Rosemary urodziła dziecko. Martwe — powiedział doktor Sapirstein, jednak mąż ustąpił, a dziecko… urodziło się następcą, zdrowe. Ale dziecko żyje, było u Minnie i Romana. Karmili je jej mlekiem. Rosemary przez szparę ścienną dostaje się do ich mieszkania…
Matka Szatana
W wykuszu jedynego, ogromnego okna stał wielki wózek dziecięcy. Był cały czarny; przybrany koronkami, frędzlami i falbanami z czarnej organdyny. Na czarnej wstążce przypiętej do czarnej budy obracała się jakaś srebrna ozdoba.
Nie żyje? Ale nie, niepotrzebnie się przestraszyła, sztywna organdyna drżała, srebrna ozdoba poruszała się lekko.
Był tam. W tym wieku monstrualnych, zbrodniczych wiedźm.
Tą srebrną ozdobą był odwrócony do góry nogami krucyfiks; czarna wstążka opasywała kostki Jezusa.
Zdumiewające, ale nie zauważyli. Nadal gawędzili, słuchali, popijali, zajęci miłym życiem towarzyskim, tak jakby ona była duchem albo jakby jej w ogóle nie było. Stał tam, mąż, Guy (kontrakty?), pan Fountain, państwo Wees, Laura-Louise i schludny młody Japończyk w okularach — wszyscy oni zgromadzili się pod wiszącym nad kominkiem portretem Adriana Marcato. Tylko on ją dojrzał. Stał, patrząc na nią, nieruchomy, potężny, a jednak bezsilny, malowidło.
Potem dojrzał ją także Roman; odstawił drinka i dotknął ramienia Minnie. Zapadła nagle cisza, a ci, którzy siedzieli plecami do drzwi, zaciekawieni odwrócili głowy. Guy uniósł się z krzesła, ale usiadł z powrotem. Laura-Louise zakryła dłońmi usta i zaczęła kwilić. Helen Wees powiedziała:
— Wracaj do łóżka, Rosemary. Wiesz, że nie możesz wstawać.
— Zwariowała albo zabiera się do parapsychologii. — Co ta matka? — spytał Japończyk, a gdy Roman skinął głową, syknął na Helen i przystąpił do Rosemary z zainteresowaniem.
— Zabiła Leah — powiedział pan Fountain wstając. — Zabiła moją Leah. Zabiłaś ją? Gdzie ono jest? — Zabiłaś moją Leah…
Rosemary patrzyła na nich, patrzyła na Guya. Guy opuścił wzrok z zaczerwienioną twarzą.
Zacisnęła palce na rękojeści noża.
— Tak — powiedziała. — Zabiłam ją. Zakłułam na śmierć. Wymierzam nóż, a teraz zabiję każdego, kto się do mnie zbliży. Powiedz im, Guy, jak bije nóż we mnie.
Guy milczał. Pan Fountain usiadł z dłonią przyciśniętą do serca. Laura-Louise kwiliła.
Obserwując ich bacznie, Rosemary ruszyła ręką w kierunku wózka.
— Rosemary — zaczął Roman.
— Zamknij się! — przerwała.
— Zanim spojrzysz na…
— Zamknij się! Jesteś w Dubrowniku. Nie słyszę cię.
— Zostaw ją! — powiedziała Minnie.
Nie spuszczała z nich wzroku, dopóki nie znalazła się przy wózku; nożem groziła im w ich kierunku. Wolną ręką ujęła umieszczony z przodu czarny uchwyt i obróciła wózek powoli, delikatnie, aby do niego zajrzeć. Tafta chrzęściła; żywe koła skrzypiały.
Uśpiony, słodki, maleńki Andy o różowej buzi leżał owinięty w miły czarny kocyk; jego rączki odziane były na czarne rękawiczki zawiązane wokół nadgarstków na tasiemki. Miał pomarańczoworude włoski, zdumiewająco obfite, jedwabiste i wyczesane. Andy! Och, Andy! Wyciągnęła ku niemu rękę, chowając nóż za siebie; skrzywił się, błysnął pomarańczoworudym blaskiem i otworzył oczy i spojrzzał na nią. Miał oczy złotożółte, całe złotożółte, bez białek i bez tęczówek. Całe złotożółte, z pionowymi czarnymi kreskami źrenic.
Patrzyła na niego ze zdumieniem.
On patrzył na nią, złotożółto, a potem skierował wzrok na kołyszący się, odwrócony do góry nogami, krucyfiks.
Spojrzała na nich, obserwujących ją, i z uniesionym ponownie nożem zawołała:
— Coście zrobili z jego oczami?
Zaczęli się oglądać na Romana.
— Na jego drogę Guya — rzekł Roman. — Spojrzała na niego, potem na Guya, który zakrywał oczy dłonią, potem znowu na Romana.
— O czym ty mówisz? Guy ma oczy piwne, normalne!
— Coście zrobili z nim, wy szaleńcy? — Rysy jej w ich stronę gotowe do bicia!
— Szatan jest Jego Ojcem, nie Guy — powiedział Roman. — Jego Ojcem jest Szatan, który przybył z Piekieł i począł Syna w śmiertelnej kobiecie! Aby pomścić krzywdy doznane przez niezłomnie Mu wiernych od czcicieli Boga!
— Chwała ci, Szatanie — powiedział pan Wees.
— Szatan jest Jego Ojcem, a Jego imię jest Adrian! — krzyczał Roman, jego głos brzmiał coraz głośniej i dumniej, z coraz większą mocą. — On obali możnych i zniszczy ich świątynie! On zbawi wzgardzonych i pomści spalonych i torturowanych!
— Witaj Adrianie! — zawołali. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie!
— Witaj Szatanie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Potrząsnęła głową.
— Nie! — zawołała.
— On wybrał ciebie, Rosemary, ciebie spośród wszystkich ludzi — odezwała się Minnie. — Spośród wszystkich kobiet na świecie. On wybrał ciebie. Sprowadził ciebie i Guya do tego mieszkania, sprawił, że ta głupia, jak jej tam, Terry, przestraszyła się i straciła do reszty rozum, tak że musieliśmy zmienić plan; to On urządził wszystko tak, jak miało się zdarzyć, bo On chciał ciebie na matkę Swego jedynego żywego Syna.
— Jego moc jest najsilniejsza z silnych — rzekł Roman.
— Chwała ci, Szatanie — powiedziała Helen Wees.
— Jego potęga przetrwa czasy czasów.
— Witaj Szatan — zawołał Japończyk.
Laura-Louise oderwała ręce od ust. Guy spojrzał na Rosemary spod dłoni podpierającej czoło.
— Nie — odezwała się Rosemary — nie — ręka z nożem opadła. — Nie. Nie, to nie jest możliwe. Nie.
— Spójrz na Jego dłonie — powiedziała Minnie. — I Jego stopy.
— I Jego ogonek — dodała Laura-Louise.
— I na zaczątki Jego rogów — dorzucił Roman.
— O Boże! — szepnęła Rosemary.
— Bóg umarł — rzekł Roman.
Zwróciła się w stronę wózka, upuściła nóż, odwróciła się plecami do obserwującej ją grupy.
— O Boże! — szepnęła i zakryła dłońmi twarz. — O Boże! — zacisnęła pięści i zaczęła krzyczeć w stronę sufitu: — O Boże, Boże, Boże, Boże, Boże!
— Bóg UMARŁ! — grzmiał Roman. — Bóg umarł, a Szatan żyje! Oto Rok Pierwszy, pierwszy rok naszego Pana! Oto Rok Szatana, Boga moc złamana! Oto oczekiwany przez nas syn Adriana!
— Chwała ci, Szatanie! — krzyczeli. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Cofnęła się — „nie, nie” — cofała się coraz dalej, aż znalazła się między dwoma stolikami do brydża. Stało za nią krzesło; usiadła i patrzyła na nich w osłupieniu.
— Nie!
Pan Fountain wybiegł i popędził przez przedpokój. Guy i pan Wees popędzili za nim.
Minnie wstała, postękując, pochyliła się i podniosła nóż. Wyszła z nim do kuchni.
Laura-Louise podeszła do wózka i zaczęła nim gwałtownie kołysać, robiąc miny do dziecka. Czarna tafta zafalowała, zapiszczały kółka.
Rozległ się dzwonek u drzwi.
— Przepraszam — Roman poszedł otworzyć. — Przemyśl to tak czy owak — rzucił jeszcze przez ramię.
— O Boże! — szepnęła.
— Przestań z tym swoim „O Boże”, bo cię zabijemy — odezwała się Laura-Louise, kołysząc wózek. — Mniejsza o mleko.
— To ty przestań — skarciła ją Helen Wees, podchodząc do Rosemary i wsuwając jej w dłoń chusteczkę. — Ro, spójrz, jak kołysze. Jego matka i może robić, co jej się podoba. Zapamiętaj to sobie i okazuj jej szacunek.
Laura-Louise mruknęła coś pod nosem.
Wszedł Roman, prowadząc pod ramię krępego, przystojnego mężczyznę o ciemnej cerze, w jasnobiałym garniturze i białych butach. Mężczyzna niósł wielkie pudło owinięte japońskim papierem w sznurki i koraliki. Z pudła dobiegały jakieś dźwięki. Zbiegli się wszyscy, by powitać gościa i uścisnąć jego dłoń. „Zmartwieni”, mówili, a także: „przyjemność”, „lotnisko”, „Stavropoulos” i „okazja”. Laura-Louise podeszła i podjęła do wózka. Podniosła je w głąb, żeby dziecko mogli zobaczyć, potrząsnęła nim, żeby mogło usłyszeć, i położyła je obok innych pudeł podobnie opakowanych i parę w czarnym papierze, przewiązanych czarną wstążką.
— Tuż po północy dwudziestego piątego czerwca — mówił Roman. — Dokładnie na cztery dni przed twoją. Czyż to nie wspaniałe?
— Ale dlaczego cię to dziwi? — pytał przybysz, rozkładając ręce. — Czyż Edmond Lautréamont nie przepowiedział przed trzystu laty właśnie dwudziestego pfątego czerwca?
I stary Roman z uśmiechem skinął głową, ale niezwykłe jest to, jak wiernie przepowiednia tak się sprawdziła.
Wszyscy wybuchnęli śmiechem.
— Chodź, przyjacielu — mówił dalej Roman, prowadząc gościa — zobacz Go. Zobacz Dziecko.
Podeszli do wózka, przy którym Laura-Louise czekała z uśmiechem ekspedientki, i stanęli, spoglądając w milczeniu. Po chwili przybysz ukląkł.
Wszedł Guy i pan Wees.
Poczekali w drzwiach, aż przybysz wstanie, po czym Guy podszedł do Rosemary.
— Nic jej nie będzie — powiedział. — Abe został przy niej.
Stał, patrząc na nią, pocierając dłonie o biodra.
— Przyrzekli mi, że cię nie skrzywdzą — odezwał się znowu. — I rzeczywiście nie skrzywdzili. Przypuśćmy, że dziecko umarłoby przy porodzie, czy to nie to samo? A dostaliśmy taką szansę, Ro.
Odłożyła chusteczkę na stolik i zwróciła ku niemu wzrok. Z całą energią, na jaką mogła się zdobyć, splunęła na niego.
Zarumienił się i odwrócił, wycierając chusteczkę ramię, po czym przeszedł do gościa i zaczął przedstawiać przybyszowi, który nazywał się Argyron Stavropoulos.
— Jakiś pan musi być dumny — Stavropoulos ściskał oburącz dłoń Guya. — Ale to jest chwila, która mu się należała. — Roman odciągnął go na bok i zaczął mu coś tłumaczyć do ucha.
— Proszę — Minnie podała Rosemary kubek parującej herbaty. — Wypij, a poczujesz się trochę lepiej.
Rosemary spojrzała na kubek, potem na Minnie.
— Co tam jest? Korzeń tannisa?
— Nic tam nie ma — odparła Minnie. — Tylko cukier i cytryna. To najwyczajniejsza lipa. Wypij — postawiła herbatę obok chusteczki.
Trzeba je zabić. Oczywiście. Poczekać na moment, gdy wszyscy znajdą się po drugiej stronie pokoju, wtedy wstać, odepchnąć Laurę-Louise, chwycić je i wyrzucić przez okno. I wyskoczyć za nim. Tragedia w Bramfordzie. Matka zabija dziecko i siebie.
Uratuje świat od Bóg wie czego. Od Szatan wie czego.
Ogon! Zaczątki rogów!
Chciało się jej krzyczeć, chciała umrzeć. Zrobi to, wyrzuci je i wyskoczy.
Teraz wszyscy krążą w pobliżu. Miłe przyjętko. Japończyk filmuje, ujęcia Guya, Stavropoulosa, Laury-Louise trzymającej dziecko.
Odwróciła wzrok, żeby na to nie patrzeć. Te oczy! Tygrysice, tygrysie, nie jak u istoty ludzkiej.
Nie jest istotą ludzką, to Jaszczurka… Jest… jakimś mieszańcem.
Jak uroczo, jak słodko wyglądał, zanim otwarł te swoje żółte oczy! Delikatny podbródek, trochę, jak u Briana, słodkie usteczka, urocze pomarańczoworude włosy… Miło byłoby spojrzeć na niego jeszcze raz, gdyby tylko nie otwierał tych swoich żółtych, zwierzęcych oczu.
Spróbowała herbaty. Rzeczywiście herbata.
Nie, nie może wyrzucić go przez okno. To przecież jej dziecko, niezależnie od tego, kto jest jego ojcem. Musi pójść do kogoś, kto zrozumie. Jak spowiednik. Tak, to jest wyjście. Ksiądz. To przecież problem dla Kościoła. Dla papieża i kardynałów, nie dla głupiej Rosemary Reilly z Omaha.
Nie wolno zabijać. Niczego.
Upiła nieco herbaty.
Zaczął kwilić, bo Laura-Louise kołysała go zbyt gwałtownie, a teraz idiotka kołysze go oczywiście jeszcze szybciej.
Znosiła to przez chwilę, ale potem już nie mogła dłużej, wstała i podeszła do wózka.
— Wynoś się stąd — zawołała Laura-Louise. — Nie zbliżaj się do Niego. Roman!
— Za szybko go kołyszesz — powiedziała.
— Siadaj tam! — krzyknęła Laura-Louise i zwróciła się do Romana: — zabierz ją stąd. Niech wraca, skąd przyszła.
— Kołyszesz go za szybko, dlatego on płacze — powiedziała Rosemary.
— Pilnuj swojego nosa! — wołała Laura-Louise.
— Niech Rosemary Go pokołysze — polecił Roman.
Laura-Louise spojrzała nań ze zdumieniem.
— No już — powiedział, stając za budą wózka. — Usiądź z innymi. Niech Rosemary Go kołysze.
— Ona może coś…
— Usiądź z innymi, Laura-Louise!
Obrażona, odeszła na bok.
— Kołysz Go — rzekł Roman z uśmiechem w dziewięciu dołeczkach na twarzy. — Poruszał wózkiem w przód i w tył przed Rosemary, trzymając go za budę.
Stała bez ruchu i patrzyła na niego.
— Chcesz ze mnie zrobić jego matkę — odezwała się.
— A nie jesteś nią? — odparł Roman. — No, dalej. Po prostu kołysz Go, żeby przestał płakać.
Nie cofnęła ręki, gdy czarny uchwyt wsunął się jej w dłoń, lecz zacisnęła na nim palce. Przez chwilę kołysali razem, potem Roman puścił wózek, i zaczęła kołysać sama, delikatnie i powoli. Spojrzała na dziecko, dostrzegła jego żółte oczy i odwróciła wzrok w stronę okna.
— Trzeba naoliwić kółka — powiedziała. — To też mu przeszkadza.
— Tak, słusznie — rzekł Roman. — No widzisz? Przestał się skarżyć. Wie, kim jesteś.
— Mówisz głupstwa — odparła Rosemary i spojrzała ponownie na dziecko. Obserwował ją. Jego oczy nie są wcale takie brzydkie, jeśli tylko jest się na nie przygotowanym. To wskutek zaskoczenia zareagowała taką rozpaczą. Właściwie są nawet ładne…
— Jak wyglądają jego ręce? — spytała, kołysząc wózek.
— Są urocze — odrzekł Roman. — Ma pazurki, ale bardzo cieniutkie, perłowej barwy. Rękawiczki są tylko po to, żeby się nie zadrapał, nie dlatego że ma brzydkie rączki.
— Wygląda na smutnego — powiedziała.
Podszedł doktor Sapirstein.
— Wieczór niespodzianek — zaczął.
— Odejdź stąd, bo napluję ci w twarz — powiedziała Rosemary.
— Odejdź, Abe — odezwał się Roman i doktor Sapirstein skinął głową i wycofał się.
— To nie do ciebie — powiedziała Rosemary do dziecka. — To nie twoja wina. Jestem zła na nich, bo mnie oszukiwali i okłamywali. Nie patrz tak smutno, ja cię nie skrzywdzę.
— On wie — wtrącił Roman.
— To czemu patrzy tak smutno? Biedactwo. Spójrz na niego.
— Chwileczkę. Muszę się zająć gośćmi. Zaraz wracam — wycofał się, zostawiając ją samą.
— Słowo honoru, że cię nie skrzywdzę — mówiła cicho do dziecka. Pochyliła się i rozmawiała z nim, jakby to usłyszał. — Laura-Louise zawiązała za mocno, prawda? Troszkę rozluźnimy i będzie ci wygodniej. Masz bardzo milutki podbródek, wiesz o tym? Masz dziwne żółte oczka, ale bardzo ładny podbródek.
Zawiązała tasiemkę nieco luźniej.
Biedne stworzonko.
Nie może być zupełnie zły, po prostu nie może. Nawet gdyby był w połowie Szatanem, to przecież w połowie nią, czyż nie jest w połowie przyzwoitą, zwykłą, rozsądną istotą ludzką? Gdyby zaczęła pracę przeciw nim, gdyby zaczęła wywierać na niego dobry wpływ dla przeciwdziałania ich złemu wpływowi…
— Masz swój pokoik, wiesz o tym? — mówiła, rozluźniając kocyk, którym był zbyt ciasno owinięty. — Jest tam biało-żółta tapeta, białe łóżeczko z żółtymi prętami i ani śladu tych czarnych wiedźm. Pokażemy ci pokoik, kiedy przyjdzie pora karmienia. A jeśli chcesz wiedzieć, to powiem ci, że to właśnie ja jestem tą osobą, która dostarczała ci mleczka. Założę się, że myślałeś, iż ono się robi w butelkach, prawda? Otóż nie, ono robi się w mamusiach, a twoją mamusią jestem właśnie ja, ja, twoja własna mamusia. Zdaje się, że nie bawi cię zbytnio taki stan rzeczy.
Panująca cisza sprawiła, że obejrzała się za siebie. Stali w pewnej odległości i patrzyli na nią z szacunkiem.
Poczuła, że się rumieni, i odwróciła się do nich plecami, powracając do dziecka kocykiem.
— Niech sobie patrzą — szepnęła. — Dla nas to nie obchodzi, prawda? My chcemy tylko, żeby nam było wygodniej i przytulnie, właśnie tak, jak teraz. No, już lepiej?
— Chwała ci, Rosemary — powiedziała Helen Wees.
Inni podjęli:
— Chwała ci, Rosemary. Chwała ci, Rosemary.
Minnie, Stavropoulos i doktor Sapirstein. Guy także zawołał:
— Chwała ci, Rosemary.
Rosemary lekko poruszyła wargami, ale nie wydała głosu.
— Chwała ci, Rosemary, matko Adriana! — zawołał Roman.
Podniosła wzrok znad wózka.
— Nazywa się Andrew — oświadczyła. — Andrew John Woodhouse.
— Adrian Steven — twierdził Roman.
— Posłuchaj, Roman — odezwał się Guy, a Stavropoulos stojący po drugiej stronie Romana dotknął jego ramienia i powiedział:
— Czy imię jest naprawdę takie ważne?
— Niech będzie — upierał się Roman. — Ma na imię Adrian Steven…
— Rozumiem, dlaczego chcesz go tak nazywać — powiedziała Rosemary — ale niestety. Nie możesz. Ma na imię Andrew John. To nie jest imię twoje, i to nie podlega w ogóle żadnej dyskusji. A także co do ubranek. Nie może stale chodzić w czarnych.
Roman otworzył usta, żeby odpowiedzieć, ale Minnie, rzuciwszy mu wymowne spojrzenie, wtrąciła:
— Witaj Andrew.
Wszyscy inni też zaczęli wołać:
— Witaj Andrew. Witaj Rosemary, matko Andrew. Chwała ci, Szatanie.
Poprawiła kocyk wokół dziecka.
— To podobało ci się „Adrian”, prawda? — powiedziała cicho do wózka. — Ani słowa. Steven? No proszę, przestań patrzeć tak smutno. — Dotknęła końca Jego nosa. — Umiesz już się uśmiechać? Umiesz? No, mały dziwooki Andy, umiesz się śmiać? Uśmiechniesz się do mamusi? — Dotknąwszy srebrnego ramienia wózka rozkołysała go. — No, Andy, Jesteś przecież moim synkiem, dziecinko-kruszynko.
Japończyk podsunął się naprzód ze swym aparatem, przykucnął i zrobił szybko dwa, trzy, cztery zdjęcia, jedno po drugim.
(Skróty w tekście pochodzą od redakcji.)
Książka ukaże się nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Tekst pochodzi z numeru 2151/1986 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.