Jeśli pragniesz mieć przyjaciół Jeśli pragniesz mieć przyjaciół
i
„Przyjaciele ze szkoły”, Nikołaj Bogdanow-Bielski/WikiArt
Doznania

Jeśli pragniesz mieć przyjaciół

Dale Carnegie
Czyta się 8 minut

W nr 109 „Przekroju” zamieściliśmy fragment niezmiernie popularnej książki Dale Carnegle’go, przełożony i nadesłany nam przez K. Ilłakowiczównę. Książka ta zawiera ujęte w dowcipną formę przepisy, jak należy żyć, żeby osiągnąć powodzenie, być szczęśliwym i lubianym. Dziś publikujemy dalszy fragment cennych dla każdego wskazówek amerykańskiego pisarza.

Jeśli pragniesz mieć przyjaciół, musisz się dla nich fatygować. Nie żałuj im czasu, energii, ofiarności i pomysłowości. Kiedy książę Windsoru był jeszcze księciem Walii, powzięto dla niego zamiar zwiedzenia Ameryki Południowej. Książę przygotował się do tej podróży, miesiące całe studiując język hiszpański, tak że za oceanem był od razu w stanie publicznie przemawiać w tym języku. Oczywiście południowi Amerykanie przepadali z tego powodu za nim. — Lata całe trenowałem swą pamięć specjalnie celem zapamiętania dni urodzin moich znajomych i wpisywałem każdy z nich do specjalnego kalendarza, aby móc wysyłać w porę odpowiednie depesze z życzeniami. Jest to trochę uciążliwe, ale jakąż sprawia ludziom przyjemność, jakie ciepło wytwarza!

Jeśli chcemy mieć przyjaciół, witajmy ludzi z ożywieniem i radością. To samo przez telefon: mówmy „hallo” tonem wyrażającym, jak bardzo się cieszymy z rozmowy. Niedawno byłem na proszonym obiedzie. Pewna dama, która odziedziczyła sporą fortunę, usilnie starała się zrobić na współbiesiadnikach miłe wrażenie. Sobole, perły, diamenty — niczego nie żałowała, żeby swój cel osiągnąć, ale niestety nie postarała się zmienić wyrazu swej twarzy: promieniał z niej kwas i egoizm. A przecież suknia kobiety ani trochę nie jest ważniejsza od wyrazu jej twarzy, wie o tym debrze każdy mężczyzna. Spędziłem raz popołudnie z Maurycym Chevalier i, prawdę mówiąc, doznałem rozczarowania: ponury, milczący, był on nieskończenie daleki od pojęcia, które sobie o nim wytworzyłem — dokąd się nie uśmiechnął. Wówczas istne słońce przedarło się przez chmury… Gdyby nie cudotwórczy ów uśmiech, Maurycy Chevalier byłby do dziś dnia skromnym stolarzem meblowym, jak jego ojciec i bracia, jestem tego pewien.

Że się taki uśmiech opłaca nawet na rynku roboczym, widać z faktu, iż prawie każdy wielki magazyn woli raczej pracownicę, która żadnych szkół nie kończyła, niż doktora filozofii z nosem na kwintę i miną od siedmiu boleści. Przewodniczący Rady Nadzorczej pewnego wielkiego koncernu gumowego zwierzył mi się, że jego zdaniem człowiek rzadko ma powodzenie w fachu, który go nie bawi. Przemysłowiec ów zdawał się nie przywiązywać żadnej wagi do starych przysłów, które na różne sposoby powiadają nam, że tylko ciężka praca da nam klucz magiczny do skarbów fortuny. „Znałem ludzi — mawiał nieraz — którzy mieli duże powodzenie po prostu dlatego, że prowadzenie danego interesu uważali za pyszną zabawę. Z chwilą, kiedy stawało się to dla nich tylko pracą, nudzili się, tracili radość życia, no i — bankrutowali. Trzeba spotkanie z ludźmi uważać za rozrywkę, jeśli się chce, aby i ich także spotkanie z nami bawiło”.

Nie masz, Czytelniku drogi, żadnej, ale to żadnej ochoty uśmiechać się? Czy tak? No więc w takim razie rób ćwiczenia, usiłuj uśmiechać się, kiedy jesteś sam, ostatecznie usiłuj choćby gwizdać czy nucić coś wesołego, zachowuj się tak, jakbyś był szczęśliwy, a dobry humor niechybnie do ciebie wróci. William James powiada: „Najlepszą i najrozsądniejszą drogą do radości jest tak czynić i tak mówić, jakby radość już w nas była”.

A zresztą szczęście nie zależy od tego, kim się jest, gdzie się przebywa, ani co się robi, ale od tego, co się samemu o tym sądzi. „Nic nie jest przykre ani przyjemne”, powiada Szekspir. „To myślenie nasze czyni każdą rzecz naszym szczęściem lub nieszczęściem”. A Abraham Lincoln zauważył kiedyś, że ludzie są po większej części na tyle szczęśliwi, na ile sobie postanowią nimi być. Starożytni mędrcy chińscy pozostawili ludzkości następujące mądre powiedzenie: „Człowiek bez uśmiechu nie powinien otwierać sklepu”.

Wreszcie, jeśli się ma przed sobą ludzi zbyt zmęczonych lub zbyt smutnych na to, aby mogli się uśmiechnąć do nas, to przynajmniej my dajmy im uśmiech, bowiem nikt go bardziej nie potrzebuje od tych, którzy go sami już dać nie mogą.

***

Nie tylko jednak śmiech ma swoje znaczenie i swój magiczny urok; swego rodzaju czar zdaje się także tkwić dla ludzi w ich własnych nazwiskach. Niejeden mąż stanu zawdzięcza swą popularność i karierę zdolności zapamiętywania niezliczonej ilości nazwisk, a niejedno pierwszorzędne przedsiębiorstwo zrobiło klapę po prostu dlatego, że maszynistka poprzekręcała na imiennych zaproszeniach nazwiska powołanych do wykonania tego przedsięwzięcia. Skąd na przykład pochodzi to fenomenalne powodzenie Andrzeja Carnegiego, króla stalowego? — Miał pod sobą setki ludzi, którzy na stali znali się lepiej od niego, ale umiał dać sobie radę z ludźmi i to się stało źródłem jego bogactwa. A jakże wcześnie odkrył wagę, jaką ludzie przywiązują do swoich imion i nazwisk! Jako chłopak dziesięcioletni, miał króliczkę, która obdarzyła go mnóstwem królicząt. Nie mając ich czym karmić, wpadł na świetny pomysł: powiedział okolicznym chłopakom, że jeśli nazbierają mu dosyć koniczyny i sałaty dla króliczątek, to ponazywa je ich imionami. Czar poskutkował, króliki rosły jak na drożdżach, a Andrzej Carnegie nigdy nie zapomniał owego doświadczenia. Oto, jak mu się ono przydało już w dorosłych latach:

Chodziło o sprzedaż szyn kolei Pensylwańskiej. Prezesem Towarzystwa był wówczas J. Edgar Thomson. Wybudował tedy Carnegie olbrzymią fabrykę w Pittsburgu i nazwał ją fabryką stali „imienia Edgara Thomsona”. No, i jak sądzisz Czytelniku, dokąd udał się prezes Thomson po szyny dla swojej kolei? Do X-a? Do Y-ka? Oczywiście, że nie! Poszedł jak w dym do fabryki swego imienia. W innym znów okresie Andrzej Carnegie i Jerzy Pullman wiedli wielką wojnę o przewagę w dziedzinie budowy sleepingów, starając się pozyskać, każdy dla swego towarzystwa, klienta w osobie kolei Union Pacific. Wówczas w samą porę przypomniały się wielkiemu businessmanowi króliki z lat dziecinnych. A właśnie walka była u zenitu: przeciwnicy szkodzili jeden drugiemu, jak mogli, obniżając ceny i niszcząc własne szanse zarobku na równi z szansami przeciwnika. Rzekł tedy Andrzej Carnegie do Jerzego Pullmana, spotkawszy go pewnego pięknego wieczoru w hallu jednego z hoteli: „Dobry wieczór, mister Pullman. Czy nie wydaje się panu, że zachowujemy się obaj, jak para osłów?” — „Co pan masz na myśli?” — zadziwił się tamten. Wówczas Andrzej Carnegie zaproponował przeciwnikowi połączenie obu towarzystw konkurencyjnych w jedno. Pullman słuchał, ale nie był jeszcze całkiem przekonany. Wreszcie zapytał: „No, a jak by się nazywało towarzystwo?” — „Oczywiście, że nazywałaby się towarzystwem Wagonów Pullmanowskich”, odparł raźno król stalowy. Pullman rozpogodził się i zaprosił współzawodnika do swego apartamentu, a tam z rozmowy wyłoniła się transakcja pomnikowa w dziejach przemysłu.

Wielki Paderewski pielęgnował poczucie godności u Murzyna kucharza wagonu specjalnego, którego pianista zawsze używał. Zwracał się do kucharza niezmiennie jako do pana Coopera. Co najmniej piętnaście razy Paderewski objeżdżał całe Stany Zjednoczone Ameryki od brzegu do brzegu, dając koncerty w obecności rozszalałych z uwielbienia tłumów i za każdym razem kucharz przygotowywał dlań posiłek nocny, pokoncertowy. Nigdy nie mówił do swego karmiciela „George”, jak to zwykli czynić Amerykanie, lecz z kurtuazją starego kontynentu mówił doń „Panie Cooper” — i pan Cooper kochał go za to bardzo.

Niedawno zdarzyło mi się być zaproszonym na partię brydża. Muszę wyznać, że w brydża grać nie umiem. Znalazła się też na tym wieczorze pewna blondynka, również nie grająca w karty. Powiedziano jej, że jestem byłym impresario pewnej znakomitości filmowej, która przerzuciła się potem do innego fachu; że wiele zdarzyło mi się podróżować po całej Europie, toteż blondynka przywołała mię do siebie i rzekła z czarującym uśmiechem: „Ach, panie Crnegie, marzę o tym, żeby mi pan opowiedział o tych wszystkich cudownych miejscowościach świata, które pan zwiedził!”. Przysiadłem się do niej na kanapkę, a ona wówczas napomknęła, że oboje z mężem niedawno powrócili z polowania na grubego zwierza w Afryce. „Afryka! — wykrzyknąłem — kraj moich marzeń. Jakież to pasjonujące! Nigdy nie udało mi się dojechać dalej niż do Algieru. Jakże pani zazdroszczę! Niech mi pani opowie coś o Afryce”. To, co rzekłem, wystarczyło na następne trzy kwadranse; rozmówczyni moja już mię więcej nie pytała o to, com widział i słyszał. Potrzebny jej byłem tylko jako zasłuchany odbiorca jej przygód.

Największy choleryk, najostrzejszy chroniczny krytyk nie oprze się sympatyzującemu z nim słuchaczowi. Dajcie tym ludziom wygadać się, a połowa zła ich opuści i zmiękną w oczach. Jak zrobił karierę jeden z największych wydawców amerykańskich? — Jako mały holenderski emigrant, Edward Bok mył za piętnaście centów tygodniowo, w godzinach pozaszkolnych, okna po piekarniach swego miasteczka, a resztę wolnego czasu spędzał na zbieraniu po ulicach kawałków węgla na opał dla ubożuchnej swej rodziny. Kiedy miał lat trzynaście, opuścił szkołę i dostał miejsce chłopaka do posyłek w „Western Union”; tam zaoszczędził ze swej sześciodolarowej pensyjki tyle, że mógł sobie kupić encyklopedię znanych nazwisk amerykańskich. Wówczas zrobił rzecz niebywałą: po przeczytaniu życiorysów szeregu znakomitości porozpisywał do nich listy, prosząc o dodatkowe informacje o ich dzieciństwie… Oto był urodzony słuchacz! Zachęcał znakomitych ludzi do opowiadania o sobie. Napisał do generała Carfielda, który wówczas kandydował na prezydenta, zapytując, czy prawdą jest, jakoby w dzieciństwie holował on barki po kanałach — i generał odpisał mu szczegółowo. Napisał do generała Granta o szczegóły pewnej znanej bitwy i generał Grant przysłał mu mapę bitwy osobiście przez siebie narysowaną, a potem zaprosił czternastoletniego malca na obiad i gadał z nim o sobie przez cały wieczór. Wkrótce ten chłopak do posyłek wymieniał listy z wieloma słynnymi osobistościami, z Longfellowem, z panią Abrahamową Lincolnową, z Jeffersonem Davisem, słynnym prezydentem Stanów Skonfederowanych z czasów wojny secesyjnej i nie tylko korespondował z owym słynnymi ludźmi, ale w następstwie listów odwiedzał ich osobiście. To dało mu zasób pewności siebie i te ambicje, z których już później nigdy nie skwitował w życiu.

Umiejętność słuchania drugich, a nie tylko własnego głosu, oto jedna więcej tajemnica powodzenia ludzkiego!


Tekst pochodzi z numeru 121/1947 r. (pisownia oryginalna), a możecie Państwo przeczytać go w naszym cyfrowym archiwum.

Czytaj również:

Przyjaciel to drugie ja Przyjaciel to drugie ja
i
fragment obrazu "Przyjacielskie plotki", Eugene de Blaas, 1901 r. /WikiArt
Pogoda ducha

Przyjaciel to drugie ja

Anna Rembowska

Bardzo wiele się w nas zmienia, kiedy dorastamy, ale czystym, bezinteresownym i najbardziej gotowym na prawdziwą przyjaźń dzieckiem pozostaje tylko jakaś część nas. Przypadkiem ta sama część jest najbardziej podatna na zranienia i najbardziej o zranieniach pamięta. Na tym wewnętrznym dziecku opiera się to, co mamy w sobie najlepszego.

Są dzieci, które bardzo wcześnie zaczynają rozumieć doniosłość i ważność relacji międzyludzkich i które od najwcześniejszych lat życia pragną przyjaźni. Byłam takim dzieckiem. Dziś sama rozpoznaję takie dzieci na kilometr i wiem, że ta cecha nie ulegnie osłabieniu, kiedy dorosną. Wszystkie ważne książki, które czytano mi i które sama przeczytałam do 6. roku życia, mówiły o potrzebie dzielenia swojego świata z kimś innym. Wydawało mi się, że przyjaciela można spotkać tylko w specyficznych, a najlepiej dramatycznych okolicznościach, jak to się zwykle działo w książkach, ale mimo że moje dzieciństwo naznaczone było wieloma trudnymi emocjami i sytuacjami – co teoretycznie powinno przybliżać mnie do odnalezienia mojej „drugiej połowy” – nie spotkałam na swojej drodze tego kogoś, o kim marzyłam. Kogoś, kto pozwoliłby zajrzeć sobie w oczy i odwzajemnił moje spojrzenie. Kto gotów byłby zostać ze mną i pozwolić mi zostać ze sobą. Mając trochę ponad 6 lat, czułam, że moja samotność jest tak bolesna i paląca, że przygotowałam tuzin karteczek z napisem „szukam przyjaciela” i wyrzuciłam je z okna swojego pokoju. Nie wiem, dlaczego nie pomyślałam o wpisaniu na karteczkach choćby swojego adresu. Byłam tak skupiona na treści „ogłoszenia”, że wydało mi się, że dla innych oczywiste będzie, gdzie można mnie znaleźć… Nikt się nie zjawił. Na nawiązanie pierwszej przyjacielskiej relacji z inną dziewczynką czekałam jeszcze kilka lat.

Czytaj dalej