„Lalka” na scenie (część 1) „Lalka” na scenie (część 1)
i
ilustracja: Jerzy Skarżyński, archiwum
Opowieści

„Lalka” na scenie (część 1)

Dramat Prusa w adaptacji Zygmunta Leśnodorskiego wprost z Archiwum „Przekroju”
Bolesław Prus, Zygmunt Leśnodorski
Czyta się 16 minut

Bolesław Prus „Lalka” przerobiona na scenę przez Zygmunta Leśnodorskiego.

W SALONIE U ŁĘCKICH

(Na kanapie siedzi hrabina Karolowa, przy niej na szezlongu Izabela).

HRABINA: Tak, droga Belciu, musisz przyznać, żeś popełniła kilka błędów nie do darowania. Nie mówię o Wiktorze Emanuelu, bo tamto był przelotny kaprys króla…

IZABELA: Och, ciociu!

HRABINA: …trochę liberalnego i zresztą bardzo zadłużonego. Na takie stosunki trzeba mieć więcej… nie powiem: taktu, ale – doświadczenia. Ale wypuścić czy – jeśli chcesz – odrzucić hrabiego Saint-Auguste, to już daruj!… Człowiek młody, majętny i jeszcze z taką karierą!… Teraz właśnie przewodniczy jednej deputacji do Ojca Świętego i zapewne dostanie specjalne błogosławieństwo dla całej rodziny, no a hrabia Chambord nazywa go „cher cousin”…

IZABELA: Myślę, że martwić się tym już za późno.

HRABINA: Alboż ja chcę cię martwić, biedne dziecko! I bez tego czekają cię ciosy, które ukoić może tylko głęboka wiara. Zapewne wiesz, że ojciec stracił wszystko, nawet resztę twojego posagu?

IZABELA: Cóż ja na to poradzę?

HRABINA: A jednak ty tylko możesz radzić i powinnaś. Marszałek nie jest wprawdzie Adonisem…

IZABELA: Ach, ciociu…

HRABINA: Tylko bez egzaltacji, Belciu. Nie masz lat szesnastu i na życie musisz patrzeć serio. Nie można przecież dla jakiejś idiosynkrazji poświęcać bytu ojca…

IZABELA: Ależ, ciociu, Marszałek jest obrzydliwy…

HRABINA: Nie upieram się przy Marszałku, więc Baron…

IZABELA: Baron jeszcze starszy, farbuje się, różuje…

HRABINA: Położenie pięknej kobiety mającej starego męża nie należy do najgorszych… (wstaje z kanapy) Zresztą nie nalegam, nie jestem swatką.

IZABELA: Mamy przecież kamienicę…

HRABINA: Którą zlicytują po świętym Janie…

IZABELA: Zlicytują? Dlaczego?

HRABINA: Drogie dziecko, że też właśnie ja muszę tak ranić ci serce… Słuchaj więc, ojciec ma jeszcze długi wekslowe, jakieś parę tysięcy rubli. Otóż te długi… uważasz… te długi ktoś kupił… kilka dni temu, w końcu marca…

IZABELA: Cóż za nikczemność! Któż to może być? Ale mniejsza o to. Na zapłacenie paru tysięcy znajdę pokrycie.

HRABINA: Ty? Skąd?

IZABELA: (rozgorączkowana) Sprzedaję mój serwis i srebra. Przyznam się cioci, że pani Melitton znalazła już na nie nabywcę. Mam dostać parę tysięcy.

HRABINA: (chwila namysłu) Lękam się jednak, by te piękne pamiątki nie przeszły w niewłaściwe ręce, więc… (zatrzymuje się)

IZABELA: Więc co?

HRABINA: Słuchaj, Belciu, proponuję ci trzy tysiące pożyczki na zastaw twojego serwisu i srebra. Sądzę, że dziś wygodniej będzie im u mnie… Odebrać je będziesz mogła, kiedy zechcesz, a w razie mojej śmierci, nawet bez zwracania pożyczki…

IZABELA: Nie wiem, co odpowiedzieć.

HRABINA: Nie nalegam, zastanów się. Ależ już na mnie czas. Bądź zdrowa, moje dziecię, adieu…

IZABELA: Do widzenia, ciociu…

(Konwencjonalne pożegnanie, Izabela odprowadza hrabinę do drzwi środkowych, hrabina zatrzymuje się i odwraca).

HRABINA: Wyobraź sobie – zapomniałam ci powiedzieć, że moją ochronkę spotkało wielkie szczęście. Byłam wczoraj w sklepie tego sławnego Wokulskiego i przymówiłam się o datek dla sierot. I wyobraź sobie, ile dał? Tysiąc rubli! I jeszcze powiedział, że na moje ręce nie śmiałby złożyć mniejszej sumy. Kilku takich Wokulskich, a czuję, że na starość zostałabym demokratką… adieu, drogie dziecko.

(Wychodzi. Izabela, wracając, spotyka się z ojcem, który tymczasem zapukawszy do drzwi, wszedł z lewej strony. Pan Łęcki wygląda bardzo wytwornie: żakiet, spodnie jakby wprost od krawca – w chwili wejścia z upodobaniem rzuca spojrzenie do lustra, poprawia krawat).

IZABELA: Ach, papo! Cóż za upokorzenie!

ŁĘCKI: Cóż się stało, moja córko?

IZABELA: Ciotka Karolowa proponuje za zastaw sreber trzy tysiące, gdy ktoś tam obcy daje pięć. Jak ona nas traktuje…

ŁĘCKI: Uspokójże się, Belciu… Ja zbliżyłem się do mieszczaństwa. Zyskałem u tych ludzi powagę, która zaczyna trwożyć nasze sfery. Myśleli, że zejdę na drugi plan, a widzą, że mogę się wysunąć na pierwszy.

IZABELA: Ty, papo?

ŁĘCKI: Ja. Dotychczas milczałem, nie mając odpowiednich wykonawców. Dziś znalazłem takiego, który zrozumiał moje idee i zacznę działać!

IZABELA: Któż to jest?

ŁĘCKI: Niejaki Wokulski, kupiec, żelazny człowiek. Przy jego pomocy zorganizuję nasze mieszczaństwo, stworzę towarzystwo do handlu ze Wschodem, tym sposobem dźwignę przemysł!

IZABELA: Ty, papo?

ŁĘCKI: I wówczas zobaczymy, kto wysunie się naprzód przy wyborach do rady miejskiej.

IZABELA: Czy ten człowiek, o którym mówisz, papo, nie jest jakim aferzystą, awanturnikiem?

ŁĘCKI: Nie znasz go więc? On jest jednym z naszych dostawców.

IZABELA: Sklep znam, ładny. Ach, zdaje mi się, że kilka dni temu poznałam i właściciela. Wygląda na gbura.

ŁĘCKI: Wokulski gbur? Jest on wprawdzie trochę sztywny, ale bardzo grzeczny.

IZABELA: Niemiły człowiek. Ach, jak on spojrzał na mnie. A… nieciekawego znalazł ojciec wspólnika.

(Wchodzi Florentyna).

ŁĘCKI: Szalonej energii człowiek, żelazny człowiek. Oni są tacy. Poznasz ich, bo myślę urządzić w domu parę zebrań…

IZABELA: Papa chce tych panów przyjmować?

ŁĘCKI: Wszyscy oryginalni, ale ten oryginalniejszy od innych. Śmieję się z Belci, Floro… wyobraź sobie, że Wokulski zrobił na niej wrażenie gbura. Czy ty go znasz?

FLORENTYNA: Któż by dziś nie znał Wokulskiego!

IZABELA: Zaczynam wierzyć, że papa zrobił dobry wybór, przyjmując go na wspólnika. Chociaż…

ŁĘCKI: Chociaż?…

IZABELA: Co powie świat na tę spółkę?

ŁĘCKI: Kto ma siłę w rękach, ma świat u nóg.

FLORENTYNA: Musi to jednakże być genialny człowiek…

ŁĘCKI: Wokulski?… no, nie. Jest to człowiek stalowej energii, ale co się tyczy daru kombinowania, nie powiem, żeby go posiadał w wysokim stopniu.

FLORENTYNA: Zdaje się, że składa tego dowody.

ŁĘCKI: Wszystko to są dowody tylko energii… Dar kombinacji, genialny umysł, poznaje się w innych rzeczach, choćby… w grze. Ja z nim dosyć często grywam w pikietę, gdzie trzeba kombinować. Rezultat jest taki, że przegrałem osiem do dziesięciu rubli, a wygrałem około siedemdziesięciu, chociaż nie mam pretensji do geniusza…

(Izabela z cichym okrzykiem chwyta się za głowę i siada na szezlongu).

ŁĘCKI: Co ci jest, Belu?

IZABELA: Nic. Migrena. Od godziny czułam, że ją będę mieć… To nic, papo.

ŁĘCKI: Nagła migrena powinna by przejść zaraz. Zostań z nią, Florciu. Ja na chwilę wyjdę do miasta, bo muszę zobaczyć się z Księciem, ale wcześnie wrócę.

(Wychodzi drzwiami w głębi).

IZABELA: Florciu! Co za straszne położenie. Czy ty rozumiesz? Od miesiąca zadłużamy się u naszego lokaja, a ojciec na swoje drobne wydatki wygrywa pieniądze w karty… (zrywa się i chodzi po pokoju) Wygrać można. Panowie wygrywają tysiące, ale nie na drobne potrzeby i przecież nie od kupców. Widziałam, że ma od pewnego czasu trochę drobnych, ale myślałam, że pożycza na mieście… Od roku straciliśmy stanowisko w świecie. Dziś jesteśmy zrujnowani. Nie zaprzeczaj. Otóż w takiej chwili przychodzi ten… kupiec, nabywa nasze weksle, nasz serwis, opętuje mojego ojca, ciotkę, ciebie, ze wszystkich stron otacza mnie sieciami, jak myśliwy zwierzynę. To już nie smutny konkurent, którego można odrzucić, to zdobywca! On nie wzdycha, ale chce mnie porwać gwałtem, jeżeli nie zmusić, ażebym mu się sama oddała… Czy rozumiesz tę wyrafinowaną nikczemność?

FLORENTYNA: Mówisz na podstawie czytanych romansów?

IZABELA: Mówię na podstawie przeczuć, które ostrzegają, że ten człowiek po to jeździł na wojnę, ażeby mnie zdobyć. I ledwie wrócił, już mnie ze wszystkich stron osacza. Ale niech się strzeże! Chce mnie kupić? Dobrze, niech kupuje!… przekona się, że jestem bardzo droga. Chce mnie złapać w sieci? Dobrze, ale ja mu się wymknę, chociażby w objęcia Marszałka, O Boże! Jak głęboka jest przepaść, w którą spadamy. Z salonów Kwirynału do sklepu… To już nawet nie upadek, to hańba…

K u r t y n a

 

W POKOIKU ZA SKLEPEM WOKULSKIEGO

 (Na scenie Rzecki. Pukanie. Z nonszalancją wchodzi drzwiami w głębi – Mraczewski).MRACZEWSKI: Panie Ignacy, to ja!

RZECKI: Hę? A, pan Mraczewski. No… co słychać? Kiedyż pan przyjechał?

MRACZEWSKI: A to cała historia. Przyjechaliśmy z Moskwy dziś – z tym kupcem Suzinem o jedenastej. Od pierwszej do trzeciej byliśmy z nim u Wokulskiego…

RZECKI: Byliśmy? Fiu, fiu! To z pana ważna figura.

MRACZEWSKI: Pewnie, że nie to, co u was w sklepie.

RZECKI: No, a co słychać? Co z polityki?

MRACZEWSKI: Nic nowego. Kongres w Berlinie robi swoje, Austriacy wezmą Bośnię.

RZECKI: No… no… żarty, żarty… A o małym Napoleonku co słychać?

MRACZEWSKI: Uczy się w Anglii w szkole wojskowej i podobno kocha się w jakiejś aktorce.

RZECKI: Zaraz się kocha… Ważniejsze ma sprawy na głowie. Polityka! Wiesz! (tajemniczo) Boję się trochę o Stasia, to znaczy o pana Wokulskiego.

MRACZEWSKI: Czegóż to?

RZECKI: Trwożą mnie jego nowe znajomości. W początkach maja, pamiętam tę datę, bo w tym czasie właśnie Matejko skończył malować Bitwę Grunwaldzką…

MRACZEWSKI: Bitwę Grunwaldzką, powiadasz pan?

RZECKI: Duży to obraz i okazały. Tylko nie trzeba go pokazywać żołnierzom, co brali udział w bitwach. Otóż z początkiem maja, słuchaj, wchodzi do sklepu jakiś bardzo niewyraźny jegomość, ma rude faworyty, oczy paskudne, kładzie na kantorku swój bilet wizytowy i mówi połamanym językiem: „Proszę powiedzieć pan Wokulski, ja będę dziś siódma…”.

MRACZEWSKI: I co dalej?

RZECKI: Nic. Poszedł. A ja patrzę na bilet i czytam: „William Collins, nauczyciel języka angielskiego”. Cóż za farsa! Przecież chyba Wokulski nie będzie się uczył po angielsku.

MRACZEWSKI: No, chyba! Po cóż mu to?

RZECKI: Wszystko jednak zrozumiałem, gdy na drugi dzień przyszły telegramy o zamachu Hödla na cesarza Wilhelma w Berlinie.

MRACZEWSKI: No, no…

RZECKI: A potem ta inna znajomość, pani Melitton. Trajkocze jak młyn, a czujesz, mówi tylko to, co chce powiedzieć. Wpada raz w końcu maja, każe sobie przysłać piękną neseserkę i zostawia wiadomość dla Stasia, to znaczy dla pana Wokulskiego, żeby na drugi dzień o pierwszej był w Łazienkach.

MRACZEWSKI: A pan co?

RZECKI: Oburzyłem się na jej zuchwalstwo i pytam: „W których Łazienkach, przepraszam?”.

MRACZEWSKI: A ona?

RZECKI: Mówi mi tak: „Jesteś pan błazen, wiadomo, w Królewskich”.

MRACZEWSKI: A Wokulski co?

RZECKI: No nic, posłał jej neseserkę i pojechał do Łazienek i wróciwszy, powiedział mi, że… w Berlinie zbierze się Kongres dla zakończenia wojny wschodniej. I kongres jest!

MRACZEWSKI: Więc pan sądzisz?…

RZECKI: Że Staś Wokulski ma jakieś konszachty z nihilistami. Polityka.

MRACZEWSKI: A ja panu powiem, że on jest wariat.

RZECKI: Kto wariat?

MRACZEWSKI: Któż by, jeśli nie Wokulski! Suzin jedzie do Paryża i chce go gwałtem zabrać, bo ma tam robić ogromne zakupy towarów. Nasz stary nie zapłaciłby grosza za podróż, miałby książęce życie, bo Suzin im dalej od żony, tym szerzej rozpuszcza kieszeń… E! I jeszcze by zarobił z dziesięć tysięcy rubli.

RZECKI: Stach, to jest nasz pryncypał, zarobiłby z dziesięć tysięcy?

MRACZEWSKI: Naturalnie, ale cóż, kiedy tak już zgłupiał.

RZECKI: (z oburzeniem) Panie Mraczewski!

MRACZEWSKI: Ale, słowo honoru, że zgłupiał. Bo przecież wiem, że jedzie na wystawę do Paryża, i to lada tydzień.

RZECKI: Ale ma tu na razie… interesa.

MRACZEWSKI: (przedrzeźniając:) O tak, ma. Największy jego interes jest nie zrażać Suzina, który pomógł mu zrobić majątek, dziś daje mu ogromny kredyt i nieraz mówił do mnie, że nie uspokoi się, dopóki Stanisław Piotrowicz nie odłoży sobie choć z milion rubli. Ale, szkoda gadać. Cóż u was w sklepie?

RZECKI: Ano, otwieramy nowy lokal: pięć okien frontu, dwa magazyny, siedmiu subiektów. W drzwiach będzie stał szwajcar.

MRACZEWSKI: No i powiedz pan, po co to wszystko?

RZECKI: Co?

MRACZEWSKI: No, te spółki, ten sklep, ten powóz. Dla panny Łęckiej!

RZECKI: Zwariowałeś pan. Dla panny Łęckiej?

MRACZEWSKI: Wszystko dla niej. Dla niej pewnie Wokulski uczy się po angielsku. I domyślam się, że ta rajfurka Melitton wyciąga go do Łazienek, by chociaż z daleka zobaczył spacerującą pannę Łęcką. I ja przez nią wyleciałem ze sklepu.

RZECKI: Wyleciałeś przez pannę Łęcką ze sklepu?

MRACZEWSKI: Tak, a potem przez nią dostałem się do Moskwy. Rozumie się. Szepnęła słówko, takie… nieduże słóweczko i… dostałem trzysta rubli więcej na rok… Żabcia ze starym wszystko zrobi, co jej się podoba.

RZECKI: Jak się pan wyrażasz!

(Wchodzi Zięba).

ZIĘBA: Panie dysponencie, przyszedł ten reporter z „Kuriera” i chce nas opisać do gazet.

RZECKI: Jak to nas?

ZIĘBA: Nasz nowy lokal.

RZECKI: No, niech więc opisuje.

ZIĘBA: On się pyta, czy nie było u nas ostatnio jakiegoś wypadku… małego pożaru, kradzieży, awantury.

RZECKI: Co znowu, Boże uchowaj!

ZIĘBA: I powiedział jeszcze, że najlepszą reklamą dla naszego sklepu byłoby, gdyby się tak kto w nim powiesił.

RZECKI: Jezus, Maria! Czy on zwariował? A po co pan z tym do mnie, ja z takimi panami z gazety nie umiem rozmawiać.

ZIĘBA: Niech mu pan to sam powie. Żegnam, panie dysponencie! Do jutra!

RZECKI: Pan już wychodzi ze sklepu, panie Zięba, o trzy kwadranse na siódmą?

ZIĘBA: Idę z wieńcami dla Rossiego.

RZECKI: Kto pana posyła?

ZIĘBA: Pryncypał.

RZECKI: Zwariowali z tym teatrem. Co to za Rossi? Ale jeżeli pryncypał kazał, to idź pan, idź! A ten z „Kuriera” niech się zgłosi jutro do pana Wokulskiego.

MRACZEWSKI: No to i ja pożegnam pana. I jeszcze raz mówię: niech nasz stary nie zraża Suzina. Pięćdziesiąt tysięcy rubli i darmo podróż. No, niech pan sam powie, czy w takich warunkach nawet święty Stanisław Kostka nie pojechałby do Paryża?

RZECKI: Z pewnością… Gdzież Stach… to znaczy pan Wokulski…

MRACZEWSKI: Pewnie pisze rachunki dla Suzina. Zobaczysz pan, co stracicie przez ten figiel.

(Wchodzi Klein).

KLEIN: Przyszedł lokaj Łęckich do starego. Może pan mu odda, bo dziś bestia, czegoś taki zły…

(Rzecki bierze kopertę, Mraczewski zagląda mu przez ramię).

MRACZEWSKI: List od Belci! Jestem w domu…

(Wychodzi z Kleinem drzwiami w głębi, śmiejąc się).

RZECKI: (sam) Do diabła! Czyżby…

(Wchodzi Wokulski drzwiami z lewej, w rękach trzyma duży album).

WOKULSKI: Mój drogi, dziś Rossi gra Makbeta, siądź z łaski swojej w pierwszym rzędzie krzeseł, masz tu bilet, i po trzecim akcie podaj mu to album…

RZECKI: Stachu, daj spokój, co ci po tych głupstwach.

WOKULSKI: Jakich głupstwach?

RZECKI: Stachu, już mówią o tobie…

WOKULSKI: Co mówią?

(Rzecki rozkłada bezradnie ręce).

WOKULSKI: (łagodnie) Mój stary! Gadaj prosto z mostu.

RZECKI: Prosto z mostu? Dobrze! Jedni mówią, że zaczynasz wariować…

WOKULSKI: Brawo!

RZECKI: Drudzy, że… drudzy, że chcesz zrobić jakiś szwindel.

WOKULSKI: Niech mnie…

RZECKI: A wszyscy, że zbankrutujesz, i to w niedługim czasie.

WOKULSKI: A ty, Ignacy, co sam myślisz?

RZECKI: Ja myślę, że wklepałeś się w jakąś grubą awanturę… z której nie wyjdziesz cały, chyba że cofniesz się w porę…

WOKULSKI: Nie cofnę się! Czego wy chcecie ode mnie! Od dzieciństwa żyłem jak w więzieniu, choćby i w tym nieszczęsnym małżeństwie, do którego się zaprzedałem. A dziś chcę żyć… Co mi tam jakiś głupi sklep albo spółka, ja chcę żyć!!

(Chwila milczenia).

RZECKI: Stachu, pojedziesz do Paryża z Suzinem?

WOKULSKI: Teraz? Ani myślę!

RZECKI: To źle, Stachu. Słyszałem, że to jakiś wielki interes, pięćdziesiąt tysięcy rubli to majątek… Jeśli dowiedzą się, że wypuściłeś z rąk taką sposobność…

WOKULSKI: Powiedzą, żem zwariował… (po chwili) A gdybym miał do spełnienia ważniejszy obowiązek, aniżeli zyskanie pięćdziesięciu tysięcy?

RZECKI: Polityczny?

WOKULSKI: (podaje mu list) Czytaj! Przekonasz się, że są rzeczy lepsze od polityki.

RZECKI: (bierze list i czyta z wahaniem) „Wieniec jest prześliczny, już z góry w imieniu Rossiego dziękuję za ten podarek… Nieporównanie dyskretne jest to rozmieszczenie szmaragdów między złotymi listkami… Musi pan koniecznie przyjść do nas jutro na obiad, ażebyśmy się naradzili nad pożegnaniem Rossiego, a także nad naszą podróżą do Paryża…” (kończy po cichu, obojętnie rzuca list na stół)

RZECKI: Nie rozumiem. Dla przyjemności podróżowania z panną Łęcką, a choćby dla radzenia nad prezentami dla jej ulubieńców, nie rzuca się w błoto pięćdziesięciu tysięcy… jeżeli nie więcej.

WOKULSKI: A gdyby mi się podobało rzucić dla niej cały majątek w błoto, to co?

(Chwila ciszy).

WOKULSKI: To co?

RZECKI: To nic. Przyznałbym tylko, że omyliłem się, nie wiem już który raz w życiu…

WOKULSKI: Na czym?

RZECKI: Dziś na tobie. Myślałem, że człowiek, który się naraża na śmierć i na… plotki dla zdobycia majątku, ma jakieś ogólniejsze cele…

WOKULSKI: A dajże ty mi spokój z tym waszym ogółem! Co ja zrobiłem dla niego, to wiem, ale co on zrobić ma dla mnie? Chcę nareszcie coś zrobić dla siebie samego. Własne szczęście, to dziś mój obowiązek… inaczej… w łeb bym sobie palnął, gdybym już nic nie widział dla siebie oprócz jakichś fantastycznych ciężarów.

 

Tekst pochodzi z numeru 335/1951 r., a mogą go Państwo przeczytać w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej