Dziecko Rosemary (2) Ukryte drzwi Dziecko Rosemary (2) Ukryte drzwi
i
„Wielki Czerwony Smok i Kobieta Odziana w Słońce" (The Great Red Dragon and the Woman Clothed with the Sun), William Blake, ok. 1805 r., Brooklyn Museum (domena publiczna)
Opowieści

Dziecko Rosemary (2) Ukryte drzwi

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Ira Levin
Czyta się 14 minut

Tuż przed porodem Rosemary ucieka z domu. Oddaje się pod opiekę dr. Hilla, gdyż nie dowierza już dr. Sapirsteinowi. Uważa, że przeciw niej spiskuje także jej mąż, Guy. Ci jednak zabierają ją z powrotem do domu.

Ukryte drzwi

Światło.
Sufit.
Ściana.
Ból pomiędzy nogami.
I Guy. Siedzi obok łóżka, patrzy na nią z lękliwym, niepewnym uśmiechem.
— Hej, cześć — mówi.
— Cześć — ona odpowiada.
Ból okropny.
A potem sobie przypomniała. Koniec. Koniec. Dziecko się urodziło.
— Jak z nim? — spytała.
— W porządku, znakomicie — odrzekł.
— Co to jest?
— Chłopiec.
— Naprawdę? Chłopiec?
Skinął głową.
— Jest zdrowy?
— Tak.
Powieki jej opadły; uniosła je z wysiłkiem.
— Zadzwoniłeś do Tiffany’ego? — spytała.
— Tak.
Pozwoliła powiekom opaść i zasnęła.

Potem przypomniała sobie więcej. Obok łóżka siedziała Laura-Louise, czytając Reader’s Digest przez szkło powiększające.
— Gdzie ono jest? — spytała Rosemary.
— Ojej, kochanie — podskoczyła na krześle Laura-Louise; upuszczona na kolana robótka ukazywała splecione czerwone linie… — ależ mnie przestraszyłaś! Takie nagłe przebudzenie. Śpij! — zamknęła oczy i odetchnęła głęboko.
— Dziecko. Gdzie jest dziecko? — pytała Rosemary.
— Poczekaj chwileczkę — Laura-Louise wstała, trzymając Digest zaciśnięty palcami dłoni trzymającej pompkę. — Sprowadzę Guya i doktora Sapirsteina. Są tu w kuchni.
— Gdzie dziecko? — powtórzyła Rosemary, ale Laura-Louise wyszła bez odpowiedzi.

Usiłowała wstać, lecz upadła z powrotem na wznak, jej ramiona wydawały się pozbawione kości. A pomiędzy nogami czuła ból, jakby wbijał się tam cały pęk noży. Leżała i czekała, usiłując przypomnieć sobie, przypomnieć. Był wieczór. Na zegarze pięć po dziewiątej. Weszli obaj, Guy i doktor Sapirstein. Twarze mieli poważne i surowe.
— Gdzie dziecko? — zwróciła się do nich.
Guy podszedł do krawędzi łóżka, przykucnął i ujął dłoń Rosemary.
— Kochanie… — zaczął.
— Gdzie ono jest?
— Kochanie… — chciał mówić dalej, ale nie mógł. Spojrzał bezradnie na doktora.
Doktor Sapirstein stał, patrząc na nią. Okrucieństwo malowało się w szparach jego oczu.
— Rosemary — odezwał się — były pewne komplikacje, ale to w niczym nie przeszkadza przyszłym porodom.
— Ono…
Patrzyła na niego.
— Umarło — powiedział.
Skinął głową na potwierzenie. Spojrzała na Guya. Ten skinął.
— Było w niewłaściwej pozycji — ciągnął doktor Sapirstein. — W szpitalu miałabyś szansę; lekarz mógłby coś zrobić, ale nie było już czasu, żeby cię tam zawieźć. Próbowaliśmy rano, ale to było zbyt niebezpieczne dla ciebie.
— Będziemy mieli inne, skarbie — odezwał się Guy żarliwie — natychmiast, jak tylko poczujesz się lepiej. Przepraszam.
Doktor Sapirstein dorzucił:
— Oczywiście. Możecie zacząć starać się o następne już za kilka miesięcy, z prawdopodobieństwem stuprocentowego sukcesu; jesteś do tego stworzona. To było nieszczęście, ale zdarzające się raz na dziesięć tysięcy porodów; samo dziecko było w pełni zdrowe i normalne.
Guy ścisnął jej dłoń i starał się uśmiechem dodać jej otuchy:
— Jak tylko poczujesz się dobrze.

Spojrzała na nich — na Guya, na doktora Sapirsteina z okropną orzechową wonią w wąsach.
— Kłamiecie — powiedziała — nie wierzę wam. Kłamiecie obaj.
— Kochanie — zaczął Guy.
— Wcale nie umarło — mówiła dalej. — Zabraliście je. Kłamiecie. Wiedźmy. Kłamiecie. Kłamiecie! Kłamiecie! Kłamiecie! Kłamiecie! Kłamiecie! Kłamiecie! Kłamiecie!…
Guy położył ją, trzymając za ramiona, a doktor Sapirstein zrobił jej zastrzyk.

Pewnego rana, po dwóch albo trzech tygodniach, wydało jej się, że słyszy płacz dziecka. Wyłączyła telewizor i nasłuchiwała. Gdzieś w oddali rozlegał się słaby płacz. A może to nie płacz? Wysunęła się z łóżka i wyłączyła klimatyzator.
Weszła Florence Gilmore z pompką i menzurką.
— Słyszysz płacz dziecka? — spytała Rosemary.
Nasłuchiwały obie.
— Nie, skarbie, nic nie słyszę — oświadczyła Florence. — Wracaj do łóżka; wiesz, że nie wolno ci chodzić. Wyłączyłaś klimatyzator? Nie trzeba tego robić, dziś jest straszliwy upał. Ludzie wręcz umierają z gorąca.

Usłyszała ponownie płacz po południu i jej piersi zaczęły osobliwie cieknąć.
— Jacyś nowi lokatorzy się wprowadzili — powiedział jej mąż, gdy znowu Guy wieczorem przyniósł menzurkę. — Na ósmym.
— I mają dziecko — uzupełniła.
— Tak. Skąd wiesz?
Rzuciła mu krótkie spojrzenie.
— Słyszałam płacz.

Słyszała go następnego dnia. I następnego. Przestała oglądać telewizję i trzymała przed sobą książkę, udając, że czyta, ale w rzeczywistości słuchała, słuchała.
To nie było na ósmym. To było tu, na siódmym.
I zwykle pompkę i menzurkę przynoszono jej w parę minut po tym, jak zaczynał się płacz. A płacz kończył się w kilka minut po wyniesieniu mleka.
— Co z nim robicie? — spytała pewnego razu Laurę-Louise, oddając pompkę i menzurkę z sześćdziesięcioma miligramami mleka.
— Jak to co? Oczywiście wylewamy — odpowiedziała Laura-Louise wychodząc.

Tego popołudnia podawszy Laurze-Louise menzurkę, Rosemary powiedziała: „poczekaj chwileczkę” i chciała włożyć do mleka brudną łyżeczkę do kawy.
Laura-Louise porwała menzurkę.
— Nie trzeba tak robić — odpowiedziała i chwyciła łyżeczkę palcami dłoni trzymającej pompkę.
— Co za różnica? — spytała Rosemary.
— Po prostu niechlujstwo, i tyle.

Żyło…
Żyło w mieszkaniu Minnie i Romana. Trzymali je tam, karmili jej mlekiem — i (dobry Boże, żeby to była prawda) opiekowali się nim, bo jeśli dobrze pamiętała z książki Hutcha, pierwszy sierpnia był jednym z dni specjalnych, dożynki w szamanizmie i sabatach. A może trzymają dziecko, dopóki Minnie i Roman nie wrócą z Europy? Żeby się z nimi pożegnać.
W każdym razie żyje.

Przestała zażywać tabletki, które jej dawali. Chowała je w dłoni, udając łykanie, a potem wpychała je możliwie najgłębiej w szczelinę między materacem a krawędzią łóżka.
Czuła się silniejsza i bardziej przytomna. Trzymaj się, Andy! Niebawem przyjdę! Historia z doktorem Hillem dała jej nauczkę. Tym razem nie zwróci się do nikogo, nie będzie od nikogo oczekiwać, że jej uwierzy i ją wybawi. Ani od policji, ani od Joan, od przyjaciół czy od Grace Cardiff, ani nawet od Briana. Guy był zbyt złym, podłym aktorem, doktor Sapirstein zbyt sławnym lekarzem; w tej sytuacji wysłuchano by ich obojga; jej wersja uchodziłaby za chorobę umysłową na tle utraty dziecka. Jeśli zdoła uciec z dzieckiem, sama je odchowa, ucieknie jak najdalej, z dala od tych wszystkich wariatów.

I miała w ręku pewien atut. Wiedziała mianowicie — a oni nie wiedzieli, że ona wie — iż istnieje jakieś tajne przejście z jednego mieszkania do drugiego. Tamtego wieczoru drzwi były założone łańcuchem — była tego również pewna jak tego, że słońce, na które patrzy, wzejdzie rano — a mimo to wszyscy tu jakoś przeniknęli. Skąd więc weszli?
A może to była tylko szafa na bieliznę, łącząca drzwi sypialni z pokojem Minnie, która na pewno zmarła od tych samych rączek starego Hutcha. Szafę ustawiono tam, by przesłonić boki; szafka kuchenna za jadalnią, a jeśli pani Gardenia należała do kręgu — dawała przecież Minnie swoje zioła, Terry tak powiedziała — to coś bardziej logicznego niż ruchome ściany i ruchome ściany szafy i chodzenie tam i z powrotem krótszą drogą i bez ujawniania tych odwiedzin państwu Brubun i panu Dubin-I-Devore? To jest bieliźniarka.

To szafa kuchenna.
We śnie, który miała już dawno temu, przechodząc do szafy… To nie był sen, to był znak z niebios, który miała pani obrócić z perspektywy swojej teraz, w godzinie próby, by ją uratował.
O, Ojcze Niebieski, wybacz mi, że wątpiłam! Wybacz mi, że obawiałam się Ciebie. Ocal dziecko i pomóż mi, pomóż mi w potrzebie! O Boże, sługo Twój, pomóż mi uratować moje niewinne dziecko!

Rozwiązaniem były, oczywiście, tabletki. Wrzucała rano pod materac i wydobyła je, jedna po drugiej. Osiem, wszystkie jednakowe: białe, małe kółka, z krzyżykiem przez środek dla łatwiejszego łamania na pół. Czymkolwiek były, po dwóch tabletkach czuła się bezwładna i obojętna, a zatem osiem oznaczało głębokie otumanienie albo błogi sen… Rozgniotła tabletki na proszek, zawinęła je w kawałek okładki gazety i schowała na dno swojej paczki chusteczek higienicznych.

Udawała nadal bezwolność i obojętność, zjadła swoje posiłki, przeglądała czasopisma i usypiała znowu.
W stosownym momencie znalazła się przy niej Leah Fountain. Weszła, gdy Helen Wees wyniosła mleko, i powiedziała:
— Cześć, Rosemary! Pozwoliłam dzisiaj innym dziewczętom mieć wolne, niech wezmą na ten czas moją kolej. Przewiduję kino tu u ciebie! Jest coś dobrego w programie dziś wieczór?
Poza Leah nie było w mieszkaniu nikogo. Guy poszedł się spotkać z Alfonsem i omówić z nim parę kontraktów.

Oglądały film z Fredem Astaire’em i Ginger Rogers; w przerwie na reklamę Leah wyszła do kuchni i wróciła z dwoma filiżankami kawy.
— Jestem też trochę głodna — powiedziała Rosemary, gdy Leah postawiła filiżanki na nocnym stoliku. — Czy nie sprawiłoby ci kłopotu zrobienie mi kanapki z serem?
— Oczywiście, że nie, moja droga — odpowiedziała Leah. — Chcesz z sałatą czy z majonezem?
Wyszła znowu, a Rosemary wydobyła z paczki chusteczek ową chusteczkę z proszkiem. Wsypała zawartość do filiżanki Leah i zamieszała ją łyżeczką, którą potem wytarła w chusteczkę. Podniosła z łóżka ciężką filiżankę, piła drżącą ręką do ust własną filiżankę, ale drżała ona tak mocno, że musiała ją odstawić z powrotem.

Gdy jednak Leah wróciła z kanapką, Rosemary siedziała i spokojnie popijała kawę.
— Dziękuję — powiedziała, podnosząc ją do ust. Kawa jest trochę gorzka, chyba za długo stała.
— Zrobić świeżej? — spytała Leah.
— Nie, nie, wcale nie jest taka zła.
Leah usiadła obok łóżka, wzięła filiżankę, zamieszała kawę i spróbowała.
— Och — chrapnęła i otworzyła oczy, kiwnęła głową na potwierzenie uwagi Rosemary.
— Ale da się wypić — powiedziała Rosemary.

Oglądały dalej film; po jeszcze dwóch przerwach głowa Leah opadła i zaraz poderwała się na nogi. Leah odstawiła spodek i filiżankę w dwóch trzecich pustą. Rosemary jadła ostatni kawałek kanapki i oglądała Freda Astaire’a i dwóch innych ludzi tańczących na ekranie, by zamknąć ich w chłodnym, odległym, nierealnym wesołym miasteczku.
Podczas następnej części filmu Leah zasnęła.
— Leah? — odezwała się Rosemary.
Stara kobieta spała na siedząco chrapiąc, z twarzą na piersi, ze zwróconymi ku górze bezwładnymi dłońmi na kolanach. Z jej dolnej wargi włosy (peruka) zsunęły się do przodu, na ciemieniu odsłoniły się włosy rzadkie i siwe.

Rosemary wyszła z łóżka, wsunęła stopy w pantofle i nałożyła pikowany biało-niebieski szlafrok, który kupiła kiedyś, gdy go mieć w szpitalu. Wychodząc po cichu z sypialni przymknęła drzwi, po czym podeszła do drzwi wejściowych i zamknęła je cicho na łańcuch i zasuwę.

Potem weszła do kuchni i ze stojaka na noże wzięła najdłuższy i najostrzejszy nóż — prawie nowy nóż do krojenia mięsa, o lśniącym, ostrym w szpic i ciężkim, czarną rękojeścią o przekroju trójkąta. Trzymając go u boku ostrzem w dół, opuściła kuchnię i przez przedpokój poszła w stronę bieliźniarki.

Gdy tylko ją otworzyła, stwierdziła, że miała rację. Półki wyglądały schludnie i porządnie, ale zawartość dwu z nich została zamieniona; ręczniki kąpielowe i do rąk były tam, gdzie powinny być zimowe koce, i na odwrót.
Położyła nóż na progu łazienki i wyjęła z szafy wszystko z wyjątkiem tego, co mieściło się na górnej półce, zamocowanej na stałe półce. Ułożyła ręczniki, pościel oraz małe i duże pudełka na podłodze, po czym wyjęła cztery półki ułożone w niepamiętnych czasach wyścielone papierem.

Tylna ściana szafy poniżej górnej półki była dużą białą płytą, którą otaczała wąska biała rama. Stojąc tam i odchylając się na wieszaki z ubraniami, pociągnęła za ramę i spostrzegła, że w miejscu, gdzie płyta styka się z ramą, farba jest pęknięta na całej długości. Nacisnęła jedną stronę płyty, potem drugą; płyta obróciła się z cichym skrzypieniem na skrzypiących zawiasach. Wewnątrz było ciemno. Druga szafa. Na podłodze istniały puste cienie, wieszaki, widniała też w drzwiach jasna plama. Zrobiła krok i poczuła pod nogami szorstki dywan. Otworzyła płytę na całą szerokość, weszła do drugiej szafy i przykucnęła. Przez dziurkę od klucza dojrzała w odległości około pięciu metrów znaną jej małą kunsztowną szafkę, która stała na rogu w przedpokoju Minnie i Romana.

Nacisnęła lekko drzwi. Były otwarte.
Zamknęła je i wycofała się przez pierwszą szafę, po czym z walizką weszła znów do pierwszej, potem do drugiej, tak by znowu nie wyjrzała przez dziurkę od klucza i uchyliła drzwi, ale tylko odrobinę.

Następnie otwarła je szeroko, trzymając nóż za plecami na podwyższeniu wysokości ramienia i wyszła wprost do dużego, jasnego salonu.
Przedpokój był pusty, ale z salonu dobiegały głosy; pokój był wielki, w środku ciemno. Po lewej — sypialnia Minnie i Romana, z zapaloną lampką nocną. Łóżeczka ani dziecka nie było.

Szła czujnie przez przedpokój. Drzwi po prawej były zamknięte, drugie, po lewej, były drzwiami od bieliźniarki.
Nad ową kunsztowną szafką wisiał mały, jak dłoń, obrazek, który przedstawiał płonący kościół. Dawniej był tam tylko jaśniejszy prostokąt i hak, a teraz ten szokujący obraz. Jakby katedra św. Patryka, dość podobny; żółte i pomarańczowe płomienie wydobywały się przez okna i wypalony dach…
Gdzie ona to widziała? Płonący kościół…
We śnie. W tym śnie, w którym przenosili ją przez bieliźniarkę. Guy i jeszcze ktoś… Za nimi szli inni. Do sali balowej, w której na ołtarzu płonął kościół. W której płonął ten kościół.
Ale jakże to możliwe?
Czy naprawdę przewożono ją przez szafę, tak, iż potem ujrzała ten obraz?
Znaleźć Andy’ego. Znaleźć go. Znaleźć.
Z uniesionym wysoko nożem skręciła w lewo, w stronę, skąd dochodziły zamknięte drzwi. Następny obraz: nadzy mężczyźni i kobiety tańczący w kręgu. Przed nią i dwoje drzwi na prawo — wejście do salonu. Głosy donioślejsze.
— Jeśli nadal czeka na samolot! — powiedział pan Fountain, rozległ się wybuch śmiechu i zarazem uciszanie tej wesołości.
Na sali balowej ze snu Jackie Kennedy mówiła po cichu, coś uprzejmie, potem wyszła, a potem wszyscy inni, ale nie było tu żadnej czarnoskórej; byli nadzy i śpiewali stojąc wokół niej. Czy to się naprawdę zdarzyło? I na skórze Guya były te same znaki i linie, które doktor Sapirstein kreślił na jej brzuchu czerwoną farbą. Czerwonej farby? Czy krwi?
— Och, do diabła, Guy — powiedziała Minnie — weź te książki ode mnie. U nas się mówi: „robić kogoś na szaro”.
Minnie! Wróciła z Europy? I Roman też? Ale przecież nie dalej jak wczoraj nadeszła kartka z Dubrownika mówiąca, że zostaną tam dłużej…
Czy oni w ogóle wyjeżdżali?
Była już w wejściu do salonu, widziała regały, szafy i stoliki do brydża zawalone gazetami i stertami kopert. Czarnoksięski krąg znajdował się po drugiej stronie. Śmiali się, rozmawiali przyciemnionymi głosami. Podzwaniały kostki lodu.
Mówił Roman; głos miał zdarty. Ścisnęła mocniej nóż, zrobiła krok do przodu i przystanęła osłupiała.

(Skróty w tekście pochodzą od redakcji.)

 

Tekst pochodzi z numeru 2149/1986 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana
i
„Wielki Czerwony Smok i Bestia z Morza" (The Great Red Dragon and the Beast from the Sea), William Blake, ok. 1805 r., National Gallery of Art (domena publiczna)
Opowieści

Dziecko Rosemary (3) Matka Szatana

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Ira Levin

Rosemary urodziła dziecko. Martwe — powiedział doktor Sapirstein, jednak mąż ustąpił, a dziecko… urodziło się następcą, zdrowe. Ale dziecko żyje, było u Minnie i Romana. Karmili je jej mlekiem. Rosemary przez szparę ścienną dostaje się do ich mieszkania…

Matka Szatana

W wykuszu jedynego, ogromnego okna stał wielki wózek dziecięcy. Był cały czarny; przybrany koronkami, frędzlami i falbanami z czarnej organdyny. Na czarnej wstążce przypiętej do czarnej budy obracała się jakaś srebrna ozdoba.
Nie żyje? Ale nie, niepotrzebnie się przestraszyła, sztywna organdyna drżała, srebrna ozdoba poruszała się lekko.
Był tam. W tym wieku monstrualnych, zbrodniczych wiedźm.
Tą srebrną ozdobą był odwrócony do góry nogami krucyfiks; czarna wstążka opasywała kostki Jezusa.
Zdumiewające, ale nie zauważyli. Nadal gawędzili, słuchali, popijali, zajęci miłym życiem towarzyskim, tak jakby ona była duchem albo jakby jej w ogóle nie było. Stał tam, mąż, Guy (kontrakty?), pan Fountain, państwo Wees, Laura-Louise i schludny młody Japończyk w okularach — wszyscy oni zgromadzili się pod wiszącym nad kominkiem portretem Adriana Marcato. Tylko on ją dojrzał. Stał, patrząc na nią, nieruchomy, potężny, a jednak bezsilny, malowidło.
Potem dojrzał ją także Roman; odstawił drinka i dotknął ramienia Minnie. Zapadła nagle cisza, a ci, którzy siedzieli plecami do drzwi, zaciekawieni odwrócili głowy. Guy uniósł się z krzesła, ale usiadł z powrotem. Laura-Louise zakryła dłońmi usta i zaczęła kwilić. Helen Wees powiedziała:
— Wracaj do łóżka, Rosemary. Wiesz, że nie możesz wstawać.
— Zwariowała albo zabiera się do parapsychologii. — Co ta matka? — spytał Japończyk, a gdy Roman skinął głową, syknął na Helen i przystąpił do Rosemary z zainteresowaniem.
— Zabiła Leah — powiedział pan Fountain wstając. — Zabiła moją Leah. Zabiłaś ją? Gdzie ono jest? — Zabiłaś moją Leah…
Rosemary patrzyła na nich, patrzyła na Guya. Guy opuścił wzrok z zaczerwienioną twarzą.
Zacisnęła palce na rękojeści noża.
— Tak — powiedziała. — Zabiłam ją. Zakłułam na śmierć. Wymierzam nóż, a teraz zabiję każdego, kto się do mnie zbliży. Powiedz im, Guy, jak bije nóż we mnie.
Guy milczał. Pan Fountain usiadł z dłonią przyciśniętą do serca. Laura-Louise kwiliła.
Obserwując ich bacznie, Rosemary ruszyła ręką w kierunku wózka.
— Rosemary — zaczął Roman.
— Zamknij się! — przerwała.
— Zanim spojrzysz na…
— Zamknij się! Jesteś w Dubrowniku. Nie słyszę cię.
— Zostaw ją! — powiedziała Minnie.
Nie spuszczała z nich wzroku, dopóki nie znalazła się przy wózku; nożem groziła im w ich kierunku. Wolną ręką ujęła umieszczony z przodu czarny uchwyt i obróciła wózek powoli, delikatnie, aby do niego zajrzeć. Tafta chrzęściła; żywe koła skrzypiały.
Uśpiony, słodki, maleńki Andy o różowej buzi leżał owinięty w miły czarny kocyk; jego rączki odziane były na czarne rękawiczki zawiązane wokół nadgarstków na tasiemki. Miał pomarańczoworude włoski, zdumiewająco obfite, jedwabiste i wyczesane. Andy! Och, Andy! Wyciągnęła ku niemu rękę, chowając nóż za siebie; skrzywił się, błysnął pomarańczoworudym blaskiem i otworzył oczy i spojrzzał na nią. Miał oczy złotożółte, całe złotożółte, bez białek i bez tęczówek. Całe złotożółte, z pionowymi czarnymi kreskami źrenic.
Patrzyła na niego ze zdumieniem.
On patrzył na nią, złotożółto, a potem skierował wzrok na kołyszący się, odwrócony do góry nogami, krucyfiks.
Spojrzała na nich, obserwujących ją, i z uniesionym ponownie nożem zawołała:
— Coście zrobili z jego oczami?
Zaczęli się oglądać na Romana.
— Na jego drogę Guya — rzekł Roman. — Spojrzała na niego, potem na Guya, który zakrywał oczy dłonią, potem znowu na Romana.
— O czym ty mówisz? Guy ma oczy piwne, normalne!
— Coście zrobili z nim, wy szaleńcy? — Rysy jej w ich stronę gotowe do bicia!
— Szatan jest Jego Ojcem, nie Guy — powiedział Roman. — Jego Ojcem jest Szatan, który przybył z Piekieł i począł Syna w śmiertelnej kobiecie! Aby pomścić krzywdy doznane przez niezłomnie Mu wiernych od czcicieli Boga!
— Chwała ci, Szatanie — powiedział pan Wees.
— Szatan jest Jego Ojcem, a Jego imię jest Adrian! — krzyczał Roman, jego głos brzmiał coraz głośniej i dumniej, z coraz większą mocą. — On obali możnych i zniszczy ich świątynie! On zbawi wzgardzonych i pomści spalonych i torturowanych!
— Witaj Adrianie! — zawołali. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie!
— Witaj Szatanie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Potrząsnęła głową.
— Nie! — zawołała.
— On wybrał ciebie, Rosemary, ciebie spośród wszystkich ludzi — odezwała się Minnie. — Spośród wszystkich kobiet na świecie. On wybrał ciebie. Sprowadził ciebie i Guya do tego mieszkania, sprawił, że ta głupia, jak jej tam, Terry, przestraszyła się i straciła do reszty rozum, tak że musieliśmy zmienić plan; to On urządził wszystko tak, jak miało się zdarzyć, bo On chciał ciebie na matkę Swego jedynego żywego Syna.
— Jego moc jest najsilniejsza z silnych — rzekł Roman.
— Chwała ci, Szatanie — powiedziała Helen Wees.
— Jego potęga przetrwa czasy czasów.
— Witaj Szatan — zawołał Japończyk.
Laura-Louise oderwała ręce od ust. Guy spojrzał na Rosemary spod dłoni podpierającej czoło.
— Nie — odezwała się Rosemary — nie — ręka z nożem opadła. — Nie. Nie, to nie jest możliwe. Nie.
— Spójrz na Jego dłonie — powiedziała Minnie. — I Jego stopy.
— I Jego ogonek — dodała Laura-Louise.
— I na zaczątki Jego rogów — dorzucił Roman.
— O Boże! — szepnęła Rosemary.
— Bóg umarł — rzekł Roman.
Zwróciła się w stronę wózka, upuściła nóż, odwróciła się plecami do obserwującej ją grupy.
— O Boże! — szepnęła i zakryła dłońmi twarz. — O Boże! — zacisnęła pięści i zaczęła krzyczeć w stronę sufitu: — O Boże, Boże, Boże, Boże, Boże!
— Bóg UMARŁ! — grzmiał Roman. — Bóg umarł, a Szatan żyje! Oto Rok Pierwszy, pierwszy rok naszego Pana! Oto Rok Szatana, Boga moc złamana! Oto oczekiwany przez nas syn Adriana!
— Chwała ci, Szatanie! — krzyczeli. — Witaj Adrianie! Witaj Adrianie! Witaj Szatanie!
Cofnęła się — „nie, nie” — cofała się coraz dalej, aż znalazła się między dwoma stolikami do brydża. Stało za nią krzesło; usiadła i patrzyła na nich w osłupieniu.
— Nie!
Pan Fountain wybiegł i popędził przez przedpokój. Guy i pan Wees popędzili za nim.
Minnie wstała, postękując, pochyliła się i podniosła nóż. Wyszła z nim do kuchni.
Laura-Louise podeszła do wózka i zaczęła nim gwałtownie kołysać, robiąc miny do dziecka. Czarna tafta zafalowała, zapiszczały kółka.
Rozległ się dzwonek u drzwi.
— Przepraszam — Roman poszedł otworzyć. — Przemyśl to tak czy owak — rzucił jeszcze przez ramię.
— O Boże! — szepnęła.
— Przestań z tym swoim „O Boże”, bo cię zabijemy — odezwała się Laura-Louise, kołysząc wózek. — Mniejsza o mleko.

Czytaj dalej