Medium Medium
i
„True to the Last", Wallack Company, ok. 1860-70, National Portrait Gallery, Kolekcja Fredericka Hilla Meserve'a, Smithsonian Institution (domena publiczna)
Opowieści

Medium

Opowiadanie z Archiwum „Przekroju”
Pío Baroja y Nessi
Czyta się 7 minut

Pío Baroja (1872–1956), wielki pisarz hiszpański, Bask z pochodzenia. Opowiadanie „Medium” pochodzi z wczesnego okresu jego twórczości – zarówno chronologicznie: powstało w latach 1892–9, jak i tematycznie: reprezentuje krąg zainteresowań później zarzucony.

Nie jestem obłąkany. Nerwowy może tak, może bardzo nerwowy, ale nie jestem obłąkany, choć tak mówią lekarze, którzy mnie badali. Przemyślałem wszystko, wszystko przeanalizowałem.

Ogarnia mnie jakiś niepokój. Dlaczego? Jeszcze nie wiem. Od pewnego czasu dużo śpię. Moje sny są puste, nic mi się nie śni. Przynajmniej kiedy się budzę, nic nie pamiętam. Ale coś na pewno mi się śni. Nie wiem dlaczego sobie wyobrażam, że coś powinno mi się śnić, że coś mi się śni. A może właśnie teraz mi się śni, śni mi się, że mówię. Dużo śpię. I to jest oczywisty dowód, że nie jestem obłąkany.

Coś we mnie drży stale, i stale widzę przed sobą dziwną szarą plamę, która drga, pulsuje w rytm tętnic mojego mózgu.

W moim mózgu nie ma ani jednej myśli, a mimo to jest w nim ciągłe napięcie. Ani jednej myśli… Uśmiechacie się, nie dowierzacie mi? Więc dobrze. Tak. Jest coś, coś nieziemskiego, co drga w mojej duszy. Opowiem wam wszystko.

Dzieciństwo bywa bardzo piękne, prawda? Dla mnie to najkoszmarniejszy okres życia. Miałem wtedy przyjaciela, nazywał się Roman Hudson. Jego ojciec był Anglikiem, matka Hiszpanką. Poznaliśmy się w szkole. Był dobrym chłopcem. Tak, z całą pewnością to był dobry chłopiec. Bardzo miły, bardzo dobry. Ja byłem mrukliwy i porywczy.

Mimo tych różnic charakteru staliśmy się przyjaciółmi i wszędzie chodziliśmy razem. On był dobrym uczniem, a ja nie, byłem nieposłuszny i niedbały. Ponieważ Roman miał też dobre serce, zapraszał mnie do domu i pokazywał swoje kolekcje znaczków.

Dom Romana był duży i znajdował się przy placu Barcas w wąskiej uliczce, obok willi, gdzie popełniono zbrodnię głośną w całej Walencji. Dom był smutny, bardzo smutny, smutny jak tylko smutny może być dom. Z tyłu znajdował się duży ogród otoczony murem, który oplatały białe i fioletowe powoje.

Bawiliśmy się z przyjacielem w ogrodzie, w ogrodzie z powojami, i na rozległym tarasie, którego ogrodzenie stanowiły agawy w olbrzymich donicach.

Pewnego dnia wpadliśmy na pomysł, żeby urządzić wyprawę po dachach i podejść do domu, który nas kusił swoją tajemnicą, do domu, w którym popełniono zbrodnię. Kiedy wróciliśmy na taras, służąca powiedziała nam, że matka Romana na nas wzywa.

Zeszliśmy na dół. Wprowadzono nas do dużego i smutnego salonu. Obok drzwi prowadzących na balkon siedziały matka i siostra mojego przyjaciela. Siostra haftowała. Nie wiem dlaczego poczułem strach na ich widok.

Matka surowo udzieliła nam nagany, a potem zaczęła mnie wypytywać o moją rodzinę i edukację. Matka mówiła, a córka uśmiechała się. Ale tak dziwnie, tak dziwnie…

— Trzeba się uczyć — zakończyła matka.

Wyszliśmy z pokoju. Ja wróciłem do domu, cały dzień i całą noc myślałem tylko o tych dwu kobietach.

Od owego dnia unikałem jak mogłem domu Romana. Pewnego razu zobaczyłem jego matkę i siostrę, jak wychodziły z jakiegoś kościoła, obie w żałobie. Spojrzały na mnie — i dreszcz mnie przeszył.

Skończył się rok szkolny i przestałem widywać Romana. Uspokoiłem się. Ale pewnego dnia zawiadomiono mnie, że mój przyjaciel jest chory. Poszedłem i zastałem go w łóżku. Płakał. Powiedział mi cicho, że nienawidzi swojej siostry.

Siostra, która miała na imię Angeles, opiekowała się nim z czułością, bardzo troskliwie. Ale uśmiechała się tak dziwnie… tak dziwnie.

Kiedy raz chwyciłem go za rękę, skrzywił się z bólu.

— Co ci jest? — spytałem go.

Pokazał mi olbrzymi siniak, jak obręcz, na ramieniu. Potem cicho szepnął:

— To moja siostra.

— Ach! Ona…

— Nie wiesz jaka ona jest silna. Łamie szkło w rękach. Jest jeszcze coś dziwniejszego: porusza przedmioty nie dotykając ich.

Po kilku dniach opowiedział mi, drżąc ze strachu, że o północy, prawie już od tygodnia, dzwoni dzwonek, brama się otwiera, ale za bramą nie ma nikogo.

Robiliśmy obaj przeróżne próby. Ustawialiśmy się obok bramy… ktoś dzwonił… otwieraliśmy… nie było nikogo. Zostawialiśmy bramę półprzymkniętą, aby móc ją otworzyć natychmiast… ktoś dzwonił. nikogo nie było.

W końcu zdemontowaliśmy dzwonek, ale dzwonek dzwonił, dzwonił… a my dwaj patrzyliśmy na siebie dygocąc z przerażenia.

— To moja siostra, moja siostra — mówił Roman.

Szukaliśmy wszędzie amuletów, a w jej pokoju umieściliśmy podkowę i kilka trójkątnych napisów z magicznym słowem abrakadabra.

Na nic, wszystko na nic. Przedmioty podskakiwały na swoich miejscach, a na ścianach pojawiały się cienie bez konturów.

Roman mizerniał i żeby go rozerwać matka kupiła mu piękny aparat fotograficzny. Codziennie chodziliśmy razem na spacery i wszędzie braliśmy go ze sobą.

Pewnego dnia matka Romana zażyczyła sobie, żebym zrobił im wszystkim zdjęcie, chciała je posłać krewnym do Anglii. Zrobiliśmy z Romanem na tarasie rodzaj namiotu z płótna żaglowego i na jego tle ustawiła się matka z obojgiem dzieci. Nastawiłem aparat i na wypadek gdyby mi zdjęcie nie wyszło, wykonałem je dwukrotnie. Natychmiast poszliśmy z Romanem je wywołać. Udały się oba, ale na kliszy nad głową siostry mojego przyjaciela widać było ciemną plamę.

Zostawiliśmy klisze do wyschnięcia i następnego dnia zrobiliśmy pozytywy.

Angeles, siostra Romana, poszła z nami na taras. Spojrzeliśmy z Romanem na pierwszą fotografię i nie potrafiliśmy wykrztusić z siebie ani słowa. Nad głową Angeles widać było biały cień kobiety o rysach do niej podobnych. Na drugiej fotografii — ten sam cień, ale w innej pozycji: nachylał się nad Angeles, jakby mówił jej coś do ucha. Obaj z Romanem staliśmy sparaliżowani przerażeniem. Angeles patrzyła na fotografie i uśmiechała się, uśmiechała się. To było straszne.

Uciekłem stamtąd. Zbiegłem w dół po schodach, potykając się i upadając. Znalazłszy się na ulicy ruszyłem szaleńczym biegiem, ścigany wspomnieniem uśmiechu Angeles. Wszedłem do domu. Przechodząc koło lustra zobaczyłem ją w głębi tafli… uśmiechała się, uśmiechała się, uśmiechała…

Kto powiedział że jestem obłąkany? Kłamstwo! Obłąkani nie śpią, a ja śpię… Ach! Sądziliście, że ja o tym nie wiem? Obłąkani nie śpią, a ja śpię. Od urodzenia. Jeszcze się nie obudziłem.

 

Tekst pochodzi z numeru 1663/1977 r., a mogą Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przedostatnie, ostatnie Przedostatnie, ostatnie
i
„Śmierć Marii”, Albrecht Dürer, Cleveland Museum of Art, Rawpixel (domena publiczna)
Doznania

Przedostatnie, ostatnie

Z Archiwum „Przekroju”
Ewa Kossak

Tradycja przekazuje licznie przedśmiertne, ostatnie słowa wyrzeczone przez znane postacie tuż przed zgonem, które to zwroty – w wielu przypadkach – przytaczane są w codziennym języku niemal przysłowiowo.

Niemała liczba tych ostatnich słów nie jest potwierdzona źródłami historycznymi; co do innych można mieć wątpliwości, czy rzeczywiście były one ostatnimi słowami, czy zostały właściwie zrozumiane, czy wreszcie – z różnych względów – nie zostały poprawione i upiększone w intencji stworzenia odpowiedniej legendy.

Czytaj dalej