Wszechobecność Wszechobecność
i
„Studium głowy", Ernst Ludwig Kirchner , 1924 r., National Gallery of Art (domena publiczna)
Opowieści

Wszechobecność

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Dino Buzzati
Czyta się 11 minut

Zastanawiam się jeszcze, mam czy też nie mam powiedzieć o tym dyrektorze. Przytrafiła mi się bowiem rzecz niezwykła i okropna.

Zastanawiam się nie dlatego, bym nie miał zaufania do mego dyrektora. Znamy się od tylu lat, wiem że mnie lubi, że nie zrobi mi nigdy żadnego świństwa. Myśl o tym, żeby mnie zgubić, jest od niego daleka. Ale dziennikarstwo to przeklęta namiętność, i jak dwa a dwa cztery, któregoś dnia, narobi mi on kłopotu.

Już i tak ryzykiem jest opisywanie tego wszystkiego we własnym dzienniku. Gdyby kiedyś wpadł komuś w ręce i rozeszły się jakieś pogłoski, kto by mnie uratował?

Wszystko z powodu jednej z moich starych manii. Zawsze miałem słabość do „czarnej” literatury, magii, tajemnic, historii o duchach. Moja biblioteka składała się niemal wyłącznie z takich pozycji.

Pośród książek, jakie posiadam, znajduje się ponad dwustustronicowy rękopis, który liczy co najmniej dwieście lat. Karty tytułowej brak. Cała reszta jest nieprzerwanym ciągiem trzy-, cztero- lub pięcioliterowych słów, pisanych alfabetem łacińskim, najzupełniej niezrozumiałych. Weźmy dla przykładu pierwszą z brzegu stronę:

„Pra fbee silon ist tita shi dor dor sbha cpu snum eas pioj umeno kai…”

Trafiłem na nią przed laty u starego antykwariusza w Ferrarze. Pewien specjalista wyjaśnił mi, że księga ta jest jednym z owych „tabulari segreti”, które rozpowszechniły się w XVII wieku.

Jeśli wierzyć znawcom magii, ich teksty były owocem objawienia. A tajemnica polega na tym, że wśród monotonnych, niekończących się serii pozbawionych sensu słów w pewnym miejscu znajduje się magiczna formuła, na pozór podobna do reszty. Wystarczy raz jeden odczytać ją głośno, aby uzyskać nadludzką zdolność na przykład przepowiadania przyszłości lub czytania cudzych myśli. Tru-dność polega na zidentyfikowaniu formuły pośród nieskończonego chaosu.

Pomyślicie zapewne, że aby wpaść na magiczne słowo, najprościej jest przeczytać głośno całą książkę od początku do końca. Bo nawet jeśli to ma trwać miesiącami, gra warta jest świeczki.

Otóż mylicie się. Formuła nabiera mocy tylko wtedy, gdy w czasie jej odczytywania, nie zostanie poprzedzona innymi słowami.

Znaczy to, że trzeba odczytać tylko ją, a więc zacząć w tym miejscu w którym się ona zaczyna. Jest to zadanie równie trudne, jak znalezienie igły w stogu siana. Nie mówiąc już o tym, że domniemana igła może w ogóle nie istnieje.

Na każde sto istniejących ksiąg — zapewnił mnie specjalista — dziewięćdziesiąt dziewięć jest fałszywych. Inny znawca twierdził nawet, że na świecie istnieje tylko jedna prawdziwa, a wszystkie pozostałe to mistyfikacje. Co więcej, zastanawiał się, czy ten jedyny egzemplarz posiada jeszcze swą moc, gdyż formuła traci siłę, jeśli już raz jej użyto.

Jakkolwiek było, przyzwyczaiłem się każdego wieczora, przed udaniem się na spoczynek, otwierać książkę na chybił trafił i odczytywać na głos wybrane przypadkowo dwie linijki.

Zrozumiejcie mnie dobrze. Nie żebym w to wierzył. Było to raczej na zasadzie: nigdy nie wiadomo. A zresztą nie było to zbyt męczące.

Otóż wieczorem w czwartek, po głośnym odczytaniu wybranego na chybił trafił ustępu (niestety nie pamiętam jakiego, bo w owej chwili nie odczułem nic nadzwyczajnego i nic nie zanotowałem) zaszła we mnie zmiana.

Spostrzegłem to kilka minut później. Było to jakby radosne uczucie lekkości i fizycznej żywości. Byłem miło zaskoczony. Gdyż nie wiem czemu, ale zwykle jestem znużony.

Tak czy tak jednak było późno i nie pozostało mi nic innego, jak położyć się do łóżka.

Rozwiązując krawat przypomniałem sobie, że zostawiłem w gabinecie książkę, którą chciałem czytać w łóżku tego wieczora, a mianowicie Capo Matapan Rollanda Setha.

W tej samej chwili znalazłem się w moim gabinecie.

Jak się to stało? Nie umiałbym powiedzieć. Ale nie byłem zdziwiony ponad miarę, gdyż zdarza mi się robić jedną rzecz myśląc o innej.

Zjawisko to powtórzyło się jednak niebawem w formie dużo bardziej niezwykłej. Nie mogąc znaleźć książki w gabinecie, przypomniałem sobie, że zapomniałem jej w redakcji.

W tej samej chwili znalazłem się w redakcji, przy ulicy Solferino 28, na drugim piętrze, w pokoju, gdzie pracuję.

Było ciemno. Zapaliłem światło i spojrzałem na ścienny zegar — była 21.20. Dziwne. Rozbierając się w domu, nim rozwiązałem krawat zdjąłem także zegarek i spojrzałem na godzinę — była 21.18. Niemożliwe, aby to wszystko stało się w ciągu dwóch minut.

Przypuśćmy zresztą. Ale to nie wyjaśniało, w jaki sposób dostałem się tutaj. Nie przypominam sobie absolutnie niczego. Ani jak wyszedłem z domu, ani jak wsiadłem do samochodu, ani jaką drogą jechałem, ani jak wszedłem do gmachu redakcji.

Co mi się przytrafiło? Poczułem zimny pot na plecach. Odczułem potworne wątpliwości. Czyżby to były jakieś zaburzenia umysłowe? A może jeszcze gorzej? Słyszałem o nowotworach mózgu, które dawały podobne symptomy.

A potem nagle przyszła mi do głowy absurdalna, śmieszna, niedorzeczna myśl, której zaletą było jednak to, że wykluczała hipotezę choroby. Co więcej, punkt po punkcie wyjaśniała to wszystko co mi się zdarzyło.

A więc zostałem przeniesiony od siebie z domu do redakcji dzięki nadprzyrodzonemu zjawisku? A jeśli dzisiejszego wieczora trafiłem na magicczną formułę, zdobywając legendarną właściwość wszechobecności?

Była to hipoteza wręcz idiotyczna. Dlaczego jednak nie zaryzykować próby? Pomyślałem — chcę wrócić do domu.

Bardzo trudno wyrazić słowami uczucia istoty, która w jednej chwili przechodzi od świata codzienności w inną, tajemniczą sferę. Nie byłem już człowiekiem, byłem czymś wyższym, posiadałem bezgraniczną moc, której nie posiadł jeszcze nikt inny.

W istocie, nagle znalazłem się u siebie w domu. Był to niewątpliwy dowód, że byłem w stanie przenieść się z miejsca na miejsce z szybkością większą niż światło. Żadna przeszkoda nie mogła mnie zatrzymać. Mogłem przenieść się z kraju do kraju, mogłem przedostać się do najtajniejszych i najlepiej strzeżonych miejsc, mogłem wślizgiwać się do skarbców bankowych, do domów ludzi możnych, do sypialni najpiękniejszych kobiet świata.

Czy tak było naprawdę? Przeprowadziłem inne doświadczenie. Chcę znaleźć się w swej łazience — pomyślałem. I znalazłem się tam. Chcę znaleźć się na placu Bazyliki. I byłem tam. Chcę znaleźć się w Szanghaju. I byłem w Szanghaju.

Dojrzałem na ulicy rojowisko mężczyzn i kobiet. Zaczęli mi się przyglądać z osobliwymi minami. Potem mała grupa ludzi z minami inkwizytorów skierowała się w moją stronę. Było tam dwóch mężczyzn w mundurach. Przeraziłem się. Pomyślałem — chcę wrócić do siebie do Mediolanu. I znalazłem się w domu.

Serce waliło mi mocno, cóż za radość! Przede mną otwierała się cudowna przyszłość przygód, niespodzianek, rozkoszy, światowych tryumfów.

Pomyślałem o moim zawodzie dziennikarza. Stanley — pogrążony, stary Luigi Barzini — pogrążony, podobnie jak depeszowcy i dalekopisy. Trzęsienie ziemi w Colorado? Natychmiast zjawiam się na miejscu z aparatem fotograficznym po drugiej stronie policyjnego kordonu. Dziesięć minut później jestem w swoim redakcyjnym pokoju, gdzie piszę artykuł. Gdzieś ma miejsce kryzys polityczny. Zjawiam się z magnetofonem i nagrywam wściekłość przegrywającego polityka. Kłótnia u państwa Burtonów? Wystarczy pomyśleć i oto jestem u nich w sypialni, ukryty za firanką, zajęty nagrywaniem. W takich warunkach nawet „New York Times” w porównaniu z moją gazetą składałby się z samych blag.

Pomyślałem także o bogactwie. Tak, mogłem wejdź do każdego banku, do sklepu jubilerów, do podziemnych skarbców Fort Knox, mogłem zabrać ze sobą miliardy. Ale zatrzymałem się przy tej myśli. Na cóż mi miliardy? Czemu miałbym je kraść? Moja gazeta za wszystko mi zapłaci. Zresztą i tak moje artykuły, same sztuki teatralne przynoszą mi rocznie spory dochód. A malarstwo? Tylko dzięki obrazom mogę żyć wygodnie.

Więc raczej miłość, rozkosz. Od tej chwili żadna, nawet najbardziej pogardliwa wobec mnie kobieta nie może mi już ujść. O, właśnie, czemu od razu nie przeprowadzić doświadczenia. Pomyślałem — chcę znaleźć się w łóżku razem z A. S. (nie wyjawiam nazwiska, bo w końcu jestem dżentelmenem).

Znalazłem się, słowo daję. Spała sama. Pokój był ciemny, tylko światło latarń ulicznych przeciekało przez story.

Wtedy zdałem sobie sprawę, że jestem ubrany od stóp do głów i że mam buty na nogach. W butach w łóżku pięknej damy! Uświadomiłem sobie ogrom popełnionego szaleństwa.

W tym momencie cudowna istota odwróciła się we śnie i otarła się o mnie. Obudziła się, dostrzegła coś i okropnie krzyknęła. Pomyślałem — szybko do domu!

Tam, w ciszy znajomych murów uświadomiłem sobie grożące mi niebezpieczeństwo. Co za nieszczęście, gdyby ktoś dowiedział się, że istnieje człowiek obdarzony tak niezwykłymi zdolnościami… Wyobraźcie sobie przerażenie szefów rządu, generałów, możnych, gdyby wiedzieli, że w każdej chwili mogę im spaść na głowę i że nie ma na to żadnego ratunku. Moje życie wisiałoby na włosku.

Tak więc minęło dwanaście dni w ciągu których nie powtórzyłem doświadczenia. Prowadziłem moje zwykłe pracowite życie, ale utraciłem spokój. Męczył mnie problem, czy potrafię się oprzeć pokusie wykorzystania moich tajemnych zdolności? Czy w końcu się nie zdradzę?

Nawet perspektywa zdobywania kobiet, kiedy się nad tym zastanowię, okaże się nieprawdopodobna. Zakładając nawet, że pojawię się w chwili gdy ta czy tamta sączy w łóżku czy w kąpieli, czemu miałaby mi wpadać w ramiona? Raczej powinny zacząć krzyczeć, głośno wzywając pomocy, wywołać skandal. Mnie wówczas nie pozostałoby nic innego jak wycofać się w pośpiechu.

Jeśli zaś idzie o sukcesy dziennikarskie byłyby one niewątpliwie krótkotrwałe. Po pierwszych sensacyjnych osiągnięciach powstałaby panika, przeprowadzono by dochodzenia, moje pojawienie się w jakimkolwiek punkcie globu byłoby natychmiast rejestrowane i ostatecznie zidentyfikowano by mnie. A wtedy, żegnaj Dino Buzzati! Kulka w tył głowy, albo mała dawka cyjankali i więcej by o tobie nie słyszano.

Teraz powiedziałem sobie: — Zgoda, miłość zawodu, przywiązanie do gazety, to bardzo piękne, podobnie jak pragnienie sukcesu, ale jeśli to ma mnie kosztować skórę? Jeśli opowiem o tym dyrektorowi, wiem, że będzie mnie wykorzystywał niezmiernie dyskretnie, tak, by nie zwrócić niczyjej uwagi. Wiecie jednak, jak to jest — dziś palec, a jutro cała ręka. Jeśli pewnego dnia, dla dobra gazety, zażąda ode mnie nieco trudniejszej pracy, czyż będę na tyle tchórzliwy, aby się wymówić? Ostatecznie kręciłbym się między przylądkiem Kennedy’ego, Omanem, Moskwą, Pekinem a Buckingham Palace. I w końcu złapią mnie na gorącym uczynku. Nie, kiedy władza jest niezwykła, jak w moim przypadku, zostaje ostatecznie sprowadzona do zera. Wykorzystywanie jej jest zbyt ryzykowne. Tak więc posiadam niezwykły skarb, ale — niestety! — nie mogę zeń skorzystać. Chyba, że pragnę zginąć.

To wszystko sprawiło, że postanowiłem trzymać się na uboczu. Nie będę nikomu przeszkadzał, nie będę nawiedzał śpiących piękności, nie będę szpiegował wielkich tego świata, nie będę myszkował w niczyim domu, będę się zachowywał jak gdyby nigdy nic.

Wybacz mi, drogi dyrektorze, ale ja wolę nie ryzykować.

 

Tekst pochodzi z numeru 1282/1969 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej