Okres ostatnich tygodni można by nazwać okresem likwidacyjnym. Podczas gdy armie sprzymierzone likwidują Niemców, Ważyk usiłuje zlikwidować Norwida, Wyka — Margaret Mitchell, Kott — Żeromskiego, Wyspiańskiego i Baudelaire’a, satyrycy Ważyka, Norwida, Wykę, Margaret Mitchell, Kotta, Żeromskiego, Wyspiańskiego i Baudelaire’a, a jakiś pan impresjonizm.
Jestem człowiekiem ambitnym i nie mogę dopuścić, żeby inni likwidowali a ja nie. Potem będą się puszyć przede mną i mówić: „Ja pierwszy likwidowałem”, „gdzie ty byłeś, jak ja likwidowałem” itd.
Nie doczekacie się tego panowie!
Ja też postanowiłem zabrać się do likwidacji. Zastanawiałem się, kogo by takiego wybrać jako obiekt, żeby zdominować innych likwidatorów okręgowego sądu literackiego. Wahałem się między Homerem, Szekspirem, Mickiewiczem i Tołstojem, ale to wszystko mało. Zdecydowałem się, że będę likwidował literaturę w ogóle!
W ten sposób już nikt mnie w likwidowaniu nie przewyższy.
Co to jest właściwie literatura?
Ktoś siedzi na przykład w letni wieczór na ławce w ogrodzie, śpiewają słowiki, rechocą żaby w trzcinach, ogromny świeci księżyc i człowiekowi robi się jakoś ckliwie. Zrywa się tedy, pędzi do domu, łapie za ołówek, a jeśli nie jest z Warszawy, za wieczne pióro i opisuje właśnie tę ławkę, słowiki, żaby rechot, ogromny księżyc i własną ckliwość.
To jest literatura.
Takie literackie przeżycie da się opisać trojako:
w formie poetyckiej
powieściowej
dramatycznej.
Prócz tych trzech form literackich istnieje jeszcze jedna — literacka krytyka, ale tą zajmować się nie będziemy. Jest to raczej ciotka literatury, stara panna, która:
„nie mając własnych, cudze bije dzieci”.
Krytyka to wszystko o tych żabach, słońcach, księżycach i ckliwościach częściowo zgani, częściowo pochwali, a potem likwiduje. Dlatego też w tej chwili jest raczej naszym sprzymierzeńcem i wyłączam ją z napaści.
Ogólnie biorąc literatura polega na bladzi i oszustwie. Literat nie zadowolni się bowiem prostym stwierdzeniem faktu, że świeci księżyc, rechocą żaby, śpiewają słowiki i że jest mu przy tym ckliwie. Poeta na przykład będzie usiłował wmówić czytelnikowi, że w tych okolicznościach i na skutek tych okoliczności wzniósł się do Boga i to w dodatku w kielichu wodnej lilii, ciągnionym przez ważki, w szacie z nenufarów i z girlandami na czole. W istocie facet siedział cały czas na ławce i wszyscy o tym dobrze wiedzą, a jednocześnie tym bardziej się zachwycają im bardziej im wmówi, że ta podróż w nenufarze naprawdę miała miejsce. Wiedzą, że oszustwo i oszustwem się zachwycają. Czy to jest sztuka, czy może raczej po prostu magiczne sztuczki w zachwyt dla małych dzieci. A zresztą gdyby nawet na prawdę tak było. Wyobraźcie sobie Ważyka, Przybosia albo Putramenta w kielichu wodnej lilii ciągnionym przez ważki, w szacie z nenufarów i z girlandami na czole. Z ręką na sercu i szczerze powiedzcie: płakalibyście ze wzruszenia i doznawali wzniosłych uczuć, czy też może raczej na ten widok ludzi dorosłych i powszechnie szanowanych w tak niepoważnej i ośmieszającej sytuacji, wstrząsnął by wami beztroski chichot? Tak mi państwo. Poezja to blaga i jeżeli chcecie być ludźmi serio nie dajcie się zwodzić tym niejednokrotnie zręcznym sztuczkom cyrkowym.
Identyczną blagą jest tak zwana proza. I tutaj autor zmyśla najzupełniej nieprawdziwe zdarzenia i rości sobie tytuł do chwały tym bardziej, im bardziej uda mu się wmówić, że ta blaga jest czymś autentycznym. Nikt kto uczciwy nie będzie popierał ani zachwalał takich mistyfikacji poniżających godność ludzką i przeznaczenie człowieka we wszechświecie.
No, a już szczytem mistyfikacji, blagi i zakłamania jest dramat czyli teatr. Tutaj literat nie zadawnia się słownym oszukiwaniem, ale bierze sobie do pomocy naganiaczy mistyfikacji, czyli tak zwanych aktorów, albo, jak wolą niektórzy, pracowników żywiołowia i dalej że nadużywać zaufania naiwnego widza. Dobrzy nasi znajomi przebierają się w jakieś dziwaczne kostiumy i udają, że to wcale nie oni. Mało tego. Szarlatani z papieru, drzewa i farb robią jeszcze jedno oszustwo, które zowią dekoracjami. My mamy być niby święcie przekonani, że kawałek dykty ustrojonej bibułką to są na przykład „wzgórza w biblijnej krainie Uz”. Czy taki Warnecki naprawdę myśli, że skoro przyprawił sobie brodę i nałożył nocną koszulę żony, że wymachuje rękami, krzywi się i jęczy, to my go nie poznamy? Czy im wszystkim się zdaje, że my się okropnie tym przejmujemy, że to niby z niebios muzyka jakaś spływa i chóry anielskie śpiewają? Ha, ha, ha! Palestur za kotarą stoi, macha pałeczką, a na instrumentach rzępolą faceci w binoklach, z wąsikami, w getrach, z fistulą albo wodną puchliną i niczym nie przypominają aniołów.
Nie proszę państwa! To wszystko razem nie jest w porządku i najwyższy czas zlikwidować toczący ludzką społeczność wrzód mistyfikacji, który zwie się literaturą.
Tekst pochodzi z numeru 2/1945 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.