfumy były kiepskie, bo to był typ liścików, które strażak wysyłał do służącej.
Pewnego razu Fedecki dostał od znajomego poety kupioną w antykwariacie we Wrocławiu pocztówkę przedstawiającą pokój Hitlera w Bertesgaden, w Orlim Gnieździe: makatki na ścianie, klatka z kanarkiem, krzesło wyściełane poduszeczką, wnętrze jak przystało na porządnego niemieckiego drobnomieszczanina.

– Podarowałem tę pocztówkę Szymborskiej, sam sobie od serca ją odrywając – opowiada. – Przysłała mi kolażyk z podziękowaniem. I dodała, że zawsze było jej żal biednych, bezwolnych krzeseł, które muszą służyć każdemu tylkowi, jaki na nie siądzie.
Sam Führer trafił na karty jej poezji też za pośrednictwem albumu wydanego jeszcze w czasach hitlerowskich, gdzie było całe jego życie w fotografii. Uwieczniono go tam w postaci aniołkowatego bobasa, o czym przeczytać możemy w wierszu „Pierwsza fotografia Hitlera”.
A któż to jest ten dzidziuś w kaftaniku?
Toż to mały Adolfek, syn państwa Hitlerów!
Może wyrośnie na doktora praw?
Albo będzie tenorem w operze wiedeńskiej?
Czyja to rączka, czyja, uszko, oczko, nosek?
Czyj brzuszek pełen mleka, nie wiadomo jeszcze:
drukarza, konsyliarza, kupca, księdza?
Dokąd te śmieszne nóżki zawędrują, dokąd?
Wobec kolekcjonerskiego szaleństwa Szymborskiej nie pozostał obojętny nawet Czesław Miłosz: „Od kilku lat wysyłam Wisławie drobne kuriosa, na przykład owady z plastiku, fotografie zwierzątek, ale nie wiem, czy służą jej do kolaży”.

Tylko pisarz Jerzy Pilch prosi: – Nie róbcie z niej zasłużonej wycinankarki i limeryczki. Lubi kiczowate przedmioty, więc wszyscy jej znoszą jakieś paskudztwa. A może ona ma już tego dość? Lubi wycinać, to wszyscy przysyłają jej stare żurnale. A może już ma ich dosyć? Ja nie jestem pewien, czy ona jest zadowolona z tej całej makulatury dostarczanej przez życzliwych. To sposób na rozwodnienie jej wierszy, które są za trudne.
Innym naszym rozmówcą, który nie do końca poddał się urokowi wyklejanych przez poetkę kolaży, jest Andrzej Wajda. Opowiada, jak zachwycił się jej posłowiem do „Dziejów Tristana i Izoldy” wydanych w Wydawnictwie Literackim, gdzie Szymborska pisała: „Tristan i Izolda są w miłości równi sobie. Kobieta nie jest podległa mężczyźnie. Nikt w tym związku nie ma nad drugim przewagi. Oboje pożądają się z jednakową namiętnością, oboje tęsknią za sobą z jednakową mocą. Oboje są jednakowo sprytni, pomysłowi i wytrwali w dążeniu do miłosnego uścisku. Wygląda na to, że nie tylko wypili czarodziejski napój, ale uczynili to równo wyliczonymi łykami”.
Po przeczytaniu tego Wajda napisał do Szymborskiej list. Że myśli o nowym filmie, ostatnim w swoim życiu – epopei na kształt „Przeminęło z wiatrem”, zaczynającej się w 1939, a kończącej w 1945 roku, że brakuje mu tylko historii miłosnej, na którą ten materiał byłby nanizany. Może właśnie Tristan i Izolda się do tego nadają?
– Poprosiłem ją o radę, bo sama doświadczyła, jak epoka odpłynęła i zna literaturę tak, jak ją znają poeci, z tą wyobraźnią, która może ożywić wszystko jeszcze raz. Dostałem odpowiedź, jakby na blankiecie starej firmy kanalizacyjnej. Były tam jakieś rury, a na odwrocie opowieść, skąd ten blankiet. No i że jak się spotkamy, to porozmawiamy.

Poetka zaprzestała produkcji kolaży tylko na chwilę, w oszołomieniu ponoblowskim z braku czasu, ale już robi je znowu.
– Bardzo, bardzo chciałam zrobić Wisławie jakiś prezent – opowiada Małgorzata Musierowicz, pisarka mieszkająca w Poznaniu. – I nagle, co za szczęście! Wchodzę do sklepu z albumami, znajduje prawdziwy rarytas: „Katalog Domu Sprzedaży Wysyłkowej w Bostonie z roku 1891”. Na, myślę sobie, to ją musi uszczęśliwić. Siadam i piszę list: „Droga Wisławo, wiem, że teraz każdy ma dla Ciebie mnóstwo rad, co zrobić z milionem dolarów. Moja propozycja jest taka: przepuść to wszystko na ciuchy. Załączam stosowny katalog. Polecam Twojej uwadze zwłaszcza duży wybór szelek i kołnierzyków celuloidowych”.

Rozdział książki „Pamiątkowe rupiecie, przyjaciele i sny Wisławy Szymborskiej” Anny Bikont i Joanny Szczęsnej (dziennikarek „Gazety Wyborczej”).
Kolekcję bibelotów i kolaży Szymborskiej fotografował Mikołaj Grynberg.
Tekst pochodzi z numeru 2707/1997 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.