Pewnego dnia
(a dzień był piękny jak skrzypce)
szedłem sobie spacerkiem
przez place i przez ulice.
W parkach grały kapele.
Rzecz się działa w niedzielę.
Lecz co mnie zastanowiło
można powiedzieć ogromnie,
to to, że wszyscy tak miło
się uśmiechali do mnie;
czy kto szedł pieszo, czy jechał,
każy się do mnie uśmiechał.
Hm — myślę — hm… w rzeczy samej
cóż to jest? Popularność.
Popularność nad popularnościami
i wszystko popularność.
To pewnie ten mój poemat,
co go na sercu noszę.
O, rozkosze! O, nieba!
O, nieba! O, rozkosze!
A może, może przez eter
puścili coś całym światem,
że „powitajmy poetę“,
że „czcijmy“, że „onorate“.
I przez to tak w bębny biją
i przez to tak czczą laurowo;
przez to uśmiechy. Triumf
na skalę wszechświatową.
Dopiero pewien facet,
kiedym zapytał go się,
rzekł: — Wyszedł pan na spacer
z wielką plamą od atramentu na nosie.
Tekst pochodzi z numeru 343/1951 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.