Kup pan Przekrój
i
okładka "Przekroju", nr 2380/1992 r., archiwum
Opowieści

Kup pan Przekrój

Ewa Pawlik
Czyta się 4 minuty

Ta okładka mogłaby być dziełem Terry’ego Gilliama z grupy Monty Pythona. To ugrzeczniona wersja tej samej stylistyki – konserwatywna kreska, psychodeliczne kolory i wywrotowa treść. „Reklamuj się w Przekroju” – proponuje, prosi, nakazuje nawet, bezwstydny, największy z możliwych anons.

Jest 3 lutego 1991 r. i Polska przechodzi transformację ustrojową. Zmiany zachodzą błyskawicznie: szara do niedawna ulica skrzy się wszystkimi kolorami tęczy, sklepowe półki pełne są wytęsknionych dóbr. Skończył się brak, niech zacznie się nadmiar! Przewożony w bagażnikach osobowych aut towar zalewa ulice i skwery całego kraju. Na łóżkach polowych trwa orgia wolnego handlu.

Szaleństwo udziela się wszystkim. Dobrze wychowany „Przekrój” podnosi głos i dołącza do chóru, który fałszując, wrzeszczy: „Kup!”.

O klienta walczą nawet przedsiębiorstwa eksportu wewnętrznego Pewex i Baltona. Utrata

Informacja

Twoja pula treści dostępnych bezpłatnie w tym miesiącu już się skończyła. Nie martw się! Słuchaj i czytaj bez ograniczeń – zapraszamy do prenumeraty cyfrowej, dzięki której będziesz mieć dostęp do wszystkich treści na przekroj.org. Jeśli masz już aktywną prenumeratę cyfrową, zaloguj się, by kontynuować.

Subskrybuj

Czytaj również:

Król z rysą na życiorysie
i
Adolf Dymsza na okładce "Przekroju" (nr 666/1958), fot. Wiesław Prażuch/archiwum
Przemyślenia

Król z rysą na życiorysie

Ewa Pawlik

Bohaterem okładki 666. numeru „Przekroju” jest diabelnie zdolny aktor charakterystyczny, przedwojenny król polskiej komedii Adolf Bagiński. Niektórzy z Państwa znać go mogą jako ­Adolfa Dymszę – taki pseudonim nadała Adolfowi jego siostra, nieco przypadkowo. Dodek wolał Scipio del Scampo, ale gdy dzwoniono z drukarni tuż przed drukiem afisza, kartka gdzieś się zawieruszyła i panna Bagińska, pod nieobecność brata, naprędce wymyśliła Dymszę. I tak zostało.

Zanim zaczęto nazywać go królem scen, Dodek imał się różnych zajęć. Bywał wodzirejem, nauczycielem tańca, grywał, co się dało i gdzie się dało. Zdarzyło mu się wygrać maraton tańca: 48 godzin pląsania non stop. Był niewysoki, krępy, o atletycznej budowie – korzystał z tego w swoim aktorstwie. Grywał zarówno w filmach, jak i na scenach stołecznych (i nie tylko) teatrów. Najdłużej pracował w najsłynniejszym teatrzyku literacko-rewiowym dwudziestolecia Qui Pro Quo.

Czytaj dalej