Czekając na Kichota Czekając na Kichota
Opowieści

Czekając na Kichota

Jakub Popielecki
Czyta się 4 minuty

„Kręcony i rozkręcany przez 25 lat” – głosi otwierający napis i od razu przypominamy sobie, że Terry Gilliam to niegdysiejszy członek trupy Latającego Cyrku Monty Pythona. Bo jaka jest jego recepta na sądowe batalie z producentami, choroby aktorów, powodzie, złośliwość przedmiotów martwych, kaprysy pogody, ludzką nieżyczliwość i generalnego pecha, jakie stały na jego drodze podczas kolejnych prób realizacji Człowieka, który zabił Don Kichota? Oczywiście humor.

Trudno zresztą nie uśmiechnąć się razem z twórcą. Cieszy przecież już sam fakt, że ten film powstał, że istnieje, że można go zobaczyć w kinach (a przez chwilę zanosiło się, że gotowy Człowiek… zgnije jednak na półkach). Koniec końców wszystkie dopusty boże, z jakimi musiał się mierzyć Gilliam, postawiły jego film w unikatowej pozycji. Bo któż mu nie kibicował? Któż nie marzył razem z nim, że – wbrew wszystkiemu – kiedyś się uda? I owszem, skończony Człowiek, który zabił Don Kichota to istny pomnik potęgi wyobraźni. Ale też przestroga. Panie i panowie, careful what you wish for.

Opowiadać można o Człowieku… na różne sposoby – zgodnie z jego szkatułkową naturą „opowieści w opowieści”. Ale choć to na poły ekranizacja klasyka Cervantesa, na poły historia próbującego zekranizować ją reżysera filmowego, Człowiek… jest przede wszystkim… filmem Terry’ego Gilliama. Czyli następną historią o Ikarze, który podlatuje za blisko słońca, by upaść pod presją zawiadującej „prawdziwym światem” machiny rozumu i biznesu. A przy tym opowieścią o tym, że nie da się wygrać ze złem – można co najwyżej szlachetnie oszaleć w pogoni za złudzeniami (zupełnie jak – wypisz, wymaluj – Gilliam, nieraz wyłgujący się z tarapatów niczym baron Münchhausen i zawodowo licytujący się z diabłem niczym Parnassus). Innymi słowy: kolejna alegoria idealisty zmuszonego do lawirowania w cynicznych wodach show-biznesu. Szczera, z sercem po dobrej stronie, pełna pasji – a jednak opowiedziana o (co najmniej) raz za dużo. Zmęczona i zmanierowana.

Oczywiście trudno robić Gilliamowi zarzut z maniery. W swoich filmach regularnie zawiaduje on chaosem; jest artystą baroku, ekranowym rupieciarzem; od samego snucia opowieści ewidentnie preferuje jej oprawę. Co więcej, na tym właśnie polega jego talent: potrafi przekonać nas do swojej wizji i przekabacić na stronę szaleństwa. A jednak nie tym razem. Możliwe, że problem tkwi w niedostatku dramaturgii, w odmowie stopniowania atrakcji. Don Kichot…, jak wszystkie Gilliamowskie fabuły, opowiada o przekroczeniu granic rozumu, o wkroczeniu do filmowego wariatkowa. Tyle że świat jest tu karnawałowy na długo, zanim zacznie się prawdziwy karnawał. Nie czuć więc wagi owego przejścia – Gilliam już od pierwszych minut atakuje nas chaosem planu filmowego, roztrzęsioną kamerą, groteskowymi personami strojącymi groteskowe miny. Podróż, w jaką udaje się bohater, reżyser Toby Grisoni (Adam Driver), jest dla niego samego szokiem. Ale dla widza to po prostu któryś szok z rzędu w trwającym długie 132 minuty filmie.

Możliwe oczywiście, że to wcale nie autorskie potknięcie, a Gilliam chce nam tu coś powiedzieć o świecie współczesnym. Okej. Ale nawet jeśli faktycznie żyjemy w globalnym wariatkowie, po reżyserze wizjonerze oczekiwałoby się bardziej wyszukanych analogii. Trumpowo-putinowscy producenci gangsterzy w otoczeniu siejących powszechny strach samobójczych zamachowczyń w burkach to naprawdę mało. Tym bardziej, że – mimo aktualnych aluzji – Człowiek… pod wieloma względami pozostaje filmem sprzed ćwierć wieku. Choćby genderowo.

Paroksystyczny Adam Driver i stateczny Jonathan Pryce (jako Kichot) okazują się wdzięcznymi mediami dla Gilliamowskiego emploi. Ale Olga Kurylenko i Joana Ribeiro mają mniej szczęścia, upupione w pozach fatalnych ślicznotek, trochę muz, a trochę dziwek. Gilliam niby obnaża marność takiej kliszy, dekonstruuje figurę pannicy w opałach, równa rycerski epos z ziemią – scena namiętnego pocałunku okazuje się samczym majakiem bohatera lizanego po twarzy przez owcę. Ale tu Gilliamowi wchodzi w drogę sam Gilliam, ponad miarę rozbudowujący fabularny gabinet luster. W efekcie trudno się tu czymkolwiek przejąć – a tym bardziej poznać, co jest mitologizowane, a co demitologizowane.

Co ciekawe, puentę o reżyserskiej porażce uprzedza sam zainteresowany. Jedyny brzmiący z pełną mocą wątek filmu to przecież Gilliamowskie mea culpa: wyrzut sumienia wobec tych, których twórca wiedzie za sobą, zawsze obiecując złote góry, raz na jakiś czas kończąc w otchłani. Ale złamane życiorysy aktorów – nieszczęśników grających Kichota i Dulcyneę w „filmie w filmie” – to nie wszystko. Reżyser ma też dług u widzów: odpowiada przecież za kreowanie naszych marzeń, oczekiwań, nadziei. A tak to już bywa z marzeniami, że niekiedy, urzeczywistnione, tracą czar. Że materializują się grubo po czasie, za późno. Możliwe, że Człowiek, który zabił Don Kichota byłby lepszym niespełnionym snem niż przeterminowanym faktem.

Czytaj również:

Lekcje z krańców świata Lekcje z krańców świata
i
Werner Herzog na planie filmu „Inferno”; zdjęcie dzięki uprzejmości Netflix
Opowieści

Lekcje z krańców świata

Mateusz Demski

Werner Herzog zawsze miał w sobie gotowość do odkrycia czegoś niezwykłego, ale świat wciąż pozostaje dla niego wielką tajemnicą.

Natura była jego pasją od najwcześniejszych lat.

Czytaj dalej