Wszystko inne to szum Wszystko inne to szum
i
Eben Alexander, ebenalexander.com
Pogoda ducha

Wszystko inne to szum

Iza Klementowska
Czyta się 30 minut

Na naszych oczach słabnie przekonanie, że człowiek jest tylko tym, co da się zważyć, zmierzyć i zbadać pod mikroskopem. A wraz z nim pęka opowieść, w której świadomość to jedynie efekt pracy neuronów, a śmierć ostateczny – koniec.

W jej miejsce pojawia się inna możliwość: że więcej, niż sądziliśmy, wydarza się poza materią, a to, co najważniejsze, rozgrywa się w relacjach, pamięci i doświadczeniu przekraczającym ciało. Czy umysł naprawdę jest większy niż mózg? Co doświadczenia bliskie śmierci mówią o naturze rzeczywistości? I dlaczego medytacja może być nie ucieczką od świata, lecz drogą do głębszego spotkania z nim? O tym neurochirurg Eben Alexander opowiada Izie Klementowskiej.

Iza Klementowska: Był taki film Alejandra Gonzáleza Iñárritu – 21 gramów – w którym mówi się, że kiedy umierasz, tracisz 21 gramów. To waga duszy, która opuszcza ciało i wraca do źródła. Zgadzasz się z tym?

Eben Alexander: To, co stało się dla mnie bardzo jasne po 17 latach pracy z innymi naukowcami i po moim doświadczeniu śmierci klinicznej w 2008 r., to fakt, iż zakładamy, że istnieje jakaś zewnętrzna fizyczna rzeczywistość. A to, o czym mówisz – że można mierzyć duszę – jest trochę poza tematem, bo nie istnieje nic poza duszą. Innymi słowy: materia jest w wielu aspektach mają, iluzją. Jest po prostu scenografią, na której rozgrywają się dramaty. Ale ostateczna rzeczywistość – i co ważne, ostateczna wolna wola wszechświata – jest czymś, co jest w nas jako wzajemnie powiązanych istotach duchowych. A więc mówienie o tym, że w chwili śmierci fizyczne ciało traci 21 gramów i to może być waga duszy, pomija większy sens.

Informacja

Z ostatniej chwili! To druga z Twoich pięciu treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu. Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej!

Subskrybuj

Chodzi o duszę. Chodzi o relacje. Chodzi o naszą wolną wolę czynienia świata lepszym miejscem. I to ma ogromny wpływ na kształtującą się fizyczną rzeczywistość. Nie jestem zwolennikiem pomysłu, że 21 gramów to waga duszy. Pod wieloma względami bardzo to umniejsza naturę naszej duchowej i mentalnej istoty, jej powiązania z innymi oraz faktu, że mózg nie produkuje świadomości, lecz działa jak filtr dla tej pierwotnej, uniwersalnej, uogólnionej świadomości – można ją nazwać umysłem Boga. Czegoś, czego ludzie doświadczają w stanach śmierci klinicznej; tego pięknego poczucia jedności poprzez miłość, połączenie i relację. To jest to, co naprawdę istnieje. A cała reszta to szum.

Czym jest ten szum?

To wszystko, co przekonuje nas, że to jest ostateczna rzeczywistość – że ta czterowymiarowa czasoprzestrzeń, w której żyjemy, fizyczny świat, stanowi podstawę rzeczywistości. Nauka, w której byłem szkolony, to materializm lub fizykalizm. I to jest przekonanie, że istnieje wyłącznie to, co fizyczne. Jeden z problemów polega na tym, że nauka opiera się na pomiarze; na porównywaniu, ilościowym ujmowaniu i analizowaniu, jak rzeczy się rozwijają. A więc musi zajmować się rzeczami, które możemy zmierzyć, ocenić i analizować. Jednak tak wiele tego, o czym mówimy w kontekście świadomości i duchowości, to rzeczy, które nie są łatwe do zmierzenia ani skwantyfikowania.

Częścią problemu jest to, że naukowcy odrzucają wszystko, czego nie da się zmierzyć, jako nieistotne tylko dlatego, że ich słabiutkie techniki analizy na tym nie działają. A to zły powód, żeby odrzucać empiryczne dane dotyczące natury rzeczywistości we wszechświecie. Podam przykład, w którym moim zdaniem współczesne badania świadomości robią gigantyczną różnicę i są warte uwagi – chodzi o naturę przeglądów życia. Mówię tu o zjawisku typu „całe życie przelatuje ci przed oczami”. Występuje w co najmniej 50% doświadczeń bliskich śmierci [ang. near-death experience, NDE]. Było opisywane od tysięcy lat, we wszystkich kulturach. Ale kiedy bada się je naukowo – i tu mogę przytoczyć pracę Bruce’a Greysona, sceptycznego psychiatry z Uniwersytetu Wirginii, który bada NDE od 45–50 lat i zna ponad 700 takich przypadków – to w artykule, który opublikował w „Journal of Near-Death Studies” jesienią 2021 r., wyjaśnił on, że jedna trzecia tych przeglądów dotyczy całego życia. Ale jak całe twoje życie może przelecieć ci przed oczami podczas 10‑minutowego zatrzymania krążenia? Ludzie nie rozumieją, że czas ziemski, taki jak go tu mierzymy, nie jest ostatecznym zegarem wszechświata. Wcale nim nie jest. A kiedy znajdujesz się w tamtej sferze, istniejesz w całkowicie ponadczasowej rzeczywistości. Zatem przejście przez całą swoją egzystencję, od narodzin do śmierci, staje się całkowicie możliwe. I właśnie to opisują ludzie w jednej trzeciej przeglądów życia, o których pisał Bruce. W znacznie większym procencie – w granicach 70–80% – ludzie opisują te wydarzenia nie jako wspomnienia, lecz jako ponowne przeżywanie, jakby te wydarzenia działy się teraz. I to jest bardzo ważne, bo wszechświat ma taką moc.

Część osób zacznie jednak wątpić.

Materia­liści powiedzą: „Och, to jakieś wspomnienie, pewnie zniekształcone, nieważne”. Ale kompletnie się mylą, bo to są przeżywane na nowo wydarzenia. Wszechświat pozwala nam ponownie doświadczać wielu aspektów naszego życia – to nie jest tylko przypominanie sobie. Kiedy zorientujesz się, że to naprawdę się dzieje, zaczynasz baczniej zwracać uwagę na to, co przeglądy życia próbują nam powiedzieć o naturze rzeczywistości. Najważniejsze jest, że w 84% przypadków ludzie twierdzili, że to było jak przeżywanie wydarzeń z perspektywy wszystkich zaangażowanych osób. To absolutnie kluczowe. Relacja. Chodzi o relację. I nie tylko o to – ale że wszyscy dzielimy jeden umysł, boski umysł. I ta współdzielona jedność – to jest coś, co najmocniej ujawnia się w NDE i szczególnie w przeglądach życia. Lubię mówić, że wszyscy współśnimy sen jednego umysłu, umysłu Boga. I to tam mamy wolną wolę. A dowodem na nią jest dla nas kwantowa nieokreśloność. W fizyce kwantowej operujemy wyłącznie prawdopodobieństwami – nigdy nie można powiedzieć czegoś definitywnie. A jednak faktyczny wynik zależy od naszego patrzenia, obserwowania, zauważania. To jedna z zagadkowych cech fizyki kwantowej – gdy naprawdę przyjrzeć się światu, rozłożyć go na najmniejsze cząstki: elektrony, kwarki, fotony i tak dalej, okazuje się, że ich zachowanie zależy od wyborów obserwującego umysłu. I w ten sposób kierujemy rozwijającą się rzeczywistością za pomocą naszych wyborów wolnej woli. Kwantowa nieokreśloność jest w samym centrum wolnej woli i głębszego zrozumienia, jak to wszystko się łączy. Ale ostatecznie najważniejszym „teatrem działań” jest świat mentalny, duchowy, ten zjednoczony umysł, a nie fizyczna rzeczywistość. Ona jest czymś bardzo niskopoziomowym i całkowicie determinowanym przez poziom mentalny lub duchowy.

Wierzę, że jesteśmy połączeni: albo z serca, albo z umysłu. Ale jaka jest główna droga połączenia z wszechświatem – przez serce czy przez umysł?

To wszystko jest jednym kanałem. Jak przypomina mi często moja żona: wszystko sprowadza się do świadomości serca. A jako neurochirurg mam naturalne uprzedzenia – mózg, mózg, mózg, umysł. Jednak ostatecznie chodzi o miłość, o połączenie i rodzaj świadomości serca. To najlepsze określenie, jakiego mogę użyć. Ale znów dochodzimy do tego samego problemu: w materialistycznym świecie próbujemy rozbić wszystko na części i powiedzieć: „To szlak, który pozwala na takie zjawiska”. A tymczasem sytuacja jest o wiele szersza. Nie możemy tak łatwo powiedzieć: „To wszystko przez serce, nie mózg” albo: „To wszystko przez mózg, nie serce”. To całe połączenie – fizyczny wszechświat, nasze ciała, nasza przestrzeń mentalna, przestrzeń relacji. Tam zachodzi właściwa akcja. Na to powinniśmy zwracać uwagę.

Tak, ale jak zwracać uwagę? Jak się połączyć?

Medytacja, skierowanie się do wewnątrz, modlitwa kontemplacyjna – wszystko to działa. Kiedy zrozumiesz, że twoje doświadczenie mentalne, fenomenalne doświadczenie istnienia w tym świecie, nie jest jedynie wynikiem reakcji chemicznych i przepływu elektronów w galaretowatej masie między twoimi uszami, ale że jest czymś znacznie większym. Umysł to coś więcej niż mózg. I jest on powiązany z całym kosmosem. To jest klucz: nauczyć się badać umysł. NDE to bardzo głęboka i duchowa eksploracja umysłu. Często używam frazy „umysł ponad materią”. Wszyscy znamy to pojęcie – czy umysł może wpływać na materię? W roli uzdrowiciela: oczywiście, że może. Efekty placebo, spontaniczne remisje, cudowne uzdrowienia w NDE – to wszystko przykłady działania umysłu ponad materią, prowadzącego do wyników, których nie da się wyjaśnić wyłącznie pracą materii. A mówię to jako lekarz zajmujący się uzdrawianiem. Najlepsze przykłady to cudowne uzdrowienia w NDE. W moim przypadku istnieje raport medyczny – analiza mojej dokumentacji – opublikowany w „Journal of Nervous and Mental Diseases” we wrześniu 2018 roku [autorzy: Surabhi Khanna, Lauren Moore i Bruce Greyson – przyp. red.]. W tym raporcie wyraźnie pokazano, że każdy, kto zna się na medycynie na tyle, by go przeczytać, rozpozna, jak poważny był mój stan: skale Glasgow, brak odruchu oczno‑sercowego, wszystkie okropne oznaki, że to meningitis [zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych – przyp. red.] mnie zabijało. A potem wszystko się odwróciło i w ciągu dwóch miesięcy całkowicie wyzdrowiałem. To bardzo szybko, wręcz szokująco szybko.

Być w głębokiej śpiączce przez tydzień z powodu zapalenia opon mózgowo‑rdzeniowych wywołanego bakterią, glukoza w płynie mózgowo‑rdzeniowym na poziomie jeden (dla porównania: u zdrowej osoby to 80–90, przy ciężkim bakteryjnym zapaleniu może spaść do 20). Żaden z konsultantów wzdłuż całego Wschodniego Wybrzeża USA nie widział wcześniej tak ciężkiego przypadku. A jednak obudziłem się i wróciłem. I nie tylko to – wszystkie wspomnienia, które zniknęły podczas doświadczenia, wróciły. A jednym z najbardziej niezwykłych aspektów mojego NDE była amnezja: nie pamiętałem nic o życiu Ebena Alexandra, o ludziach, Ziemi, wszechświecie. Czysta karta.

Dopiero w miesiącach i latach po śpiączce zrozumiałem, dlaczego to było konieczne. Musiałem zostać „zmuszony” do tego stanu absolutnej pustki, by móc otworzyć się na możliwość – a potem wrócić i odzyskać wspomnienia w stanie jeszcze pełniejszym niż przed śpiączką. Przyniosło to najgłębsze lekcje dotyczące pamięci, mózgu, umysłu i świadomości.

Wiem, że wiele osób pytało Cię o Twoje doświadczenie, ale czy mógłbyś powiedzieć coś więcej?

Patrząc wstecz, najbardziej niezwykłe jest dla mnie to, że przede wszystkim rzeczywistość tamtego wymiaru jest ostrzejsza, wyraźniejsza, bardziej szczegółowa niż ta tutaj. Dlatego ludzie wracają z NDE i po 50 latach pamiętają je tak, jakby wydarzyły się wczoraj. Te doświadczenia są tak bogate, potężne, pełne informacji, że nie przypominają zwykłej rzeczywistości. Częściowo dlatego, że znajdujesz się wtedy w całkowicie wiecznym świecie. Widzi się narodziny, śmierć i wszystko pomiędzy – wszystko naraz – i wtedy to nabiera sensu. I takie rzeczy jak trudności, wyzwania, choroby, zranienia – po moim NDE zrozumiałem, że to dary, bo pomagają nam wzrastać. Chodzi o to, jak radzimy sobie z trudnościami, jak nasza wolna wola odpowiada na wyzwania w naszym życiu. Im bardziej potrafimy wejść w tę świadomość miłości i współczucia oraz zaufać, że wszechświat nas wspiera, tym bardziej wszystko zaczyna mieć sens. To szczególnie wyraźne w tej głębokiej duchowej sferze, której doświadcza się podczas NDE. Najważniejszy aspekt mojej podróży – dla tych, którzy nie znają historii – to fakt, że byłem adoptowany. To ogromna część mojej historii. Nie da się przecenić jej znaczenia. Pierwsze cztery miesiące życia spędziłem w domu dla niemowląt, ponieważ moja biologiczna matka nie chciała podpisać dokumentów adopcyjnych. Trafiłem do cudownej, kochającej rodziny, więc to było dobre, ale mimo to w mojej podświadomości pozostała „dymiąca wyrwa” – poczucie, że zostałem odrzucony przez matkę biologiczną. Innymi słowy, gdzieś głęboko miałem pytanie, czy w ogóle zasługuję na miłość oraz istnienie. To nie było świadome, ale bardzo głęboko podświadome. I trwało aż do mojego NDE.

Ważną rzeczą jest to, że spotkałem moją biologiczną rodzinę rok przed śpiączką. I – jak opisuję w książce Dowód [tyt. oryg. Proof of Heaven – przyp. red.] – w roku 2000 dowiedziałem się, że moi biologiczni rodzice pobrali się. To był szok. Zawsze myślałem, że szukam tylko biologicznej matki. Nie sądziłem, że mój ojciec biologiczny nadal był obecny. A potem dowiaduję się, że wzięli ślub i mieli trójkę dzieci, z których najmłodsza córka zmarła dwa lata wcześniej, w 1998 roku. Wciąż opłakiwali jej śmierć, dlatego nie chcieli się ze mną spotkać. A jeśli czytasz literaturę o adopcji, dowiesz się, że jedno z najgorszych doświadczeń to ponowne odrzucenie dorosłego adopcyjnego dziecka. I to właśnie przydarzyło się mnie. Wprowadziło mnie to w „noc ciemnej duszy” w latach 2000–2008, aż do czasu, kiedy miałem moje NDE. W 2007 r. poznałem rodzinę biologiczną. Ale ważne jest to, że w samym sercu mojej duchowej podróży, w tej ultrarealnej sferze – Dolinie Bramy – która wykazywała cechy ziemskie, ale też duchowe, takie jak szybujące kule anielskich istot, miałem anioła stróża.

Kim był?

Była piękną kobietą siedzącą ze mną na skrzydle motyla. To tam wszystko się wydarzyło. Nigdy nie zapomnę jej uśmiechu, pięknej twarzy, miękkich brązowych włosów. Spojrzała na mnie z czystą miłością. A wiadomość, którą mi przekazała – którą przekułem w słowa dopiero wiele tygodni później – brzmiała: „Jesteś głęboko kochany i ceniony na zawsze. Nie masz się czego bać. Jesteś głęboko kochany”. To było niewiarygodnie potężne. I tak, za każdym razem, gdy przechodziłem przez tamten poziom w drodze do „rdzenia”, ona tam była. To skomplikowana historia, skracam ją do fragmentu.

Wiesz, kim była ta kobieta?

Tak. Cztery miesiące po śpiączce otrzymałem pocztą zdjęcie od mojej biologicznej siostry, Kathy – tej, która przeżyła. Było to zdjęcie Betsy – siostry, która zmarła w 1998 r., dwa lata przed tym, gdy dowiedziałem się o jej istnieniu. Nie mogę nawet opisać, jak potężne to było. Poczułem przejmującą znajomość, a następnego dnia, czytając książkę Elisabeth Kübler‑Ross Życiodajna śmierć. O życiu, śmierci i życiu po śmierci, poznałem historię o dziewczynce, która w swoim NDE spotkała brata – choć nigdy nie wiedziała, że go miała.

Słyszałem setki takich opowieści: ludzie w NDE spotykają rodziców, których nigdy nie poznali, a potem widzą ich zdjęcia i nagle uświadamiają sobie, że to ta sama osoba. Ta wzajemna duchowa sieć połączeń jest prawdziwa. I dlatego powinniśmy się na nią otwierać przez modlitwę i medytację – badając umysł i ten duchowy wymiar. W moim NDE najważniejszą rzeczą okazała się tożsamość mojego anioła stróża. Była kluczowa podczas doświadczenia, a kiedy wróciłem na ziemski świat, nie miałem o tym pojęcia. Nigdy wcześniej nie czytałem o NDE, nie interesowało mnie to. Myślałem: „NDE? To sztuczki umierającego mózgu”. Myliłem się. To głęboka wskazówka na temat natury rzeczywistości. A odkrycie, że moją przewodniczką była siostra, której nigdy nie poznałem – to było nie do pojęcia. Gdybym sam miał napisać scenariusz, byłby to mój ojczym, neurochirurg, który mnie wychował.

W medytacji, dwa i pół roku po śpiączce, spotkałem też duszę mojego adoptowanego ojca. Wyjaśnił mi wtedy, dlaczego „nie mógł być rodzicem” – w obu znaczeniach tego słowa. Gdyby to on pojawił się w moim NDE, z moimi dawnymi materialistycznymi przekonaniami uznałbym: „Cóż, widzisz po śmierci tego, kogo chcesz zobaczyć”. Wszechświat jednak „oszukał mnie” i powiedział: „Nie, nie, nie. To nie będzie takie proste i łatwe do podważenia. Zobaczysz ważną dla ciebie duszę, która pomoże ci stać się tym, kim masz być”. Dlatego musiała to być siostra biologiczna, której nigdy nie znałem.

To musiał być szok?

Absolutnie! Cztery miesiące po śpiączce rozważałem to na wszystkie strony. Spędziłem dwa miesiące, zapisując wszystko, co tylko mogłem sobie przypomnieć, zanim przeczytałem jakiekolwiek inne relacje z doświadczeń bliskich śmierci, bo nie chciałem, żeby moja była czymkolwiek „skażona”. Tak więc miałem własną czystą opowieść – 20 tys. słów, które napisałem w ciągu pierwszych czterech do sześciu tygodni po śpiączce. I dopiero wtedy zanurzyłem się w tę literaturę. I byłem zszokowany, kiedy czytałem liczne relacje NDE, odkrywając, że duchowy przewodnik zawsze był kimś niezwykle ważnym w twoim życiu. No więc kim, u licha, była ta młoda kobieta, która była tak piękna i tak wytrwale obecna? Ona była tam za każdym razem, kiedy przechodziłem przez ten poziom. I to właśnie zmusiło mnie do uznania, że powód, dla którego wydawało się to „zbyt realne, by mogło być realne”, był taki, że to rzeczywiście się wydarzyło. Tyle że nie w świecie fizycznym, ale w królestwie, które jest o wiele ważniejsze. To jak platoński świat idei stanowiący matrycę, wzór dla świata mentalnego i duchowego. A on z kolei pozwala nam przenieść to tutaj, do tej emergentnej, fizycznej rzeczywistości.

Tak, to naprawdę niesamowite. Nie powiedziałabym, że Ci zazdroszczę, bo wierzę w większą świadomość. Wierzę, że wszyscy jesteśmy połączeni, więc każdy z nas ma swoją rolę do odegrania, by coś wnieść do tej świadomości.

Mamy swoje obowiązki. Nie przyszliśmy na świat tylko po to, żeby „przelecieć” przez życie. Jesteśmy tu, aby ulepszyć ten świat i poznać siebie. A poznać siebie oznacza poznać „umysł” wszechświata, czyli nas wszystkich, wszelkie nasze wewnętrzne relacje. Każdy element jest ważny – ale ujmowany z perspektywy wolnej woli istot czujących, które są połączone poprzez ten pierwotny, boski umysł. I ostatecznie do tego wszystko zmierza. Dowody prowadzą w jednym kierunku – nigdy nie wrócimy do tej ponurej, ubogiej fikcji materializmu, która udaje, że kiedy twoje ciało i mózg umierają, to jest koniec ciebie. W rzeczywistości to wyzwolenie. Zostajesz uwolniony z kajdan mózgu i ciała oraz z więzienia fizycznego świata – do pełnego uświadomienia sobie duchowego wymiaru, którego jesteśmy częścią.

Owszem. A jak myślisz, dlaczego to musiało przytrafić się akurat Tobie? Byłeś przecież naukowcem, pracowałeś głową. Lekarze – przynajmniej kiedyś – wierzyli tylko w naukę, prawda?

Zawsze byłem otwarty na różne możliwości. Ale jak większość osób szkolonych w naukach w XX i XXI w. chciałem zajmować się tym, co mogę zmierzyć, udokumentować, skwantyfikować. A jednak gdy przechodzisz przez coś tak potężnego i tak realnego, to wręcz wymaga od ciebie wyjaśnienia. Nie możesz udawać, że to jakaś bzdura, halucynacja czy mgliste wspomnienie, jak myślą materialiści, którzy sami tego nie doświadczyli. Dlatego zachęcam do medytacji, modlitwy kontemplacyjnej. Wierzę, że każdy może dojść do tej samej wiedzy co ja poprzez regularną praktykę. Jeśli zapoznasz się z literaturą, zrozumiesz, że NDE są prawdziwe, zaczniesz czytać o możliwościach – a potem zaczniesz medytować. Modlitwa kontemplacyjna to dla mnie forma medytacji. I z czasem sam doświadczysz i otworzysz się na te rzeczy. Osobiste doświadczenie jest najlepszym nauczycielem.

Czy trudno było Ci dojść do siebie po tym wszystkim?

Kiedy wróciłem do domu, zacząłem postrzegać to wszystko jako ogromny dar. To absolutny dar – i coś, co bardzo jednoczy. Nauka o świadomości poprzez badanie NDE i pokrewnych zjawisk, jak doświadczenia współdzielonej śmierci, podczas której zdrowa osoba doświadcza niektórych elementów NDE kogoś umierającego. Na przykład matka umiera w Massachusetts, a jej syn pracuje w ogrodzie w Karolinie Północnej – i w chwili jej śmierci jej dusza przychodzi, „chwyta” jego duszę, zabiera ze sobą, nawet do momentu, w którym świadczy on jej przegląd życia, po czym wraca. Jest wiele udokumentowanych przypadków takiego zjawiska. I one całkowicie obalają pseudowyjaśnienia materialistyczne typu: niedotlenienie mózgu, wzrost CO₂, zaburzenia fizjologiczne. To nie to. To ujawnia znacznie głębszą relację między nami a wszechświatem. I wszystkie dowody prowadzą w kierunku uznania jedności umysłu i duchowej natury wszechświata. Musimy odejść od materializmu, został obalony.

W sensie ściśle naukowym wielkim potwierdzeniem duchowego wymiaru rzeczywistości był rok 2022 i Nagroda Nobla w fizyce za splątanie kwantowe. Splątanie to dowód na istnienie pola mentalnego wszechświata – głębszej warstwy informacji, która wykracza poza czasoprzestrzeń. A w badaniach świadomości ma to kluczowe znaczenie, ponieważ wszystkie procesy, którym neurobiologia przypisuje powstawanie doświadczeń mentalnych, opierają się na cząstkach kwantowych: jonach, kanałach jonowych, pęcherzykach synaptycznych. A te działają w tak ciasnych warunkach, że zasada nieoznaczoności Heisenberga ma ogromne znaczenie. To właśnie tam spotyka się świadomość i fizyka kwantowa – w kanałach jonowych i w efekcie działania pól kwantowych, które pozwalają na transfer informacji poza tradycyjne ograniczenia przestrzenno-czasowe. To umożliwia mentalnej sferze „przerzucanie się” w fizyczną i manifestowanie rzeczywistości. Ostatecznie przyczynowość działa na poziomach wyższych niż to, co mieści się w czterowymiarowej czasoprzestrzeni.

Czy wierzysz, że możemy łączyć się z wszechświatem oraz innymi istotami poprzez sen lub inne formy?

Z pewnością czułem to w swoim doświadczeniu NDE. Odczuwałem istnienie cywilizacji o wiele bardziej rozwiniętych niż nasza, ale w tym samym mentalno-duchowym wszechświecie. Wszyscy przyczyniamy się do ewolucji samej świadomości. I dla mnie było oczywiste, że istnieją wszelkie formy cywilizacji oraz inne przejawy czucia we wszechświecie. I wszystko to jest ze sobą powiązane, zmierzając ku wspólnemu wzorcowi wzrostu – zrozumieniu jedności wszechświata. Myślę, że można się z nimi łączyć w medytacji. Medytuję codziennie, godzinę lub dwie, i nie zamieniłbym tego na nic innego. W tych doświadczeniach często staram się, aby moje pytanie czy intencja na początku medytacji otworzyły mnie szeroko na bardziej zaawansowane formy świadomości. Nadal nad tym pracuję. Obecnie skupiam się zwłaszcza na uzdrawianiu innych i pomaganiu im, staram się wnieść trochę spokoju do tego świata. To jest główny kierunek mojej medytacji.

Jak to robisz?

To polega na uznaniu, że w medytacji nie chodzi tylko o konkretne, racjonalne, językowe cele, które możesz sobie ustawić, ale o emocjonalną prawdę w osiąganiu tego celu. I o odczucie tego w sercu; o wrażenie, że osiągnąłeś to, do czego dążysz. Często to emocjonalne zaangażowanie pozwala mi znaleźć ścieżkę w medytacji, która pokazuje, jak to działa. Chodzi o bardzo głębokie skupienie na uczuciach, na świadomości serca, o której rozmawialiśmy wcześniej, a także o wykorzystanie poczucia sukcesu w zrealizowaniu danego celu – cokolwiek to jest: uzdrowienie kogoś, uzdrowienie ludzkości czy coś innego. To doznanie w sercu, że udało ci się to osiągnąć, pozwala temu zacząć przejawiać się w rzeczywistym świecie.

Naprawdę wierzę w takie manifestacje. Czasami mi się to zdarzało. Czułam w sercu, że chcę czegoś…

Tak, to według mnie działa najlepiej.

Ale trudno to wytłumaczyć komuś, kto w to nie wierzy.

Owszem, dlatego warto po prostu zasugerować ludziom, żeby spróbowali. Bo jedyny sposób, żeby zobaczyć głęboką prawdę, to samemu jej doświadczyć. Albo zobaczyć efekty u innych. To często pomaga. Kiedy widzisz ludzi, którzy wydają się zdrowi, promieniejący ponad to, co można by oczekiwać, to często dlatego, że mają wewnętrzną świadomość i uznanie, że emocjonalne zaangażowanie oraz poczucie sukcesu w osiągnięciu celu pozwala naprawdę go osiągnąć.

Czy 30 lat temu czułeś jakiś brak w swoim życiu? Wiele osób, które są „przebudzone”, mówi, że czuło pustkę.

Tak, wiedziałem, że czegoś brakuje. I to było głęboko związane z adopcją. Nie wiedziałem, co będzie odpowiedzią, aby to wypełnić. Ale nagle, bam – przechodzę głębokie doświadczenie bliskie śmierci. Zmienia ono moje życie. Wróciłem i pomyślałem: „O, teraz to ma sens”. Doświadczenia bliskie śmierci są zawsze dostosowane do osoby, która je przeżywa. Nie istnieją po to, aby być same w sobie – służą jako narzędzie nauczania, katalizator pozwalający duszy dojść do wyższej świadomości siebie, relacji z wszechświatem, poczucia sensu i celu w połączeniu z innymi istotami czującymi. To właśnie musiałem przejść – proces przebudzenia. Dlatego z perspektywy czasu jest oczywiste, że głębokim przesłaniem była moja siostra biologiczna, której nigdy nie znałem. To był dla mnie ogromny dar. Nie zamieniłbym na nic mojej choroby, ale dało mi to potężną lekcję jako lekarzowi i uzdrowicielowi: że mamy moc przywracania sobie pełni i zdrowia. Jakikolwiek stan fizyczny, mentalny czy emocjonalny, musi ostatecznie mieć fundament w zdrowiu duchowym. Jest ono uznaniem naszej jedności z wszechświatem – tego, że siłą łączącą wszechświat jest miłość. To właśnie NDE pokazują w ogromnej liczbie przypadków: wszystko sprowadza się do miłości i relacji. Nic innego nie ma znaczenia. Beatlesi mieli rację. Dionne Warwick oraz inni śpiewacy mieli absolutną słuszność: „What the World Needs Now is Love”. Ludzie mogą mówić, że doświadczyli miłości, ale w naszej małej codziennej rzeczywistości miłość jest często warunkowa: „Będę cię kochać, jeśli…”.

Jest coś potężnego w miłości bezwarunkowej. Nazywam to miłością Stwórcy do stworzenia, bo współtworzymy ten świat z Bogiem. Kiedy wróciłem ze śpiączki, w książce Dowód nazwałem tę boską siłę „Aum”, bo nie miała żadnych bagaży. To była siła jednocząca; miłość, której doświadczyłem w najgłębszym wymiarze, do jakiego dotarłem. Bez znaczenia, jak nazwiemy tę siłę: Bóg, Allah, Brahman, Wisznu, Jahwe, Wielki Duch, Tao – to wciąż ta sama mądra, kochająca siła wszechświata, której uczymy się ufać przez osobiste doświadczenie. Nasze mózgi działają jak mechanizm dysocjacyjny – oddzielają mały prąd świadomości od pierwotnego umysłu, który identyfikujemy jako nasz własny. Ale kiedy umieramy, ten umysł jest uwalniany z powrotem do oceanu boskiego umysłu.

Jeśli mielibyśmy tylko NDE, doświadczenia współdzielonej śmierci, komunikaty pośmiertne, to i tak byłaby potężna baza danych. A mimo to niektórzy wciąż twierdziliby, że to halucynacje. To, co wymaga, abyśmy przeszli na wyższy poziom, to praca wielu badaczy na świecie. Szczególnie znam Uniwersytet Wirginii i tamtejszy Wydział Studiów Percepcyjnych [ang. Division of Perceptual Studies, DOPS], który od lat 60. bada ponad 2500 przypadków dzieci pamiętających poprzednie życia. Z tych 2500 przypadków 1700 zostało zweryfikowanych – czyli udało się znaleźć osobę, która żyła wcześniej.

Reinkarnacja jest naukowo potwierdzona. Dzieci do 6.–7. roku życia zapominają te wspomnienia – to „programowane zapomnienie”, które pozwala w pełni zaangażować się w życie materialne. Jednak ludzkość przechodzi na wyższy poziom świadomości i powoli uświadamia sobie, że dusze powracają wielokrotnie. To proces ewolucji, wzrostu, poprawy. Podsumowując, jestem bliższy Pierre’owi Teilhardowi de Chardin i jego książce Fenomen człowieka [tyt. oryg. Le Phénomène humain – przyp. red.], który mówił o ewolucji świadomości ku jedności z boskim umysłem. Bóg uczy się samego siebie poprzez nasz wkład w rozwój miłości. To właśnie sprawia, że wszystko nabiera sensu. Wymaga to ogromnej zmiany paradygmatu, która dzieje się teraz. Dane empiryczne ludzi oraz ich doświadczenia pokazują prawdziwą naturę rzeczywistości, wykraczającą poza to, co można zmierzyć w laboratorium.

Czy uważasz, że jako ludzkość jesteśmy obecnie na granicy jakiegoś wielkiego przebudzenia?

Tak, i jest cytat, który bardzo lubię. Pochodzi od Nikoli Tesli – wielkiego wynalazcy, który dał nam współczesny, zelektryfikowany świat. Powiedział, że gdy nauka po raz pierwszy zacznie badać zjawiska niefizyczne, odkryje w ciągu pierwszej dekady więcej niż przez wszystkie poprzednie wieki naukowego wysiłku. To parafraza, nie dokładny cytat, ale sens jest taki. To naprawdę potężne rzeczy. Nie są łatwe ani tanie do zdobycia. Dlatego wymagało to od nas lepszego zrozumienia tych niewyjaśnionych wydarzeń. Uważam więc, że ludzkość wchodzi w zupełnie nową fazę.

Jaką? Czym ona jest?

Powiedziałbym, że w ciągu ostatnich 50 lat poczyniliśmy spory postęp w kierunku pokoju i harmonii. A jednak spójrzmy na ostatnią dekadę – niektóre wydarzenia były absolutnie skandaliczne. To jak cofnięcie się o wiek, do 1939 roku. To jest przerażające. Zachowanie jaskiniowca. Ludzie to homo sapiens – drugie słowo w nazwie oznacza „mądry” i rzeczywiście, w nauce, medycynie, komunikacji czy transporcie widać pewną mądrość. Ale współczesna wojna? Chemicy popełnili swoje grzechy podczas pierwszej wojny światowej z bronią maszynową, gazami trującymi i materiałami wybuchowymi. Następnie w czasie drugiej wojny światowej fizycy popełnili grzech, tworząc broń jądrową.

Z mojego punktu widzenia ludzie muszą się zjednoczyć i sprzeciwić autorytarnym przywódcom nalegającym na konflikty narodowe lub międzynarodowe z użyciem broni nuklearnej. Musimy ich usunąć i pozbyć się wszystkich nukleariów. Możemy to zrobić, jeśli ludzie na świecie powiedzą: „Nie, nie chcemy być zniszczeni przez broń nuklearną”, polityka „wzajemnie gwarantowanej zagłady” staje się nie do przyjęcia. Jeśli ktoś odpali broń, grozi nam wojna nuklearna, która może zakończyć cywilizację ludzką i wiele życia na Ziemi. To czyste szaleństwo. Wszyscy ludzie muszą się zjednoczyć i zdać sobie sprawę, że to nie naród występuje przeciw narodowi, jak się nas często wodzi na manowce. Musimy stać się lepszymi opiekunami planety – przestać palić paliwa kopalne.

Zmiany klimatyczne są realne i mogą zniszczyć tysiące gatunków w nadchodzących dekadach, jeśli nie będziemy ostrożni. Musimy przejść na odnawialne źródła energii. Jeśli naprawdę chcemy twierdzić, że jesteśmy mądrzy, to musimy przestać robić te destrukcyjne rzeczy i przekształcić się w mądrą, zaawansowaną cywilizację. O to chodzi w tej rewolucji.

Wrócę do tematu dzieci, bo uważam, że to bardzo ważne. Mówiłeś, że coś zmienia się w wieku około 6–7 lat. To zazwyczaj moment rozpoczęcia szkoły. Bajkowe dzieciństwo trochę się więc kończy, a zaczynają się nauka, myślenie… Pamiętam, że jako dziecko kochałam bajki. Może to właśnie wspomnienie wyższej świadomości?

Tak może być. Chciałbym zwrócić uwagę na zjawisko w psychologii, znane jako amnezja dziecięca. Kiedy myślimy o swoim życiu, większość z nas pamięta rzeczy od 7.–8. roku życia i później. Ale wspomnienia z wczesnego dzieciństwa, gdy mamy np. 2 lub 3 lata, są znacznie mniej klarowne. W wieku około 6–7 lat następuje przesunięcie w sposobie tworzenia i odzyskiwania wspomnień – to właśnie owa amnezja. Fascynujące jest to, że dzieci, które pamiętają swoje poprzednie życia, zwykle zaczynają o nich zapominać, mając 6 lub 7 lat. To także moment, kiedy zaczynamy tworzyć wspomnienia, do których możemy wrócić jako dorośli. Ten wiek jest magicznym punktem przełomowym między wspomnieniami dzieciństwa i dorosłości. To również pokrywa się z tym, co nazywam „programowaną amnezją”. W naszej kulturze i na obecnym etapie rozwoju ludzkości, wchodząc w dorosłość, nie jesteśmy powołani do tego, by pamiętać każdy szczegół poprzednich wcieleń ani życia pomiędzy nimi. To łagodne wprowadzenie do bogatszej mądrości.

Trochę kontroli, prawda?

Tak, z pewnością jest to element kontroli. Ale ważne jest, by zrozumieć, że ta rewolucja dotyczy przede wszystkim wolności jednostki, wyrażania siebie i wkładu w ewolucję umysłu zbiorowego – tego Bożego umysłu, do którego wszyscy się przyczyniamy.

Pytanie na koniec: czy boisz się fizycznej śmierci?

Nie, bo zdaję sobie sprawę, że to przygoda, właściwie wyzwolenie. Jednak uważam też, że wciąż mam wiele rzeczy do zrobienia na tym świecie, w tym ciele – jako Eben Alexander. Nie czuję więc, że to mój czas, lecz wiem, że kiedy to nastąpi, będzie to niesamowite doświadczenie. To wtedy spotykasz tych, którzy odeszli. Można to zrobić przez modlitwę i medytację, ale w momencie przejścia jest to praktycznie pewne – nasi bliscy będą tam, by nas eskortować; ci, którzy odeszli przed nami. Nie czuję zatem strachu przed śmiercią, lecz podkreślę także ważną rzecz w tej dyskusji: zabijanie życia jest bardzo złe. Zabójstwo i samobójstwo to absolutne naruszenie duchowej mądrości wszechświata. Smutną rzeczą w samobójstwie jest to, że ludzie często po prostu nie rozpoznali miłości, która była obecna w ich życiu. I odkrywają ją natychmiast, kiedy przechodzą na drugą stronę. Dlatego słyszy się wiele historii osób, które w momencie, gdy skaczą z mostu, zaczynają widzieć dusze zmarłych bliskich i uświadamiają sobie: „O nie, to był błąd. Naprawdę się pomyliłem”.

Raymond Moody, który w 1975 r. napisał książkę Życie po życiu [tyt. oryg. Life After Life – przyp. red.], rozpoczynającą rewolucję badań nad doświadczeniami bliskimi śmierci, powiedział, że jedną z rzeczy, jaką może stwierdzić niemal ze stuprocentową pewnością, jest to, że jeśli ktoś próbuje popełnić samobójstwo i doświadczy elementów NDE, takich jak pojawienie się ukochanych osób, poczucie miłości i światła, a następnie wraca do tego świata, nigdy więcej nie podejmuje próby samobójczej. Z kolei u osób, które podjęły próbę samobójczą i nie doświadczyły żadnych elementów NDE, ryzyko ponownej próby wynosi około 80%. Innymi słowy: wiedza zdobyta poprzez próbę samobójczą lub udane samobójstwo wystarczy, by pokazać im miłość, której mogli nigdy nie dostrzegać na Ziemi.

Eben Alexander, ebenalexander.com

Czytaj również:

Dusza z ciała uleciała Dusza z ciała uleciała
i
zdjęcie: Mathias Reding/Unsplash
Pogoda ducha

Dusza z ciała uleciała

Tomasz Wiśniewski

Euforia, wyjście poza ciało, wizje zbyt cudowne, by je opisać. To jednak tylko część prawdy o doświadczeniach bliskich śmierci. Okazuje się, że nie zawsze pojawia się w nich tunel i nie za każdym razem na jego końcu jest światło.

Zanim książka Życie po życiu Raymonda Moody’ego zrobiła światową karierę, istniały znacznie mniej znane prace opisujące doświadczenie blis­kie śmierci (NDE – near-death experience). Za prekur­sora tej tematyki można uznać żyjącego na przełomie XIX i XX w. szwajcarskiego profesora geologii i alpinistę Alberta Heima. Choć nie miał on wykształcenia w zakresie psychologii, był człowiekiem o wszechstronnych zainteresowaniach – badał m.in. terapeutyczne zastosowanie hipnozy i hodował szwajcarskie psy pasterskie.

Czytaj dalej