Kolejne pokolenia rodziców powtarzają – i powtarzają – kolejnym pokoleniom dzieci:
– …my w waszym wieku byliśmy lepsi, mądrzejsi, pilniejsi…
Dzieci buntują się przeciw tym kwestiom, po czym… wdziewając na siebie skórę rodziców, przejmują pałeczkę w tej swoistej sztafecie i powtarzają swoim dzieciom to nieszczęsne zdanie, zaczynające się od słów: „my w waszym wieku…”
Któż lepiej niż nauczyciele – uczący wiele lat, mający dorobek i doświadczenie pedagogiczne równe niemal wiekowi Polski Ludowej – może wiedzieć, ile jest prawdy a ile mitu w tym sformułowaniu? Oddajmy więc im głos, niech sami porównają swoich pierwszych powojennych uczniów, ich postawy, ideały, ambicje – z ambicjami, marzeniami i cechami charakteryzującymi współczesnych nastolatków.
Mówić będą: Andrzej Schabowski z Krakowa, Stanisława Zaborowska-Nowak z Wrocławia oraz Zofia i Konrad Gutowscy z woj. szczecińskiego.
Oni są mądrzejsi niż wy…
ANDRZEJ SCHABOWSKI był w latach pięćdziesiątych moim nauczycielem – dziś uczy moją córkę. Proszę go o rozmowę, ufną w swej pokoleniowej mitomanii, że utwierdzi moje mniemanie, iż: „my byliśmy bardziej ideowi i szlachetni, oni są pokoleniem konsumpcyjnym, idącym na życiową łatwiznę”. Takie panują stereotypy wyobrażeń o moim pokoleniu, które w czasach szkolnych nosiło zielone koszule i czerwony krawat – i o dzisiejszym pokoleniu „dżinsowym”.
– To wszystko nieprawda – padają pierwsze słowa. – Oni są mądrzejsi niż wy, moi uczniowie z lat pięćdziesiątych, może są tylko mniej dojrzali psychicznie, mają przedłużoną młodość, przedłużone wejście w naprawdę dorosłe życie. Ale zarazem wy, z racji uwarunkowań obiektywnych – kraj był zrujnowany wojną, budował od podstaw domy i fabryki i od podstaw socjalizm – cieszyliście się wszystkim co rosło, co się budowało i tworzyło, a oni dziś chcą, żeby wszystko – nie tylko ich magnetofon czy adapter – było „Hi-Fi”. Oni chcą „Hi-Fi” w zakresie wiedzy i postaw społecznych, w budownictwie i gospodarce, chcą perfekcji w życiu społecznym i moralnym. I z tego punktu widzenia to oni są bardziej wyrafinowani ideowo, niż wy… a że są, jak się to szpetnie mawia, pokoleniem konsumpcyjnym – to czy jest to ich winą, a zarazem waszą winą? Oni z naszego pokolenia akceptują tylko to, co dobre, bezbłędne, nonkonformistyczne, bezkompromisowe, patrzą na nas surowo i krytycznie, mają nam wiele – i słusznie – za złe.
Pamiętaj o jednym: szkoła jest wiernym zwierciadłem swoich czasów społeczno-politycznych, nie jest instytucją, która mogłaby być modelem lepszym od życia, ale takich szkół nie ma. Dziś jest na przykład moda na szkolną samorządność. Niektórzy nauczyciele próbują traktować to formalnie. Nie wiedzą jak wielki popełniają błąd: pozorujący samorządność szkolną uczeń wejdzie kiedyś w dorosłe życie w swoim zakładzie pracy – i nadal będzie tylko pozorował. Nie będzie perfekcjonistą, a szkoda. Szkoła powinna mieć w sobie coś, co wybiega w lepszą przyszłość – a często, niestety, tkwi korzeniami w rzeczywistości i tej dobrej, i tej złej. Zaraz na początku lat pięćdziesiątych, jak opowiadała mi moja koleżanka, nauczycielka, jedna z krakowskich szkół została zobowiązana „ku czci”: „W naszej szkole wszyscy zdadzą maturę…” I wszyscy, oczywiście, zdali. Inna moja koleżanka uczyła na wsi, a były to lata, gdy na murach wisiały plakaty ze stonką… a dzieci kułaków miały wypisane na czołach złe pochodzenie. I wierszyk, w którym ten akurat kułak – jakiś Kowalski – był dobrym gospodarzem, jego syn zwykle dobrze się uczył – i powiedz mi teraz, czy ona miała łatwe zadanie wychowawcze, skoro realizowała program wychowania walki z kułakami? Wtedy, poglądy szkoły nie zawsze były tożsame z poglądami zrodzonymi w domach uczniów. Szkoła mówiła coś innego wam, twemu pokoleniu – rodzice mówili coś innego. A dziś? Jeśli szkoła mówi pokoleniu dzisiejszych nastolatków: „Praca jest najwyższą wartością, sprawiedliwość i moralność zależą od tego, czy wy sami będziecie moralni i sprawiedliwi” – to pytam: czy te szkolne tezy mogą wzbudzać sprzeciw młodzieży i sprzeciw twój, mego pokolenia rodziców? Teraz nareszcie zachodzi tożsamość prawd, głoszonych przez szkołę i prawd głoszonych przez rodziców – i z tej szansy szkoła musi skorzystać. Ta szansa określa ich pokolenie, ich szanse do większej prostolinijności niż mojego pokolenia. Czasem nauczyciele mówią z goryczą: „czy warto ich karmić ideałami, skoro w życiu spotyka się wiele zła?” Odpowiadam, że warto, bo tylko z buntu przeciw złu, gdy ideały zderzą się z nim, rodzi się postęp. Z tego zrodził się ich wymóg „Hi-Fi” w życiu, wymóg, którego wyście zgoła nie stawiały.
U was było zrozumienie i zgoda na trudny początek, i wieczna nadzieja, że wszyscy wyrośniecie na ludzi wartościowych. Oni żyją w czasach o jawnej konkurencyjności, która określa ich cele, ambicje, ideały. Owszem, są przez to bardziej znerwicowani, ale zarazem lepiej wiedzą czego chcą niż wy.
Czynicie im zarzut z konsumpcyjności? Czy oni ją wymyślili, czy też wy chcecie ich młodość czynić lżejszą, radosną, bezproblemową, dając im „wszystko”? To wy popełniliście – i popełniacie nadal – ten błąd, nie oni, więc nie czyńcie im teraz z tego zarzutu.
Wy jesteście pokoleniem, które – jak na romantyków przystało – posiadało talent wielkiej improwizacji: w pracy, w życiu zawodowym i społecznym. To czasem jest dobre, a czasem bardzo złe. Ich racjonalizm powoduje, że nawet w bohaterskim zrywie – na który są zawsze gotowi – będą szukać celowości i skutków na przyszłość.
Jesteś zdziwiona, że mam o nich takie dobre zdanie? Jesteś rozczarowana, że mam o nich zdanie lepsze niż o waszym pokoleniu? Moim zdaniem, jednym z naszych bezspornych sukcesów jest to, że mamy właśnie taką młodzież: krytyczną wobec nas i rzeczywistości, stawiającą wymóg perfekcjonizmu, bezkompromisowo reagującą na zderzenia idei z nie zawsze idealnym życiem. I jeśli tylko – doroślejąc – za bardzo się nie zmienią, nie upodobnią do was, wierzę, że uczynią życie lepszym.
Tamci bardziej chcieli…
Życiorysy państwa GUTOWSKICH składają się na obraz niemal modelowy… Bo nie dość, że od 1946 roku w Lipianach i Jedlicach – niewielkich miejscowościach pod Szczecinem – nauczali tak, że tam właśnie po dobre wzory przysyłano przyszłych nauczycieli, to jeszcze prowadząc to co pospolicie zwie się „pracami społeczno-patriotycznymi z gruntu emocjonalnymi”, wyrośli korzeniami z bliskiego czasu wojny – ich patriotyzm jest praktyczny, przeobraził się w pytanie nie CO, ale JAK, żeby było najmądrzej. Wy niepotrzebnie ciągle nadużywacie argumentu, że: „to my wyrzekaliśmy się dla was wszystkiego, odbudowaliśmy kraj z ruin, budowaliśmy wszyscy od podstaw, a wy kręcicie na to nosem i wszystkiego wam za mało”. Po pierwsze – oni na waszym miejscu też zakasaliby rękawy, nie opuściliby rąk, bo to po prostu trzeba było zrobić, a nie macie się czym chwalić, po drugie – oni mają prawo do rosnących wymagań.
Dla waszego pokolenia szkoła była głównym źródłem informacji o świecie, o Polsce, o życiu – oni mają wielość tych źródeł, z telewizją na pierwszym planie; są lepiej poinformowani niż wy. Przekarmiliśmy ich szlachetnymi ideami – dziś oni nas z nich krytycznie rozliczają i moim zdaniem to dobrze wróży przyszłości, ten ich krytycyzm. Ich sceptycyzm bynajmniej nie oznacza braku bystrości. Są mądrzejsi – podejrzewam, że żadne z was nie zdałoby dziś ich matury z matematyki…
Zapowiedziana wizyta zaskakuje ich w strojach właściwych krzątaniu się przy sprawach domu i ogrodu w skwarne popołudnie: bohaterowie w codziennym ubraniu zawsze są prawdziwsi niż w odświętnych garniturach.
– Nie można dziś wyobrazić sobie, jak wtedy było ciężko – mówi pani Zofia. – Ani ławek, ani podręczników, ani zeszytów, ani ołówków, za to 17-, 18-latki z początkowych klas rwały się do nauki o wiele bardziej niż dzisiejsi. A mieli przecież trudniej od tych, którzy za sprawą podręczników, książek, bibliotek i telewizji mają wszelkie pomoce naukowe. Mimo to tamci jakoś bardziej chcieli się uczyć, to była ich szansa i autentyczna potrzeba.
– I jak jeszcze – dodaje pan Konrad. – Jeśli jednego dnia napisałem taką np. „Odę do młodości” na tablicy, to nie znalazł się uczeń, który by się nie przejął tym tekstem. Pisaliśmy na niemieckich drukach z księgarni, z drugiej czystej strony. Podczas lekcji prac ręcznych robiliśmy z tych druków zeszyty. A co do ołówków to… zaraz, zaraz… – i pan Konrad pobiegł po pamiętnik z tamtych lat. – O, proszę, tu jest zapis: 10 września 1945 otwarcie szkoły. A tuż po tym: chłopcy pracujący w MO, moi uczniowie, przynieśli 286 ołówków. Bo wtedy niektórzy i uczyli się, i pracowali.
Pisać więc było i czym, i na czym. A gdzie? W pokoju, w niemieckiej, a już wtedy polskiej, szkole lipiańskiej, do której stoły i krzesła taczało się z porozbijanych domów – wspomina pan Konrad. – O tu, proszę, pod datą 13 października 1945 r. zapis: Tymczasowy Zarząd Państwowy przydzielił 60 krzeseł do użytku szkoły. To był majątek, to było wydarzenie!
Stosowałem dziesięciopunktową skalę ocen. Nieraz się o to czepiali. No a czyż ja wielki błąd robię – mówiłem – chcąc dziecko dobrze ocenić? Gdy ono bez słownika, podręcznika i jakiejkolwiek pomocy pisze mi bezbłędnie, to czemu mam mu stawiać stopień niższy?
Nauczycielstwo w tamtych czasach to nie była praca, to była misja. Niejeden o 4 rano wstawał, by buraki przerywać, a potem na próbie, mimo to, do 11 w nocy siedział. Nie ma porównania – dziś młodzi bardziej na pieniądze patrzą. Na Święto Ludowe nie miałam z kim programu przygotować. Nie chce im się.
A i w szkołach wiele się zmieniło. Czy to dobrze, jeśli ktoś od urodzenia jest zdolny – w dodatku z takiego domu, gdzie o wiedzę łatwiej – jeszcze chuchać na niego, na piedestał stawiać, chwalić bez końca? Chwalić i zachęcać trzeba takiego, co mimo przeciwności stara się, przykłada do nauki.
Wiadomo, że dziś program o wiele bogatszy niż dawniej. Za dużo chyba nieistotnych wiadomości pcha się do głów, by w nich coś naprawdę zostało. A skądinąd, czy to właściwe, by – mimo ocen niedostatecznych – uczniowie mieli możliwość przejścia do następnej klasy? Nasz syn, też nauczyciel, twierdzi, iż przez to poziom pierwszych klas licealnych często bywa bardzo niski. Inaczej dziś młodzi podchodzą do nauki, wiedza nie jest celem samym dla siebie. Jest środkiem do osiągnięcia stanowisk, pieniędzy, do zrobienia kariery. Niektórym z nich staje się obojętne czy ta ich wiedza jest prawdziwa, głęboka, ugruntowana, byle osiągnęli zamierzony cel: jakiś dobry i dobrze płatny stołek…
…Nie wiemy, może dlatego, że sami byliśmy wtedy młodzi i pełni entuzjazmu – to i na nich, na naszych primeiros uczniów patrzyliśmy inaczej. Wydawali nam się wartościowi, chciało im się po prostu tej wiedzy. Dziś, postarzali, patrzymy jakby surowiej – chcielibyśmy od nich więcej niż mogą dać, wychowani są przecież w innych, o ileż bardziej komfortowych warunkach.
Nie wygładzajcie im drogi
STANISŁAWA ZABOROWSKA-NOWAK jest polonistką, ma za sobą 40 lat pracy pedagogicznej, w tym 29 lat w Polsce Ludowej. Od wyzwolenia uczyła we Wrocławiu.
– Może to cecha profesjonalna, ale większość nauczycieli pamięta swoich uczniów bardzo dobrze – i to nie tylko z imion i nazwisk, czy nawet twarzy, bo te najszybciej zacierają się we wspomnieniach, ale z tego jacy byli – od strony charakteru, poglądów, marzeń… – mówi pani Stanisława.
Pamiętam niektóre ich wypowiedzi, sformułowania, mam gdzieś w szufladach pożółkłe zeszyty do klasówek. Czasem lubię usiąść i przeczytać raz jeszcze – po latach – co sądzili o życiu i jak widzieli swoją dorosłą egzystencję nastolatkowie sprzed lat trzydziestu paru, piętnastu, dziesięciu…
Moich powojennych uczniów podzieliłabym jak gdyby na trzy pokolenia, dość różniące się od siebie. Ci, którzy niedługo po wyzwoleniu zasiedli przy pulpitach ławek ściągniętych z różnych niemieckich szkół, byli zupełnie inni niż ich rówieśnicy z końca lat pięćdziesiątych, czy początków naszego dziesięciolecia.
W pierwszym powojennym wrześniu zaczęłam uczyć polskiego w ostatnich klasach szkoły podstawowej nr 3 we Wrocławiu. Mieściła się ona w oficynie dawnego szpitala sióstr urszulanek i była jedną z pierwszych polskich szkół w wyzwolonym mieście. Moi uczniowie bardzo różnili się od siebie wiekiem, zaawansowaniem w nauce, nawet poziomem umysłowym. Byli wśród nich tacy, którzy wojnę spędzili na robotach w Niemczech, byli wywiezieni z rodzicami do obozów pracy, przybysze z najodleglejszych zakątków Polski, dzieci nie mające ojczystego języka, które wojna zagnała w głąb Związku Radzieckiego… Obok małego warszawiaka w ławce zasiadał syn chłopa z poleskiej wioski, przy 12-latku – wychowywanym przez rodziców – osierocony, bezdomny 16-latek, który wojnę spędził w partyzantce. Nie było podręczników i pomocy naukowych, najciekawsze lektury czytało się na głos na lekcjach – ale wszyscy chcieli się uczyć. Może z racji zaległości mieli gorsze wyniki w nauce, lecz bardzo dużo zapału i chęci do pracy. Ta młodzież z pierwszych powojennych lat była jakaś poważniejsza, mniej beztroska i bardziej dojrzała niż ci, którzy 10 lat po nich zasiedli w tych samych salach. Wielu z nich miało jakieś pozaszkolne obowiązki, pomagali w domu, opiekowali się młodszym rodzeństwem, dorabiali sobie korepetycjami. Bardziej znali życie – z jego trudnych stron, rodzice też traktowali ich jako dorosłych. Żyli na ogół w skromnych warunkach, toteż i ich oczekiwania wobec losu były skromniejsze – na przykład uczniowie ostatniej klasy w wypracowaniu na temat przyszłego zawodu wymieniali najczęściej zawód wykwalifikowanego rzemieślnika czy pracownika przemysłu, dziewczęta chciały być nauczycielkami, pielęgniarkami, księgowymi. Często pisali: „muszę jak najszybciej usamodzielnić się, bo rodzice mają nas kilkoro i nie mogą mi zbyt długo pomagać”. Określiłabym ich jako minimalistów i realistów w ocenie swoich możliwości.
Późniejsze roczniki – z końca lat pięćdziesiątych, kiedy uczyłam już w X Liceum Ogólnokształcącym, były nieco inne. Życie już ustabilizowało się, stało się lżejsze, kryło więcej potencjalnych możliwości. 15-, 16-latków rodzice znowu traktowali jak dzieci, mogli zapewnić im lepsze warunki materialne, więcej atrakcji czy rozrywek. Młodzież z tamtych lat miała już więcej wolnego czasu – nie zawsze zresztą właściwie wykorzystywanego – więcej możliwości rozwijania swoich zdolności i zamiłowań. Wtedy właśnie najżywszym powodzeniem cieszyły się różne kółka zainteresowań, zespoły artystyczne. Chętnie i ze znajomością rzeczy potrafili dyskutować, brać udział w próbach chóru czy kółka recytatorskiego. Bardzo dużo czytali. A jakie mieli marzenia? Sami przyszli literaci, filmowcy, elektronicy, dyplomaci, artyści, profesorowie medycyny! Byli dość w swoich wyobrażeniach o świecie i przyszłości naiwni, ale idealistyczni i pełni optymizmu.
Moi ostatni uczniowie – z końca lat sześćdziesiątych – to jeszcze inni ludzie. Przeciętnie o wiele bardziej rozwinięci umysłowo niż ich koledzy sprzed dwóch dziesięcioleci, ale pod względem życiowej dojrzałości wobec tamtych wręcz opóźnieni. Większość z nich rodzice traktowali nadal jak zupełnie dzieci żyjące w świecie nierealistycznym i bez obowiązków. Chyba nigdy wcześniej nie spotykało się w szkole tyle matek i ojców przychodzących do nauczycieli, by usprawiedliwiać i tłumaczyć swoje dzieci z niewykonania różnych zadań, które przecież potomstwo bardzo łatwo mogło dopełnić. A młodzież… Przyjmowali tę rodzicielską interwencję w szkole jako rzecz naturalną, na ogół bez cienia zażenowania, w tak prostych sprawach nie mogąc sami sobie poradzić.
Co dawało się łatwo zauważyć u tego pokolenia uczniów – to chyba mniejsza solidarność i bardziej egoistyczne podejście do kolegów. „Ja jestem najważniejszy” – było dla wielu hasłem. Rzadziej niż w przeszłości widziało się bezinteresowną koleżeńską pomoc, częściej przejawy jakiejś zupełnie niemłodzieńczej zawiści czy zazdrości względem siebie. I jeszcze pewien rodzaj życiowej zachłanności – jak najszybciej i przy minimum wysiłku wszystko zdobyć, posiadać. Także w sprawach przyszłości planowało się wykonywanie zawodów zapewniających wysokie zarobki, a nie społecznie użytecznych. Pomimo bardzo dobrych na ogół warunków życia wielu z nich było niezadowolonych, chciało szybko, naraz i bez trudu osiągnąć wszystko – i mówili o tym z iście dziecięcym przekonaniem, że im się wszystko darmo należy – od rodziców, instytucji państwowych, kraju. Oczywiście nie u wszystkich cechy te były tak wyraźne, ale zastanawiałam się ile w tym ich winy, a raczej wina rodziców – tych nastolatków sprzed lat trzydziestu, którzy często o chłodzie i głodzie dobijali się swego miejsca w życiu, a teraz swoim potomkom chcieliby usunąć z drogi wszelkie trudności, a taka postawa nigdy nie daje dobrych rezultatów.
Ilu nauczycieli – tyle opinii. Pozornie rozbieżne, w praktyce mają wiele wspólnych elementów, choć jedni bardziej surowym okiem patrzą na pokolenie dzisiejszych uczniów, inni chcą w nich zobaczyć wszystko, co najlepsze. Jacy naprawdę są dzisiejsi nastolatkowie – pokażą przyszłe lata. A chcielibyśmy wszyscy, żeby to była przyszłość najlepsza.
Rozmawiały:
Dorota Terakowska
Krystyna Kurczab
Bogna Wernichowska
Tekst pochodzi z numeru 1785/1979 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.