„Lalka” na scenie (część 2) „Lalka” na scenie (część 2)
i
ilustracja: Jerzy Skarżyński, archiwum
Opowieści

„Lalka” na scenie (część 2)

Dramat Prusa w adaptacji Zygmunta Leśnodorskiego wprost z Archiwum „Przekroju”
Bolesław Prus, Zygmunt Leśnodorski
Czyta się 13 minut

Przedstawiamy dwie dalsze sceny z „Lalki” Prusa, opracowanej na scenę przez Zygmunta Leśnodorskiego.

W POKOJU STUDENTÓW

 (Pokój w kamienicy baronowej Krzeszowskiej, zamieszkały przez studentów. Trzy łóżka niepościelone. Niepoliturowany stół z wymalowaną szachownicą, na nim różne przedmioty, m.in. szachy i dwie trupie główki. Kilka krzeseł różnego rodzaju. Kufer, pusta walizka. W pokoju wielki nieporządek. Wszędzie pełno porozrzucanych książek, skryptów, papierów. Maleski w mundurze studenckim leży na jednym z łóżek. Patkiewicz chodzi po pokoju ze skryptem w ręce, półgłosem się ucząc. Co pewien czas słychać głośniej wypowiedziane łacińskie terminy medyczne).

(Najpierw ciche, potem coraz głośniejsze pukanie do drzwi, na które obecni początkowo w ogóle nie reagują).

WIRSKI: (za drzwiami) No otwórzcież wreszcie, panowie! Czy mam zawołać stróża i stójkowego?

MALESKI: Czego tam?

WIRSKI: Przyszedł pan Rzecki, plenipotent nowego gospodarza, pana Stanisława Wokulskiego!

PATKIEWICZ: (zatrzymuje się w miejscu) Otworzyć?

(Maleski wykonuje szeroki potakujący ruch ręką. Wchodzą Wirski i zażenowany sytuacją Rzecki).

WIRSKI: Dzień dobry panom. (Chwila ciszy, studenci nie odpowiadają. Wirski mówi półgłosem do Rzeckiego). Ten pokój podnajmują trzej studenci… (do Maleskiego): Trzeciego pana to już dawno nie widziałem.

MALESKI: (wstaje i powoli zapina guziki od munduru, nie dopinając wszystkich) Jest cierpiący. Jest to nasz sublokator i zresztą bardzo rzadko mieszka z nami.

RZECKI: Gdzież on więc siedzi?

MALESKI: W uniwersytecie, w prosektorium, czasem na obiedzie…

RZECKI: No, a w nocy?
PATKIEWICZ: (odwraca się od okna z ukłonem) Pod tym względem możemy dać panu tylko poufne objaśnienia. (Wraca do poprzedniej pozycji).

(Rzecki chrząka, widocznie speszony).

MALESKI: (słodko) Niech panowie siadają, czym możemy służyć?

(Wirski i Rzecki siadają).

WIRSKI: Jak już wspomniałem, obecny tutaj pan Rzecki jest plenipotentem gospodarza…

MALESKI: (siada zdziwiony) Gospodarza? W tej chwili ja tu jestem gospodarzem i wcale sobie nie przypominam, ażebym mianował plenipotentem tego pana…

(Chwila niepewnego milczenia, Patkiewicz odwraca się od okna i ziewa).

RZECKI: (niepewnie) Z przykrością muszę powiedzieć, że od pana rządcy Wirskiego dowiedziałem się wielu nieprzyjemnych rzeczy. Panowie dokuczają sąsiadom.

WIRSKI: Pan Maruszewicz z drugiego piętra skarży się, że panowie strzelają mu do okien grochem, a gdy się zejdzie u niego parę osób, to krzyczycie na całą kamienicę, że u niego szulernia…

PATKIEWICZ: (odwraca się) A może to nieprawda? Taki typ jak Maruszewicz kompromituje całą kamienicę. To kanalia…

WIRSKI: (kręcąc się niespokojnie) To właśnie panowie kompromitujecie damy, które czasem bywają u niego.

PATKIEWICZ: Rzeczywiście, porządne damy.

(Odwraca się z pogardą do swoich skryptów).

RZECKI: Zostawmy już tego pana. Ale panowie najbardziej się uwzięli na szanowną panią baronową Krzeszowską, która mieszka pod wami. Rzucanie z góry na nią niedopałków papierosów, śledzie, no i… trudno mi to po prostu wypowiedzieć…

WIRSKI: Wylewacie jej oknem na głowę jakieś, tego… płyny… Stukacie w jej okno trupią główką, przez co biedna kobieta wpadła w nerwową chorobę.

PATKIEWICZ: To właśnie przez tę straszną babę, tę histeryczkę, tę plotkarkę, intrygantkę, najzdrowszy człowiek mógłby wpaść w nerwową chorobę.

(Wraca do poprzedniej pozycji i z gniewem wykrzykuje łacińskie nazwy różnych chorób).

RZECKI: O ile mnie wzrok nie myli, to w tych trupich czaszkach trzymacie panowie herbatę i cukier. Czy to wypada?

MALESKI: (słodko) Myli wzrok pana, to nie herbata, tylko tytoń, czy skręcić papierosa?

RZECKI: (ruch przerażenia) Bardzo uprzejmie dziękuję.

WIRSKI: Pani baronowa powiada, że panowie kośćmi ludzkimi poprawiacie węgiel w samowarze i że zamierzacie podobno przynieść do domu całego trupa.

MALESKI: (z ukłonem) Będę miał honor objaśnić pana co do pewnych szczegółów. Nam usługuje stróż domu mieszkający na dole. Ażeby więc nie marnować się schodzeniem i wychodzeniem na trzecie piętro, mamy u siebie długi sznur, wieszamy na nim, co jest pod ręką, może czasem zdarzyć się i trupia główka, i… pukamy do jego okna.

WIRSKI: Poza tym pan Patkiewicz straszy ciągle panią baronową, bo ciągle robi miny jak nieboszczyk, a ona niedawno straciła córkę.

MALESKI: Słowo daję, że ta pani ma halucynacje. Kto tu jest podobny do nieboszczyka? Patkiewicz? Taki przystojny chłopak? (Odciąga go od okna,

Patkiewicz robi minę nieboszczyka).

RZECKI: (przerażony) Jezus Maria!

MALESKI: (słodko) Wierzcie mi, panowie, kobiety wściekają się za nim.

WIRSKI: Otóż właśnie… tego… kobiety… Pani baronowa się skarży, że jesteście ni… nihi…

PATKIEWICZ: (odwraca się) Nihiliści do usług! (Wraca do poprzedniej pozycji).

RZECKI: (niespokojny) Ja tu jestem z upoważnienia pana Stanisława Wokulskiego, który wyjeżdżając do Paryża, zlecił mi zaopiekować się nabytą przez siebie kamienicą, więc…

WIRSKI: Panowie dobrodzieje winni nam są komorne za cztery miesiące.

MALESKI: Co do mnie, łaskawy panie, to ja z zasady nie płacę za komorne. Komu mam płacić?… Za co? Cha! Cha! Dobrzy sobie.

(Zaczyna biegać po pokoju, staje w oknie obok Patkiewicza, ostentacyjnie obrócony tyłem wygląda na podwórze).

RZECKI: (wstaje) Pozwoli pan zrobić sobie uwagę, że takie nieszanowanie umowy jest dość oryginalne… Ktoś daje panu mieszkanie, a pan uważa za stosowne nie płacić.

(Obydwaj studenci odwracają się od okna i patrzą bojowo na Rzeckiego).

MALESKI: Kto mi daje mieszkanie? Ja sam je zająłem i będę w nim dopóty, dopóki mnie nie wyrzucą! Umowy! Jeżeli społeczeństwo chce, ażebym mu płacił za mieszkanie, to niechaj samo płaci mi tyle za korepetycje, żeby z nich wystarczyło na komorne.

PATKIEWICZ: Za trzy godziny lekcji co dzień, piętnaście rubli na miesiąc. Za jedzenie dziewięć, za pranie i usługę trzy. A mundur? A wpis?

RZECKI: Nie rozumiem uniesienia panów…

MALESKI: Mamy się czego unosić. Społeczeństwo każe nam się uczyć, zdawać kilkanaście egzaminów, a nie daje nam pracy albo oszukuje przy wynagrodzeniu.

PATKIEWICZ: Nie płacimy komornego i basta! (Wraca do okna).

MALESKI: Społeczność nie dotrzymuje umowy wobec nas, z jakiej więc racji żąda, abyśmy my dotrzymywali umowy względem niej! A zresztą obecny właściciel nie budował tego domu, nie wypalał cegieł, nie rozrabiał wapna, nie murował, nie narażał się na skręcenie karku. Przyszedł z pieniędzmi, może ukradzionymi, zapłacił innemu, który może także okradł kogo, i na tej zasadzie chce mnie zrobić swoim niewolnikiem.

PATKIEWICZ: (nie odwracając się od okna) Kpiny ze zdrowego rozsądku!

RZECKI: Pan Wokulski nie okradł nikogo… Dorobił się majątku pracą i oszczędnością.

MALESKI: Daj pan spokój! Mój ojciec, urzędnik, pracował dniem i nocą i oszczędził raptem trzysta rubli na rok. A że wasza kamienica kosztuje dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, więc na kupienie jej za cenę uczciwej pracy mój ojciec musiałby żyć i pracować trzysta lat. Nie uwierzę zaś, żeby pan Wokulski pracował od trzystu lat!

RZECKI: Więc pan szanowny nie zapłaci komornego?

MALESKI: Nie, panie, możecie nas wypędzić, owszem. Wtedy dopiero przekonacie się, coście stracili!

RZECKI: No, to moje uszanowanie!

MALESKI (kładzie się na łóżku): A niech komornik przyprowadzi ze sobą dwóch stójkowych, bo mnie będą musieli wynosić z mieszkania.

RZECKI: (do Maleskiego) Owszem, panie! (Grzeczny ukłon, wychodzi z Wirskim, w drzwiach przystaje i półgłosem mówi) Nie godzi się jednak, panie Wirski, wyrzucać takich oryginałów…

(Wirski rozkłada ręce. Patkiewicz zaczyna się uczyć na cały głos. Maleski gwizda jakąś bojową piosenkę).

 

W WAGONIE 

(Wnętrze salonowego wagonu kolejowego. Z boku widać część korytarza prowadzącego do wyjścia. Na jednej kanapie siedzi Łęcki i Wokulski. Na drugiej Izabela i Starski. Słychać monotonny rytm jazdy pociągu. Główny przedział oświetla lampa, za oknem noc).

IZABELA: Wielki post nie był jednak tak nudny, jak się spodziewałam.

STARSKI: (ironicznie) No tak, naprzód Opatrzność zesłała wezbranie Wisły, co dało powód do publicznego koncertu i kilku prywatnych wieczorów z muzyką i deklamacją. Potem Szegedyń uległ powodzi, co znowu wywołało nieduże wprawdzie składki, ale za to ogromny ruch w salonach.

IZABELA: Nie żartuj kuzynie, bo…

STARSKI: Wiem, wiem, kuzynko, że w tych wszystkich filantropijnych zajęciach brałaś udział. Podziwiałem cię przecież w żywym obrazie jako „anioła litości”, no i w „Nie igra się z miłością…”. Panowie zasypali cię kwiatami.

IZABELA: Kuzynie, daj pokój…

STARSKI (ciągnie z ironią): A cóż… Molinari?

IZABELA: (trochę zmieszana ogląda się na Wokulskiego) No cóż, to wielki artysta.

WOKULSKI: Molinari? Ach tak, widziałem go w lecie w Paryżu.

IZABELA: Tak chłodno pan o nim mówi?

WOKULSKI: Wydaje mi się, że to dość mierny skrzypek.

IZABELA: Ależ, panie, chyba nie słyszał pan! Przecież nazywają go genialnym.

WOKULSKI: Widziałem go w sali, gdzie najdroższe miejsce kosztowało dwa franki.

IZABELA: To niepodobna, to chyba nie on… On dostał order od Ojca Świętego, od szacha perskiego, ma tytuł…

ŁĘCKI: Joasia mówiła, że Molinari w towarzystwie zrobił niekorzystne wrażenie. Dlatego nawet nie prosiła go, by grał na jej ochronkę… Moi drodzy, przyciemnijcie lampę, zdrzemnąłbym się trochę.

(Wokulski przyciemnia lampę i siada na swoim miejscu. Łęcki otula się pledem i zaczyna drzemać. Starski i Izabela prowadzą rozmowę półgłosem).

IZABELA: Myślałam, że już pan nie zdąży na czas.

STARSKI: Niewiele do tego brakowało. Byłem u Krzeszowskiego i niech sobie kuzynka wyobrazi, od drugiej po południu do dziewiątej graliśmy…

IZABELA: Naturalnie przegrał pan?

STARSKI: Rozumie się… Szczęście ucieka od takich jak ja.

IZABELA: (zrozumiała jego intencję i zmienia temat) Kuzyn po pogrzebie nie wraca do Warszawy?

STARSKI: Nie, jadę do Wiednia…

IZABELA: A stamtąd zapewne do Monte Carlo?

(Rozmowę głuszy turkot pociągu przejeżdżającego z przeciwnej strony. Starski tymczasem zaczyna prowadzić rozmowę w języku angielskim i przysuwa się w mroku coraz bliżej do Izabeli).

STARSKI*): And this locket is all the wedding present? Well, did you find this wonderful of thin?

IZABELA: No, I didn’t… oh, if he knew it…

STARSKI: If he knew, what than? That we lost it, or… that we have been looking for it together?

IZABELA: You are audacious!

(Chwila ciszy – szept głośniejszy).

STARSKI: …You shall get mad for me… women like demons… For a woman like you the daily bread of respect is not enough, nor the sweet biscuits of adoration… you want champagne… (przysuwa się jeszcze bliżej) somebody must teach you, if need be, by cynism…

IZABELA: (niepewnie) It’s easy to be a cynic…

STARSKI: It’s not everybody that will dare to be one…

*) STARSKI: I ten medalion jest całym prezentem przedślubnym? No cóż, czy zachwyca panią jego skromność?
IZABELA: Nie, nie… Och, gdyby on się dowiedział…
STARSKI: Gdyby wiedział, cóż z tego? Że zgubiliśmy go lub… że szukaliśmy go razem?
IZABELA: Pan jest zuchwały!

(Chwila ciszy – szept głośniejszy).

STARSKI: Będziesz szaleć za mną… kobiety lubią demonów… Takiej jak ty nie wystarczy powszedni chleb szacunku ani pierniczki uwielbień… Tobie potrzeba szampana… (przysuwa się jeszcze bliżej) ktoś musi cię nauczyć, jeśli będzie trzeba, cynizmu…

IZABELA: (niepewnie) Cynikiem być łatwo…

STARSKI: Ale nie każdy ośmieli się nim być…

 (Pociąg zwalnia biegu, podskakuje na zwrotnicach, co znowu głuszy rozmowę. Przez okna migają światła. Pociąg staje).

ŁĘCKI: (budzi się) Co to za stacja?

IZABELA: Skierniewice.

(Wokulski zrywa się, potrącając siedzących i zataczając się, wybiega z przedziału. W korytarzu zatrzymuje się chwilę i chwyta się jakiejś poręczy).

WOKULSKI: Boże miłosierny! Wszystko fałsz… fałsz… (wychodzi)

STARSKI: No, już daruj kuzynko, ale z takim pośpiechem nie wychodzi się przy damach.

IZABELA: (z niepokojem) Może chory?

STARSKI: W każdym razie jest to choroba nie tyle niebezpieczna, ile niecierpiąca zwłoki… Czy każesz sobie co podać, kuzynko?

IZABELA: W tym coś jest… jak on dziwnie wyglądał…

ŁĘCKI: Kto? Wokulski?

IZABELA: A może on rozumie po angielsku?

ŁĘCKI: Po angielsku? O co ci chodzi?

IZABELA: Nic, nic… (Wychyla się przez okno. Tymczasem w korytarzu pojawia się Wokulski, prowadząc ze sobą konduktora).

WOKULSKI: Kochany panie, weź do ręki ten papier…

KONDUKTOR: Co to panu?

WOKULSKI: Nic, wejdź tutaj (wskazuje) i powiedz, że jest telegram do Wokulskiego.

KONDUKTOR: Do pana?

WOKULSKI: Tak.

(Konduktor wchodzi do przedziału).

KONDUKTOR: Telegram do pana Wokulskiego.

ŁĘCKI: (zaniepokojony): Co to znaczy? Pokaż pan…

(Wokulski staje w drzwiach, bierze z rąk konduktora papier i udaje, że czyta).

ŁĘCKI: Co to za telegram?

WOKULSKI: Z Warszawy. Muszę wracać!

(Konduktor wychodzi).

IZABELA: Wraca pan? Czy jakie nieszczęście?

WOKULSKI: Nie, pani, mój wspólnik wzywa mnie.

ŁĘCKI: Zysk czy strata?

WOKULSKI: Ogromny zysk.

ŁĘCKI: A to jedź.

IZABELA: Ale po cóż ma pan tu zostawać? Musi pan czekać na pociąg, a w takim razie lepiej niech pan jedzie naprzeciw niego. Będziemy jeszcze kilka godzin razem.

ŁĘCKI: Bela wybornie radzi.

WOKULSKI: Nie, panie, wolę stąd pojechać na lokomotywie, aniżeli tracić parę godzin.

(W drzwiach staje Starski z flaszką wody sodowej, słychać dzwonek na odjazd pociągu).

WOKULSKI: Mam jeszcze słówko do pana Starskiego (Wyprowadza Starskiego na korytarz).

WOKULSKI: (półgłosem) Niech pana to nie gniewa, panie Starski, co powiem. Pan myli się co do siebie… W panu jest tyle demona, ile trucizny w zapałce… I wcale pan nie posiada szampańskich własności. Pan ma raczej własności starego sera, co to podnieca chore żołądki, ale prosty smak może pobudzić do wymiotów… Przepraszam pana.

STARSKI: Jeżeli czym obraziłem pana, gotów jestem dać satysfakcję!

GŁOS KONDUKTORA: Proszę wsiadać!

WOKULSKI: Nie, panie, gdybym czuł potrzebę satysfakcji od pana, już byś pan nie żył, bez żadnych dodatkowych formalności. Będę w każdym razie do dyspozycji… Pan wie, gdzie mieszkam?

(Otwiera drzwi i wpycha go do przedziału).

WOKULSKI: Przyjemnej podróży.

ŁĘCKI: Cóż to, nie żegnasz się, panie Stanisławie?

WOKULSKI: Farewell, miss Iza, farewell!

(Wybiega, Izabela kryje twarz w dłoniach. Pociąg rusza).

Przerobił na scenę
Zygmunt Leśnodorski

 

Tekst pochodzi z numeru 336/1951 r., a mogą go Państwo przeczytać w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej