Przemyślenia

Jak dobrze wypaść na Facebooku

Miłada Jędrysik
Czyta się 5 minut

W listach pytacie, jak dobrze wypaść na Facebooku. Odpowiedź brzmi: nie da się dobrze wypaść na Facebooku. Tam wszystko widać. Wszystko. Media społecznościowe to wizytówka, na której każdy zostawia psychologiczny odcisk palca.

Mówią, że konstruujemy sobie tam jakąś personę, że cały czas gramy. E tam. Wszystko podane jak na talerzu. Wiadomo, kto pił, kto jedzie na emocjach, kto jest bufonem czy narcyzem, egoistką czy drama queen.

Psycholog Michał Kosiński i analityk David Stillwell opracowali algorytm pozwalający na określenie profilu psychologicznego użytkowników Facebooka – ten sam, na bazie którego firma Oxford Analytica stworzyła profile wyborców podczas ostatniej kampanii prezydenckiej w Stanach Zjednoczonych. Podobno jest w tym lepszy od znajomych. Nie zmienia to jednak faktu, że i my możemy dowiedzieć się bardzo wiele o tych, których znamy słabo lub tylko przez sieć. A nawet bliscy znajomi potrafią nas zaskoczyć. Osoby na publicznym świeczniku nie wypadają zaś lepiej od całej internetowej reszty.

Widać więc tam Pisarzy, których trapi przerost ego i poczucie wyższości. Publicystów, którzy wszystko wiedzą lepiej. Aktywistki, które widzą świat tylko w dwóch barwach. Osoby płci obojga, którym kiepski układ genów oszczędził umiejętności poprawnego wnioskowania. Polityków, którzy – lepiej nie mówić.

Widać to tak dobrze, że pewna obserwatorka tak skomentowała dyskusję pewnych luminarzy kultury: „Powiem Wam, ze odkąd pojawił sie fb i tego typu dyskusje, straciłam szacunek do środowiska literackiego. Naprawdę lepiej by było, gdybyście napisali o tym polemiczne teksty. Każdy z was ma rację, ale poetyka tych dyskusji sprawia, ze potem nie wierzę wam jako autorom” [pisownia oryginalna – przyp. M.J.].

Mimo że w listach pytacie, spuśćmy zasłonę miłosierdzia na tę i inne podobne wymiany zdań, bo wcale nie jesteśmy lepsi. Frapujące jest tylko to, że wirtualnymi krzesłami po głowach walą w nich te same osoby, które bardzo starają się o kształt swojej publicznej persony podczas spotkań autorskich, kiedy to ważą każde słowo, albo w wywiadach, które skrupulatnie autoryzują.

To nie do końca nasza wina, że na Facebooku zamieniamy się z Jekyllów w Hyde'ów. Badacze z uniwersytetów w Berkeley i Chicago zauważyli, że o wiele ostrzej reagujemy na słowo pisane niż na te same oświadczenia, kiedy są wygłaszane lub oglądane. Jak mawiali starożytni, verba volant, scripta manent – słowa ulatują, pisma pozostają. Amerykańscy naukowcy tym właśnie tłumaczą intensywność naszych kłótni w mediach społecznościowych: najpierw jest niedowierzanie i złość na widok prowokującego wpisu znajomego albo zaskakująco niefajnego wpisu znajomego, którego byśmy nigdy, przenigdy o COŚ TAKIEGO nie podejrzewali. Serce wali, uderzenie gorąca sięga uszu. Potem odpisuje się coś równie prowokacyjnego albo tylko złośliwego. Więc on albo ona uderza jeszcze mocniej. A tobie puszczają hamulce. Potem zostaje tylko – w ramach katharsis – obwieszczenie pozostałym przy życiu znajomym, że właśnie usunęło się, a dla większej symbolicznej wagi kary również zablokowało – uporczywego trolla albo ulubionego kolegę z dawnych lat, z którym niestety nie jest się w stanie dyskutować, ponieważ prawactwo (bądź lewactwo) padło mu na mózg. Przy dzisiejszej polaryzacji sceny politycznej, która jest współwinna podziałom wśród nas, nietrudno o taką social media dramę.

W listach pytacie, czy jest choć promyczek nadziei. Nikt przecież nie chce żyć z łatką narcyza, mściwego choleryka, internetowego pieniacza. Zapewne głęboki oddech i policzenie do dziesięciu coś tu może pomóc. Najlepszym rozwiązaniem wydają się zaś stare dobre maniery. Naprawdę. Dzięki nim nikt się nie dowie, jakie wredne myśli szaleją nam w głowach. Dobre maniery eliminują agresję, pozwalają uniknąć ataków ad personam, oszczędzają drugiej stronie zbyt dużych dysonansów poznawczych. Bo ani ateista nie przekona wierzącego, że Bóg nie istnieje, ani wierzący ateistę, że jest wręcz przeciwnie. Nie jest też skuteczne wykrzyczenie w twarz adwersarzom swoich racji – nawet jeśli to dotyczy przemocy w związku albo molestowania seksualnego i krzyczeć każe jak najbardziej zasługująca na empatię trauma. Pomoże na traumę, nie pomoże dyskusji, bo przed każdą empatią też maszerują emocje, a nie każdy, któremu krzyczy się w twarz, umie je poskromić.

Może brytyjskie rozmowy o pogodzie, które miały wyeliminować konflikty i napięcia w towarzyskich rozmowach, wcale nie są takie trywialne i głupie. I może trzeba było Internetu, żeby dojść do takiego wniosku.

PS Opisana recepta nie ma zastosowania do przypadków granicznych, tj. treść zawsze jednak dominuje nad formą. Jeśli w sposób bardzo kulturalny komunikujesz rzeczy, które są nie do zaakceptowania – nie wywiniesz się. Najlepszym tego przykładem jest pewien znany krytyk filmowy o (ostatnio) prawicowych poglądach, który w niesłychanie grzeczny sposób polemizuje z adwersarzami, powtarzając jednak pod pozorem cywilizowanej rozmowy bzdury i insynuacje.

PS 2 Jeśli mielibyście ochotę w listach zapytać, dlaczego tak się wymądrzam na temat przewin innych, to odpowiedź jest bardzo prosta. Oczywiście nie potrafię zauważyć własnych wad. Stare przysłowie o drzazdze w oku bliźniego zyskało naukową podbudowę w pracach wielu psychologów, żeby wymienić tylko Daniela Kahnemana, nad tzw. błędami poznawczymi. Wyolbrzymiamy przewiny innych, zwłaszcza tych, których nie lubimy, a minimalizujemy swoje i tych, z którymi się utożsamiamy, czy będzie to członek rodziny, czy też grupy etnicznej.

PS 3 Typy charakterologiczne wymienione w tekście są typami fikcyjnymi, złożonymi z powszechnie występujących cech, i nie noszą żadnego podobieństwa z prawdziwymi użytkownikami mediów społecznościowych.

 

Czytaj również:

Wiedza i niewiedza

Obcy – ósmy pasażer autobusu

Miłada Jędrysik

Do mojego autobusu ostatnio wsiada wielu Obcych. Młodzi i śniadzi, których potem zobaczę na mieście, jak lawirują rowerem pomiędzy autami z czyimś obiadem na plecach jako kurierzy gastronomicznej gałęzi Ubera. Starsza pani w hidżabie i plastikowej sukni do kostek, nawet w największe upały. Romska rodzina produkująca o wiele więcej dżuli i decybeli niż przeciętna rodzina swojska. Z fotela obok słychać rosyjski – trwa rozmowa o pracy i o zapłacie. W głębi ukraińska pani sprzątaczka przyjmuje kolejne zlecenie.

Jeszcze niedawno tak nie było. W autobusie byli tylko Sami Swoi. Ponieważ byli Swoi, to wiadomo było, jak do nich, czyli nas, zagadać, wiadomo było też, jak się zagadani zachowają, czyli zachowamy. Nawet jak odpyskują albo miejsca nie ustąpią, czyli nie ustąpimy, to po swojsku. A teraz nie wiadomo. Może pani w hidżabie pod suknią do kostek ma pas szahida, Rosjanin z Ukrainką zabiorą nam pracę, bo przecież ich dziadkowie i babcie dzielili czas na rozstrzeliwanie w Katyniu i podrzynanie gardeł na Wołyniu. A młodzi i śniadzi zaleją autobusy ulice domy biura uczelnie, biura uczelnie zwłaszcza, bo wiadomo, że Azjaci są pracowici i zdolni. 

Czytaj dalej