Prawdziwa historia
Odkąd tylko Marta mogła sięgnąć pamięcią stara kobieta na górze umierała. Leżała w pościeli niby postać z wosku już wówczas, kiedy Marta jako dziecko przychodziła tu z matką, przynosząc umierającej świeże owoce i jarzyny. Teraz Marta była już dorosłą kobietą o płowych włosach związanych na węzeł w tyle głowy, ubraną w fartuszek i wzorzystą sukienkę.
Każdego rankka wstawała o wschodzie słońca, rozpalała ogień i wpuszczała do środka czerwonookiego kota. Przygotowywała herbatę i wchodząc na górę do sypialni na tyłach domku pochylała się nad starą kobietą, której ślepe oczy nigdy nie były zamknięte. Każdego ranka spoglądała w oczodoły starej kobiety i przesuwała po nich ręką. Nie miała pewności czy stara kobieta oddycha.
– Ósma godzina, już ósma – mówiła.
A ślepe oczy uśmiechały się. Zniszczona ręka wysuwała się z pościeli czekając, aż Marta ujmie ją w swą małą, pulchną dłoń i zaciśnie na filiżance. Gdy filiżanka była pusta, Marta napełniała ją, a gdy czajnik się opróżnił, Marta odrzucała białą pościel z łóżka. Stara kobieta leżała tam wyciągnięta w nocnej koszuli, a barwa jej ciała przypominała szarość resztek jej włosów. Marta wygładzała pościel i spełniała zwykłe posługi. Po czym zabierała czajnik. Co ranka spożywała posiłek z chłopcem, który pracował w ogrodzie. Szła do tylnych drzwi i otwierając je dostrzegała go w oddali z łopatą w ręce.
– Już wpół do dziewiątej – mówiła. Był to brzydki chłopak o oczach czerwieńszych od oczu kota, dwu szparkach w twarzy, zawsze śledzących pojawiający się zarys jej piersi. Stawiała przed nim jedzenie i siadała z boku trzymając ręce blisko ognia. Wstając zawsze pytał:
– Czy jest coś do zrobienia?
Nigdy jeszcze nie odpowiedziała tak. Chłopiec wracał do wykopywania ziemniaków na zagonie lub do liczenia kurzych jaj, a jeśli trzeba było zbierać jagody na krzewach ogrodowych, Marta pomagała mu w tym przed południem.
Widząc czerwone porzeczki spiętrzone na swojej dłoni, myślała o pieniądzach ukrytych pod materacem starej kobiety. Jeśli trzeba było zabić kury, umiała zarzynać je o wiele sprawniej od chłopca, który długo trzymał nóż w ranie, a krew z noża wycierał o rękaw. Schwytała kurę, zabiła i przyglądała się, jak ta, z odciętą głową, biega jeszcze po ścieżce ogrodowej. Wtedy wchodziła do domu, by umyć ręce.
Było to w pierwszym tygodniu wiosny. Marta ukończyła dwadzieścia lat, a stara kobieta wciąż wyciągała rękę po filiżankę herbaty, przód jej koszuli nocnej ledwie poruszał się oddechem i fortuna wciąż spoczywała pod materacem. Tyle było rzeczy, których Marta pożądała. Chciała mieć swojego własnego mężczyznę, czarną suknię na niedzielę i kapelusz przybrany kwiatami.
Nie miała w ogóle pieniędzy. W dnie, w które chłopiec zawoził jajka i jarzyny na targ, dawała mu miedziaka otrzymanego od starej kobiety, a pieniądze, które chłopiec przynosił w chuście, wkładała staruszce do rąk. Zarabiała na własne utrzymanie i mieszkanie tak jak chłopak na swoje, choć sypiała w pokoju na górze, a on w łóżku wypełnionym słomą nad pustą szopą.
W słoneczny targowy dzień zeszła do ogrodu, aby ułożyć w głowie swój plan. Zobaczyła dwie chmury na niebie, dwie bezkształtne ręce zaciśnięte wokół głowy słońca.
Gdybym mogła latać – pomyślała – wyfrunęłabym przez otwarte okno i zatopiłabym zęby w szyi starej kobiety.
Lecz chłodny wiatr przewiał tę myśl. Wiedziała o tym, że nie jest prostą dziewczyną, gdyż w zimowe wieczory czytała książki, podczas gdy chłopiec śnił na słomie, a stara kobieta leżała samotnie w ciemnościach. Czytała o Bogu, który spadł w postaci pieniędzy, o wężach obdarzonych ludzkim głosem, o człowieku stojącym na szczycie wzgórza i rozmawiającym z płomieniem.
Na krańcach ogrodu, gdzie płot odgradzał dzikie, zielone pola, natrafiła na kopiec ziemi. Tutaj pogrzebała psa za to, że łapał i zabijał kury w ogrodzie. „W Pokoju Spoczywaj”, głosił krzyż, a datę śmierci wypisano na wspak, jakby pies jeszcze nie umarł.
– Mogłabym ją tu pochować – rzekła Marta do siebie – przy boku psa, pod mierzwą, aby nikt jej nie mógł odnaleźć.
I zacierając ręce dotarła do tylnych drzwi domku w chwili, gdy obie dłonie objęły słońce.
W domu musiała przygotować posiłek dla starej kobiety: tłuczone ziemniaki w rosole. Nóż wydawał jedyny dźwięk, wiatr przycichł, a serce jej było spokojne, jakby je szczelnie owinęła. W głębi domu nic nawet nie drgnęło, ręka Marty zmartwiała na podołku: nie mogła myśleć o tym, że dym uchodził kominem w pogodne niebo. Jej umysł, samotny na świecie, odmierzał czas. Wówczas gdy wszystko zmartwiało, kogut zapiał i przypomniała sobie, że chłopiec ma niedługo wrócić z jarmarku. Poczuła jak ręka jej znów martwieje na podołku. I w śmiertelnej ciszy usłyszała, jak ręka chłopca unosi zasuwę.
Wszedł do kuchni, zobaczył, że Marta obiera ziemniaki i rozwinął swą chusteczkę nad stołem. Słysząc brzęczenie pieniędzy na serwecie, spojrzała na niego i uśmiechnęła się. Nigdy dotychczas nie widział jej uśmiechu.
Niebawem postawiła przed nim posiłek i usiadła bokiem do ognia. Gdy pochyliła się nad nim, poczuł woń koniczyny w jej włosach i ujrzał ślady wilgotnej ziemi ogrodowej pod jej paznokciami. Rzadko wychodziła z domu do tego niezwykłego świata chyba tylko po to, aby zabijać lub zbierać jagody z krzewów.
– Czy zaniosłaś jej kolację? – zapytał.
Nie odpowiedziała. Gdy skończył posiłek, wstał od stołu i powiedział: – Czy jest coś do zrobienia? – tak jak pytał tysiące razy.
– Tak – odpowiedziała Marta.
Nigdy dotąd nie rzekła mu tak. Nigdy dotąd nie słyszał kobiety mówiącej w podobny sposób. Zarys jej piersi nigdy jeszcze nie był tak wyraźny. Potykając się, szedł ku niej przez kuchnię, a ona uniosła swe ręce ku plecom.
– Cóż zrobisz dla mnie? – spytała rozluźniająca ramiączka sukni, aż opadła obnażając piersi. Ujęła go za rękę i położyła ją na swoich piersiach.
Patrzył na jej nagość jak głupiec, po czym wymawiając jej imię porwał ją w objęcia.
– Co dla mnie zrobisz? – spytała. Myśląc o pieniądzach pod materacem, przytulała się do niego pozwalając opaść sukni na podłogę i rozbierając halkę. – Zrobisz, co zechcę, powiedziała.
Po chwili wydarła mu się z ramion i przebiegła cicho przez pokój. Zwrócona nagimi plecami do drzwi prowadzących na górę, skinęła na niego i powiedziała mu, co ma zrobić.– Będziemy bogaci – rzekła.
Próbował znów jej dotknąć, lecz schwytała go za ręce.
– Pomożesz mi – rzekła.
Chłopiec uśmiechnął się i skinął głową. Otworzyła drzwi i zaprowadziła go na górę.
– Stój tu nieruchomo – szepnęła.
W pokoju starej kobiety spojrzała na pęknięty dzban, na uchylone okno i na motto zawieszone na ścianie.
– Już pierwsza – szepnęła do ucha starej kobiety, a ślepe oczy uśmiechnęły się.
Marta objęła palcami szyję starej kobiety.
– Już pierwsza – rzekła i uderzyła głową starej kobiety o ścianę. Wystarczyły trzy słabe uderzenia, aby głowa pękła jak jajko.
– Co zrobiłaś – wykrzyknął chłopiec.
Marta zawołała go, by wszedł. Otworzył drzwi i patrząc na nagą kobietę, która wycierała ręce o łóżko i na krew rozlaną okrągłą czerwoną plamą na ścianie, zaczął krzyczeć z przerażenia.
– Uspokój się – rzekła Marta, lecz on słysząc jej spokojny głos wciąż krzyczał zbiegając w dół.
– Więc Marta musi ulecieć – rzekła do siebie. – Musi wyfrunąć z pokoju starej kobiety z wiatrem.
Otworzyła okno na oścież i wyskoczyła.
– Lecę – zawołała.
Lecz Marta nie pofrunęła.
Tekst pochodzi z numeru 1539/1974 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.
Suknia
Ścigali go od dwu dni po całym okręgu, lecz umknął im u stóp pagórków i ukryty w złotym krzewie słyszał, jak się nawoływali przedzierając w dół doliny. Stojąc za drzewem na skraju pagórków patrzył na pola niżej położone, gdzie pędzili niczym psy, przeszukując krzewy laskami i zaczęli cicho wyć, kiedy mgła nagle opadła z wiosennego nieba i skryła ich przed jego wzrokiem. Lecz mgła była dla niego jak matka, narzuciła mu płaszcz na ramiona w miejscu, gdzie koszula rozdarła się, a krew zakrzepła na łopatkach. Mgła go ogrzała; poczuł smak i wilgoć mgły na swych wargach; jak kot uśmiechał się spoza jej osłony.
Oddalał się od stoku wzgórza nachylonego ku dolinie w stronę gęstych drzew, które mogły doprowadzić go do światła, do ogniska i do miski zupy. Myślał o węglu syczącym na palenisku i o młodej matce stojącej przy nim samotnie. Myślał o jej włosach, które mogłyby stać się istnym gniazdem dla jego rąk. Biegł wśród drzew, aż znalazł się na wąskiej ścieżce. Którą drogę powinien wybrać: czy tę prowadzącą do księżyca, czy od niego oddalającą? Mgła okryła tajemnicą położenie księżyca, lecz w zakątku nieba, gdzie się rozstąpiła, mógł dojrzeć kątowy zarys gwiazd. Podążył na północ, gdzie widniały gwiazdy i nucąc pieśń pozbawioną melodyjności, słyszał, jak stopy zapadały mu się w gąbczasty grunt.
Nastąpił teraz właściwy moment, by zebrać myśli, lecz zanim zdążył je uporządkować sowa zaskrzeczała wśród drzew przewieszonych nad drogą. Zatrzymał się i zamrugał do niej, w głosie jej odnajdując wspólną im obojgu melancholię. Wkrótce ona runie i schwyta mysz. Przez chwilę słyszał, jak skrzeczała siedząc na gałęzi. Po czym przestraszył się jej i poszedł dalej. Nie uszedł więcej niż kilka jardów, gdy z ponownym krzykiem odleciała. Współczujmy zającowi, gdyż łasica wypije jego krew. Droga nachylała się ku gwiazdom, a drzewa, dolina i wspomnienie strzelb zacierały się w pamięci.
Usłyszał kroki. Stary człowiek, połyskujący od deszczu, wystąpił z mgły.
– Dobry wieczór, panu – rzekł stary człowiek.
– Nie ma nocy dla syna zrodzonego z kobiety – odparł szaleniec.
Stary człowiek zagwizdał i niemal biegiem pospieszył w kierunku przydrożnych drzew.
– Niech psy gończe dowiedzą się, zachichotał szaleniec wspinając się na wzgórze, niech psy gończe dowiedzą się. I zręcznie jak lis zawrócił ku miejscu, gdzie mglista droga rozchodziła się w trzech kierunkach. Przeklęte gwiazdy – powiedział, odchodząc w ciemność.
Świat był kulą pod jego stopami; odbijał się, gdy on biegł; po czym spadał; wyłoniły się drzewa. W oddali pies kłusownika wył z łapą schwytaną w potrzask. Słyszał go i biegł jeszcze prędzej myśląc, że wróg depcze mu już po piętach.
– Schylcie się chłopcy, schylcie się – wołał lecz takim głosem jakby wskazywał spadającą gwiazdę.
Nagle przypomniał sobie, że nie spał od czasu swej ucieczki i przystanął. Wody deszczowe, zbyt teraz zmęczone by uderzać o ziemię, rozpryskiwały się spadając i wzlatywały na wietrze niby ziarenka piasku rozsypane przez duszka senności. Gdyby spotkał sen, sen byłby dziewczyną. W ciągu ostatnich dwu nocy idąc lub biegnąc przez opustoszały kraj marzył o tym spotkaniu. Spocznij, powie ona i da mu swoją suknię, aby położył się na niej, sama zaś wyciągnie się przy jego boku. Nawet gdy tak marzył, a gałązki pod jego biegnącymi stopami wydawały odgłos podobny do szelestu jej sukni, wróg nawoływał wśród pól. Biegł naprzód i naprzód pozostawiając sen coraz dalej za sobą. Czasem świeciło słońce lub księżyc, a czasem pod czarnym niebem podrzucał i odtrącał wiatr, aby móc biec dalej.
Gdzie jest Jack? – pytali w ogrodach miejscowości, którą opuścił.
Hen, na wzgórzach z rzeźnickim nożem – mówili uśmiechając się. Lecz nóż przepadł, wbity w drzewo; wciąż jeszcze tam drgał. Podniecenie nie opanowało jego umysłu. Biegł naprzód i wciąż naprzód, wyjąc z braku snu.
Ona zaś, samotna w domu, szyła swą nową suknię. Była to jaskrawa wiejska suknia ozdobiona kwiatkami na staniku. Brakowało paru ściegów, by uczynić ją zdatną do noszenia. Będzie zgrabnie leżeć na ramionach, a dwa kwiaty wykwitną jakby z jej piersi.
Kiedy będzie spacerować z mężem w niedzielne poranki wśród pól dochodząc aż do miasteczka, chłopcy uśmiechać się będą do niej spoza zasłoniętych rękami twarzy, a kształt sukni opięty wokół jej łona wywoła falę obmowy u wszystkich owdowiałych kobiet. Ubrała się w nową suknię i patrząc w zwierciadło nad kominkiem stwierdziła, że suknia była ładniejsza niż przypuszczała. Uwydatniała bladość jej twarzy i czerń długich włosów. Wycięła ją głęboko.
Hen, w głębi nocy pies uniósł swój łeb i zawył. Odwróciła się pośpiesznie od swego odbicia i szczelniej zaciągnęła zasłony.
Tam w głębi nocy poszukiwali szaleńca. Mówili, że miał zielone oczy i poślubił damę. Mówili, że odciął jej usta, ponieważ uśmiechała się do innych mężczyzn. Zabrali go, ale on ukradł nóż kuchenny, napadł na swego opiekuna i zbiegł w dzikie doliny.
Z daleka dostrzegł światło w domu i chwiejnym krokiem dotarł na skraj ogrodu. Po omacku wyczuł okalające go niskie ogrodzenie. Zardzewiały drut podrapał mu ręce, a wilgotna, wstrętna trawa podpełzła do kolan. Z chwilą gdy przekroczył ogrodzenie wybiegła mu na spotkanie cała armia ogrodowa o kwiatowych głowach i zmrożonych ciałach. Pokaleczył sobie palce, a stare rany jeszcze nie zaschły. Skrwawiony człowiek wyłonił się z wrogiej ciemności i wstąpił na schody. Szepnął do siebie: „żeby mnie tylko nie zastrzelili” i otworzył drzwi.
Stała na środku pokoju. Włosy jej opadały niesfornie, a trzy guziki przy kołnierzyku sukni były rozpięte. Dlaczego pies tak wyje? Przerażona tym wyciem i myśląc o zasłyszanych opowieściach bujała się na krześle.
Cóż stało się z tą kobietą? – myślała kołysząc się. – Nie mogła wyobrazić sobie kobiety bez ust. Cóż stało się z kobietą bez ust? – rozmyślała.
Drzwi otwarły się bezszelestnie. Wszedł do pokoju próbując uśmiechnąć się i wyciągając obie ręce.
– Och, przyszedłeś – rzekła.
Wówczas odwróciła się na swym krześle i zobaczyła go. Spryskany był krwią nawet wokół zielonych oczu. Uniosła palce do ust.
– Nie strzelaj – rzekł.
Poruszenie jej ramienia rozsunęło kołnierzyk sukni; patrzył w zdumieniu na jej szerokie, białe czoło, przerażone oczy, usta, a poniżej na kwiaty jej sukni. Wraz z poruszeniem jej ramienia suknia zatańczyła w świetle. Siedziała przed nim okryta kwiatami.
Sen – rzekł szaleniec. I klękając złożył swą oszołomioną głowę na jej łonie.
Tekst pochodzi z numeru 1539/1974 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.